„Wejdź, Marina. Trzeba przygotować kolację — zakupy są w torbie w kuchni. Pranie jest w koszu. Wytrzyj kurz w salonie; nie miałam czasu tego zrobić od wieków” — wyliczała przyszła teściowa, po czym dodała niedbale: „A w tym czasie Wania i ja obejrzymy film w salonie.”

„Wejdź, Marina. Trzeba przygotować kolację; zakupy są w torbie w kuchni. Pranie jest w koszu. Wytrzyj też kurz w salonie — od wieków nie miałam na to czasu” — wyliczała jej przyszła teściowa, po czym dodała niedbale: „A w tym czasie Wania i ja obejrzymy film w salonie”.

Marina miała dwadzieścia siedem lat. Jak nieustannie powtarzała jej matka, Swietłana Władimirowna, córce ledwo udało się wskoczyć do ostatniego pociągu zwanego małżeństwem. W jej wieku nikt już nie będzie jej chciał.

Mężczyzną, który wybrał Marinę na przyszłą żonę, był Iwan, syn przyjaciółki jej matki. Och, jak Swietłana Władimirowna go wychwalała: inteligentny, dobrze wychowany i z porządnej rodziny. Marinę natomiast przedstawiano tak, jakby coś było z nią nie tak.

Nie chodziło o to, że Marina była oszpecona czy miała zeza — nie, była zupełnie normalna. Zwyczajna młoda kobieta: skończyła studia, znalazła pracę, lubiła sport i haftowanie. Nic szczególnie niezwykłego, ale z pewnością nie była też najgorszym możliwym wyborem.

Mimo to każdego dnia matka powtarzała jej to samo:

„Marina, trzymaj się mocno Wanieczki, bo inaczej już po tobie. W twoim wieku nigdy więcej nie znajdziesz takiego mężczyzny. Rozumiesz, że masz prawie trzydzieści lat? Kobiety w tym wieku nikomu nie są potrzebne”.

„Mamo, co ty wygadujesz?” — Marina próbowała nieśmiało protestować. „Dzisiaj kobiety wychodzą za mąż nawet po czterdziestce. Wiek nie jest przeszkodą”.

„Wyczytałaś to w internecie?” — ucinała Swietłana Władimirowna pogardliwym gestem. „Prawdziwe życie wygląda zupełnie inaczej!”

Marina wzdychała i milkła. Przywykła już do poczucia, że jej życie bardziej należy do matki niż do niej samej. Swietłana Władimirowna decydowała, z kim córka powinna się spotykać, jak powinna się ubierać i dokąd chodzić.

Marina i Iwan zaczęli się spotykać zgodnie z planem ich matek. Swietłana Władimirowna poprosiła swoją przyjaciółkę Lenę, żeby zorganizowała im spotkanie.

„Ciocia Lena przychodzi dzisiaj” — oznajmiła pewnego dnia Swietłana Władimirowna córce. „Pomóż mi nakryć do stołu. Wszystko musi być idealnie”.

„Po co nakrywać do stołu? Zwykle pijecie tylko herbatę w kuchni”.

„Bo tak powiedziałam! I nie zadawaj niepotrzebnych pytań” — odpowiedziała matka, starannie rozkładając na stole odświętny obrus. „Ubierz się też elegancko. Lena przyprowadzi syna”.

„Syna? Tego, który pracuje w informatyce?”

„Tak, Wanieczkę. Wystarczy! Koniec pytań. Idź się przebrać i pospiesz się!”

W ten sposób, zaledwie miesiąc po poznaniu Iwana, Marina siedziała już przy rodzinnym stole w domu swojej przyszłej teściowej, podczas gdy Iwan przedstawiał ją jako swoją narzeczoną.

W wyobraźni Swietłana Władimirowna niemal klaskała z radości. Wszystko potoczyło się dokładnie tak, jak zaplanowała.
 

W pewnym sensie wszystko wyglądało dobrze. Iwan rzeczywiście był uprzejmy, troskliwy i nie był skąpy. Marina nie potrafiła jednak pozbyć się wrażenia, że nie wybrał jej z wielkiej miłości. Miała raczej poczucie, że była po prostu wygodną opcją i że uznał, iż nadszedł czas, żeby się ożenić.

Wieczorami zdarzało jej się zastanawiać:

„Czy on naprawdę mnie kocha? A czy ja go kocham?”

Wtedy jednak przypominała sobie słowa matki:

„Tylko spróbuj pozwolić mu odejść. Będziesz tego żałować do końca życia”.

Swietłana Władimirowna i jej przyjaciółka Jelena Iwanowna zaczęły coraz częściej ze sobą rozmawiać, omawiając przyszłe plany swoich dzieci. Obie kobiety były przekonane, że słusznie robią, biorąc sprawy we własne ręce.

