„Pracowałam jak wół przez całe lato na daczy mojej teściowej, a ona oddała całe zbiory mojej szwagierce. Wiosną wróciłam — ale tym razem na własnych warunkach.”

„Harowałam całe lato na daczy mojej teściowej, a ona oddała cały plzerób mojej szwagierce. Wiosną wróciłam — ale tym razem pod jednym warunkiem.”

„Gdzie dokładnie jest leczo?” — odsunęłam słoik zeszłorocznego kompotu, pokryty warstwą kurzu tak grubą, że przypominała filc. „A gdzie marynowane ogórki z liśćmi dębu? Zawekowałam czterdzieści słoików. Tutaj są tylko trzy, i nawet te mają mętną zalewę.”

Piwnica pachniała wilgocią i, jak się okazało, bezczelnym oszustwem. Żanna Arkadiewna, moja teściowa, poprawiła swoje idealnie ułożone fioletowe włosy — spuściznę po trzydziestu latach pracy jako niania z ambicjami minister edukacji — i udała, że czyta etykietę na słoiku z chrzanem.

„Oleńka, dlaczego jesteś taka małostkowa?” — Jej głos miał dokładnie te same intonacje, przez które dzieci kiedyś moczyły pościel podczas drzemki. „Daszeńka wpadła. Bardziej tego potrzebowała. Sama wychowuje dziecko, potrzebuje witamin.”

„Daszeńka ma trzydzieści cztery lata” — przypomniałam jej spokojnie, wycierając okulary brzegiem T-shirtu. „A jej ‘dziecko’ ma już piętnaście i nosi rozmiar czterdzieści trzy. I jeśli dobrze pamiętam, witaminy są w świeżych warzywach, a nie w marynowanych pomidorach, w których jest więcej octu niż charakteru w twojej córce.”

„Nie bądź złośliwa!” — moja teściowa dramatycznie położyła rękę na piersi, tam, gdzie normalni ludzie mają serce, a ona nosiła broszkę z fałszywego bursztynu. „Jesteśmy rodziną. A w rodzinie się dzielimy. Pracujesz w banku, dobrze zarabiasz, możesz kupić sobie w supermarkecie, co tylko chcesz. A Dasza… ona przechodzi trudny okres.”

Uśmiechnęłam się ironicznie. „Trudny okres” Daszy trwał od dnia jej narodzin.
 

W zeszłym roku spędziłam całe lato na tej daczy. W ciąży, na urlopie macierzyńskim, ale wciąż z laptopem pod pachą — zamykałam kwartalne bilanse między pieleniem a walką ze stonką ziemniaczaną. Wasilij, mój mąż, przyjeżdżał tylko od czasu do czasu, przywożąc mnie tam służbowym mercedesem, który lubił przedstawiać jako swoje prywatne auto. Potem paradował po działce, kopiąc taczki i opowiadając sąsiadom, jak to on wszystko „ogarnia” z chińskimi partnerami. W rzeczywistości dźwigał worki z rynku Sadovod za każdym razem, gdy jego szef, pan Li, miał zły humor.

To ja wyhodowałam ten plon. To ja sterylizowałam te słoiki w trzydziestostopniowym upale, podczas gdy Żanna Arkadiewna wylegiwała się w hamaku ze swoimi „skokami ciśnienia”, dowodząc wszystkim przez telefon. A teraz okazało się, że cały mój trud, cały mój „złoty zapas” na zimę, pojechał w bagażniku taksówki do mojej szwagierki — która przez całe lato nie tknęła motyki, bo, jak twierdziła, „ziemia wysusza skórki przy paznokciach”.

„Czyli dzielenie się?” — powtórzyłam, patrząc teściowej prosto w oczy.

„Dokładnie. To chrześcijańska zasada.” — Żanna Arkadiewna dumnie uniosła podbródek, smakując swoją moralną wyższość. „Kto nie pracuje, ten nie je — ale to nie o nas. W naszej rodzinie ten, kto może, bierze ciężar na siebie.”

„Ciekawa interpretacja Biblii. Bardziej przypomina pasożytnictwo” — zauważyłam cicho.

Maj okazał się ciepły. W tym roku przyjechaliśmy otworzyć sezon jako jedna wielka „szczęśliwa” rodzina. Wasilij, w ciemnych okularach mimo pochmurnego poranka, rozładowywał samochód.

„Ola, no już, pospiesz się” — rzucił przez ramię, nawet nie wyjmując papierosa z ust. „Muszę jeszcze wypolerować samochód. Li mi powiedział, żeby… znaczy, sam tak zdecydowałem, żeby się błyszczał. Status jest ważny.”
 

„Oczywiście, Wasia. Status tragarza luksusowych tekstyliów rzeczywiście wymaga lustrzanego połysku” — przytaknęłam, wyciągając z bagażnika swoją jedyną paczkę.

To nie była skrzynka z sadzonkami. Ani worek nawozu. Nawet nie zestaw narzędzi.

To był składany leżak. Drogi, z ortopedycznym materacem i uchwytem na koktajl.

Żanna Arkadiewna, już przebrana w swoją bojową suknię ogrodową z złotymi guzikami, zamarła z łopatą w ręku. Obok niej stała Dasza, ziewając — najwyraźniej ją też zmuszono, żeby jednak przyjechała „pooddychać świeżym powietrzem”.

„Ola?” — moja teściowa zamrugała. „A gdzie sadzonki papryki? Mówiłam ci, że na parapecie nie ma już miejsca, więc miałaś kupić gotowe.”

„Nie będzie żadnych sadzonek” — powiedziałam, rozkładając leżak w najbardziej nasłonecznionym miejscu ogrodu, dokładnie pośrodku nieprzekopanej grządki marchwi. „Będzie odpoczynek.”