„Lena, zastanawiałam się” — powiedziała Jelena Iwanowna. „Jeśli chcemy, żeby naszym dzieciom dobrze się ułożyło, musimy przetestować Marinę. Powinna przez jakiś czas u nas pomieszkać — przynajmniej dwa miesiące. Wania i ja zobaczymy, jak sprawuje się w domu. Jest ładna, ale coś mnie niepokoi. A jeśli okaże się leniwa? A jeśli nie potrafi gotować?”

„Tak, oczywiście” — natychmiast zgodziła się Swietłana Władimirowna. „Niech zamieszka u was, a później zdecydujemy”.

Obie kobiety były przekonane, że postępują mądrze i rozsądnie. Marina nie wiedziała nic o tej rozmowie. Iwan natomiast był o wszystkim poinformowany, ale nie miał odwagi powiedzieć o tym ukochanej.

Wzruszał tylko ramionami, myśląc, że tak będzie łatwiej: jego matka się uspokoi, Swietłana Władimirowna będzie zadowolona, a Marina… cóż, Marina i tak była przyzwyczajona do posłuszeństwa wobec wszystkich.

„Marina, może zostałabyś u nas przez jakiś czas?” — zaproponował pewnego wieczoru niedbałym tonem. „Wiesz, dopóki przygotowujemy się do ślubu. Bylibyśmy bliżej siebie, a ty mogłabyś pomagać mamie”.

„Ja?” — zapytała zaskoczona Marina. „Ale przecież nie jesteśmy jeszcze małżeństwem”.

„I co z tego?” — odpowiedział Wania z figlarnym uśmiechem. „Po ślubie i tak zamieszkasz z nami. Dzięki temu wcześniej przyzwyczaimy się do siebie”.

„Myślałam, że będziemy mieszkać osobno. Przecież właśnie to mi obiecałeś, prawda?”

„Oczywiście, że będziemy. Tylko trochę później…”

Marina skinęła głową. W jej spojrzeniu pojawił się cień niepokoju, ale nic więcej nie powiedziała.

Nie miała pojęcia, że wkrótce stanie się marionetką w rękach dwóch dorosłych kobiet — ani że miłość Iwana była daleka od szczerości i uczciwości.

Wania nadal się o nią starał. Przynosił kwiaty i czasami zabierał ją do kina, ale z każdym dniem wydawał się coraz bardziej obojętny. Również jego dumny tytuł „specjalisty IT” zaczął tracić swój blask.

W rzeczywistości Wania pracował w niewielkiej firmie magazynowej, gdzie pomagał naprawiać drukarki, instalował komputery i od czasu do czasu ponownie instalował oprogramowanie. Nie było żadnego imponującego „rozwoju” ani „projektów”, którymi tak lubiła się przechwalać Jelena Iwanowna.
 

Marina odkryła to przypadkiem, kiedy przyniosła mu obiad do pracy. Swietłana Władimirowna twierdziła, że dobre żony robią takie rzeczy, a Marina przecież mogła poczekać z własnym posiłkiem do wieczora.

„Biuro” okazało się ciasnym pomieszczeniem z dwoma stołami zastawionymi uszkodzonymi komputerami i pękami kabli. Wania siedział na krześle, ściskając w dłoni starą mysz komputerową.

„Wania, mówiłeś, że pracujesz nad poważnymi projektami” — powiedziała zaskoczona Marina.

„No cóż…” — podrapał się po głowie. „Mama trochę przesadziła. Uważa, że moje najlepsze możliwości są jeszcze przede mną”.

„Rozumiem” — mruknęła Marina, podając mu torbę z pudełkami, w których były makaron i kotlety.

Wracając do pracy, Marina nie mogła pozbyć się niepokojących myśli. Instynkt podpowiadał jej, żeby się nie spieszyła. Znała Wanię zaledwie od trzech miesięcy. Czy to naprawdę wystarczało, żeby planować małżeństwo, a tym bardziej przeprowadzkę do niego?

Ale za każdym razem, kiedy próbowała wyrazić swoje wątpliwości, wyobrażała sobie stojącą przed nią matkę, powtarzającą:

„Marina, nie zmarnuj tej okazji. Drugiego takiego głupca już nie znajdziesz! Kto inny w ogóle raczy na ciebie spojrzeć?”

I Marina milczała.

Z taką matką trudno było nabrać pewności siebie. Marina właściwie nigdy nie opowiadała jej o mężczyznach, z którymi wcześniej się spotykała.

Pewnego dnia Iwan zaprosił ją do siebie.

„Przyjdź dziś wieczorem” — powiedział przez telefon. „Mama się ucieszy”.

Marina się zgodziła, sądząc, że będzie to zwyczajna wizyta: herbata, rozmowa, może kolacja.

Ale w mieszkaniu czekało na nią coś zupełnie innego.

Ledwie przekroczyła próg, Jelena Iwanowna powitała ją chłodnym, obojętnym spojrzeniem.

„Wejdź, Marina. Trzeba przygotować kolację; zakupy są w torbie w kuchni. Pranie jest w koszu. Wytrzyj też kurz w salonie — od dawna nie miałam na to czasu” — wyliczyła jej przyszła teściowa, po czym dodała niedbale: „A w tym czasie Wania i ja obejrzymy film w salonie”.

Początkowo Marina nie zrozumiała, że kobieta mówi poważnie.

„Przepraszam… To ja mam przygotować kolację?” — zapytała nieśmiało.

„A jaki jest problem?” — Jelena Iwanowna uśmiechnęła się chłodno. „Masz zostać żoną mojego syna. Czas pokazać nam, co potrafisz. Czy może myślałaś, że będziesz tylko dostawać kwiaty i chodzić do kina? Wanieczka wydał już na ciebie ponad piętnaście tysięcy. Czas, żebyś zaczęła zwracać naszą inwestycję”.

Marina poczuła, jak twarz płonie jej z upokorzenia. Spojrzała na Wanię, mając nadzieję, że zareaguje.
 

Ale Iwan tylko pewnie spojrzał na ukochaną i powiedział:

„Mama chciała tylko, żebyś pokazała nam, co potrafisz…”

W tej chwili Marina zrozumiała, że nie chodziło tu o gościnność.

To był test z prowadzenia domu wymyślony przez dwie dorosłe kobiety, a Marina odgrywała w nim rolę laboratoryjnego szczura.

Serce boleśnie jej się ścisnęło. Nic nie mówiąc, poszła do kuchni i otworzyła torby z zakupami, choć w środku aż gotowała się ze złości.

„No, tak lepiej. Tylko udawała, że nic nie rozumie” — zauważyła Jelena Iwanowna, wchodząc z synem do salonu.

„Czy naprawdę mam udowadniać swoją wartość, smażąc kotlety i myjąc podłogi? To ma być miłość? Tak buduje się rodzinę?” — myślała Marina, stojąc w obcej kuchni.

Przez kilka chwil stała przy blacie, wpatrując się w zakupy. Potem wzięła głęboki oddech i postanowiła zagrać według ich zasad, choć zamierzała nieco zmienić wynik tej gry.

Pokroiła mięso zdecydowanie za drobno, wrzuciła je na patelnię i zostawiła na dużym ogniu. Zapach spalenizny szybko wypełnił kuchnię, ale Marina tylko mieszała drewnianą łyżką, zasypując mięso solą tak obficie, jakby posypywała zimą oblodzoną drogę.

Makaron wrzuciła do wrzątku i wyjęła po zaledwie kilku minutach, kiedy nadal był twardy i lekko chrupiący.

„Idealnie” — mruknęła, wyłączając kuchenkę.

Podała wszystko, nie czekając na niczyją aprobatę. Potem wzięła ścierkę i poszła wycierać kurz w salonie.

Sprzątała tak, jakby jedynie machała szmatką z jednej strony na drugą. Wszędzie zostawały smugi, a w niektórych miejscach kurz w ogóle nie znikał. O praniu Marina całkowicie zapomniała.

Kiedy Jelena Iwanowna usiadła z synem przy stole, jej twarz natychmiast wykrzywiła się z obrzydzenia.

„Co to za koszmar? Mięso jest potwornie słone, a makaron surowy!” — wykrzyknęła wściekła. „A ty, Wania, jeszcze chwaliłeś jej gotowanie!”

Marina spokojnie złożyła ścierkę i położyła ją na półce.

„Dziękuję za wieczór. Muszę wracać do domu” — powiedziała.

Założyła kurtkę i wyszła, zostawiając ich dwoje przy stole.

Późnym wieczorem zadzwonił telefon Swietłany Władimirowny. Po drugiej stronie była Jelena Iwanowna, a jej głos drżał z oburzenia.

„Swieta, twoja Marina to katastrofa! Ona kompletnie nie potrafi gotować! Tylko poprzesuwała kurz po meblach, a o praniu nawet nie pomyślała. Mówię ci wprost, nigdy nie zniosę takiej synowej w swoim domu. I nie pozwolę już mojemu Wani nawet się do niej zbliżyć!”

Swietłana Władimirowna próbowała bronić córki, ale przyjaciółka pozostała nieugięta.

„Nie, wystarczy. Myślałam, że dzięki naszym dzieciom staniemy się rodziną, ale tak naprawdę tylko zmarnowałyśmy czas. Nasza przyjaźń kończy się tutaj”.

Swietłana Władimirowna odłożyła telefon na stół. Czuła gorycz, ale nie tyle z powodu Mariny, ile dlatego, że jej własne plany legły w gruzach.
 

Kilka minut później zadzwoniła do córki, żeby przeprowadzić z nią poważną rozmowę.

„Co się dzisiaj wydarzyło? Miałaś egzamin i go oblałaś!”

„Egzamin z gospodarstwa domowego? Jak w szkole?” — Marina uśmiechnęła się sarkastycznie. „Myślałam, że naprawdę chcesz mi pomóc ułożyć sobie życie. Ale to wszystko wyglądało jak jakaś farsa. Wania jest panem, a ja służącą. Tak miało wyglądać nasze przyszłe życie? Aż tak bardzo mnie nie lubisz? Nie rozumiem. Nie chcesz, żeby twoja córka była szczęśliwa?”

„Jesteś po prostu głupia i niedoświadczona! Nie wiesz, czym jest szczęście”.

„Za to wiem na pewno, że szczęścia nie zdobywa się, gotując i sprzątając w cudzym domu”.

„To nie byłby cudzy dom, gdybyś się tak nie zachowała. To, co zrobiłaś, było zwykłym chamstwem! Wyjdź. Nie chcę już z tobą rozmawiać. Idź i przemyśl swoje zachowanie”.

Marina wyszła.

I naprawdę zaczęła myśleć.

A potem zdecydowała, że ma już dość mieszkania z rodzicami. Nadszedł czas, żeby zacząć żyć po swojemu.

Następnego dnia spakowała swoje rzeczy i wyprowadziła się z rodzinnego domu.

Marina wynajęła małe mieszkanie na obrzeżach miasta. Odkładała pieniądze jeszcze od czasów studiów, kiedy pracowała dorywczo — czasem były to niewielkie kwoty, czasem trochę większe. Teraz miała wystarczająco dużo, żeby wpłacić wkład własny.

Bank udzielił jej kredytu hipotecznego. Chociaż przez wiele lat będzie musiała spłacać raty, Marina po raz pierwszy w życiu poczuła prawdziwą wolność.

Kawalerka była mała i znajdowała się na parterze starego bloku z czasów Chruszczowa, ale była jej własną przestrzenią. Nikt nie mówił jej, jak ma żyć ani co powinna robić.

„Małe, ale moje” — powiedziała z uśmiechem, kiedy po raz pierwszy przekręciła klucz w zamku.

Ściany wymagały remontu, a podłogę trzeba było wymienić, ale Marina była szczęśliwa. Kupiła używaną kanapę na wyprzedaży, mały stolik i dwa krzesła.

Powoli zaczęła urządzać mieszkanie. Przyniosła swoje książki, poukładała przybory do haftowania i ustawiła kilka roślin.

Teraz wieczorami Marina nie wracała już do domu, w którym bez przerwy ją krytykowano. Nie musiała też odwiedzać obcych ludzi oczekujących od niej nieskazitelnego porządku.

Teraz wracała do siebie, do własnej przytulnej przestrzeni.

Kiedy Swietłana Władimirowna dowiedziała się, że córka kupiła mieszkanie, wpadła w furię.

„Zwariowałaś? Kredyt? Mieszkanie na parterze w starym bloku z czasów Chruszczowa? Kto robi coś takiego? Trzeba było trzymać się Wanieczki — on by cię utrzymywał!” — krzyczała.

Ale Marina odpowiedziała spokojnie:

„Wanieczka? Od pewnego czasu spotykam się z innym mężczyzną. Jest troskliwy, sam na siebie zarabia i mieszka osobno od rodziców. Twój Wanieczka będzie mieszkał z mamą do końca życia”.

Matka omal się nie zakrztusiła z oburzenia na taką śmiałość.

„Jak śmiesz? Naprawdę myślisz, że zasługujesz na coś lepszego?”

„Tak, dokładnie tak myślę. I przestań próbować sprawiać, żebym w siebie wątpiła. To już nie działa. Lepiej zajmij się własnym życiem. Na świecie jest mnóstwo ciekawych rzeczy”.

Marina założyła płaszcz i wyszła z mieszkania rodziców.

„Jeszcze wrócisz na kolanach!” — krzyknęła za nią Swietłana Władimirowna.

Ale Marina nigdy nie wróciła.

Trzydzieste urodziny świętowała już ze swoim ukochanym mężem Igorem. Kochał ją taką, jaka była, a nie za jakieś szczególne talenty czy zalety.
 

I bez względu na to, co jej matka mówiła o wieku, szczęście można znaleźć także po trzydziestce.

Życzę wszystkim szczęścia!

Leave a Comment