„Co masz na myśli?” — Dasza poprawiła zsuwające się sportowe okulary. „To kto będzie kopał? Mama nie może, ma problemy z żyłami.”
 

„A ty, Dasza, masz skórki przy paznokciach, o ile dobrze pamiętam.” Usadowiłam się na leżaku, przeciągnęłam i otworzyłam laptop. „Dlatego proponuję innowacyjną metodę. Outsourcing.”

„Co?” — Wasilij przestał polerować reflektor szmatką.

„W ekonomii istnieje pojęcie kosztu alternatywnego” — zaczęłam tonem wykładowczyni, delektując się chwilą. „To korzyść, którą tracisz, wybierając jedno działanie zamiast drugiego. Jeden dzień mojej pracy w banku jest wart dziesięć tysięcy rubli. Jeden dzień pracy robotnika polowego — trzy. Jeśli będę kopać, rodzina straci siedem tysięcy dziennie. Nieracjonalne.”

Żanna Arkadiewna poczerwieniała, zlewając się kolorystycznie z przyszłymi pomidorami.

„Nie cwaniakuj ze mną!” — wrzasnęła. „Ziemia kocha troskę rąk, nie portfela! Czytałam w kalendarzu ogrodnika, że energia pieniędzy zabija system korzeniowy psiankowatych! Tylko bezinteresowna praca napełnia warzywa praną!”

Rzuciła wokół triumfalne spojrzenie, przekonana o niezwyciężoności swojego argumentu.

„Żanno Arkadiewno” — powiedziałam, poprawiając okulary, nie odrywając wzroku od ekranu — „prana to cudowna rzecz. Ale w zeszłym roku twoja ‘bezinteresowna’ prana poszła do Daszy, podczas gdy ja przez całą zimę kupowałam pomidory w Piatioroczce. A tak w ogóle, zgodnie z zasadą zachowania energii, jeśli energia trafia do Daszy i nigdy nie wraca, to Dasza jest czarną dziurą. A psiankowate nie rosną w kosmosie.”
 

Moja teściowa otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale zamiast tego zakrztusiła się, machnęła ręką, zahaczyła trzonkiem łopaty o wiadro z wodą i wylała je prosto sobie do kaloszy.

Zasyczała jak rozgrzana patelnia oblana lodowatą wodą.

„Wasia!” — warknęła. „Powiedz coś swojej żonie!”

Wasilij, zdając sobie sprawę, że polerowanie samochodu będzie musiało poczekać, spróbował przybrać minę odpowiedzialnego mężczyzny. Podszedł do mnie z zaciśniętą szczęką.

„Ola, serio. Mama prosi. Po co to robisz? Ludzie patrzą. Popatrz, Michałycz kręci się przy płocie. Nie rób mi wstydu.”

„Wasia” — powiedziałam z łagodnym uśmiechem — „wstyd to jest wtedy, kiedy mówisz Michałyczowi, że jesteś jego partnerem biznesowym, a w zeszłym miesiącu pożyczyłeś od niego dwa tysiące rubli do wypłaty, żeby kupić nowe pokrowce na siedzenia do samochodu, który nawet nie jest twój. Chcesz, żebym zapytała go na głos, jak tam ten dług?”

Wasilij natychmiast oklapł jak przebita opona w pojeździe swojej wyimaginowanej władzy. W milczeniu podniósł łopatę i ruszył w stronę grządek.

„A ty, Daszeńka?” — zwróciłam się do szwagierki.

Dasza przewróciła oczami.

„Ja tu właściwie jestem gościem. I w dodatku jestem zestresowana. Rzucił mnie chłopak.”

„Ten, który podobno był ‘biznesmenem z Dubaju’, a okazał się animatorem z Anapy?” — doprecyzowałam.

„Po prostu jesteś zazdrosna!” — oburzyła się Dasza. „Jestem stworzona do miłości i inspiracji, a nie do obornika! Zresztą skończyłam kursy tarota. Jestem teraz duchową przewodniczką! Widzę aury, a twoja, Olya, jest brudnobrązowa!”

Wymachiwała rękami, najwyraźniej próbując jakiegoś karmicznego oczyszczenia, ale długi rękaw jej modnej oversize’owej bluzy zahaczył o gałąź starej jabłoni. Dasza szarpnęła, materiał rozdarł się z głośnym trzaskiem i zawisła, niezgrabnie obracając się w miejscu, próbując się uwolnić.

„Przynajmniej twoja aura się teraz wietrzy” — skomentowałam. „Wisząc tam wyglądasz jak parówka w cieście zapomniana w mikrofalówce.”

Dasza pisnęła i pobiegła do domu się przebrać.

Praca szła pełną parą. Wasyl sapał i pocił się, kopiąc grządkę pod ziemniaki. Żanna Arkadiewna, mokra do kolan, z furią wciskała cebulki w ziemię, mamrocząc przekleństwa, które zapewne miały sprowadzić na mnie nieurodzaj.

A ja leżałam na swoim leżaku, popijając z termosu domową herbatę z dzikiej róży i pracując. Na ekranie laptopa wykresy szły w górę — i liczby na moim koncie bankowym również.

„Olya!” — krzyknęła w końcu moja teściowa po godzinie. „Ty nie masz sumienia? My tu harujemy, a ty siedzisz i nic nie robisz!”

„Nie tylko siedzę, Żanno Arkadiewno. Realizuję naszą nową umowę.”

„Jaką umowę?!”
 

„Ofertę publiczną” — powiedziałam, zatrzaskując laptop. „To pani przecież powiedziała: ‘Jesteśmy rodziną, musimy się dzielić’. Doskonale. Dzielę się z wami możliwością pracy na świeżym powietrzu. To dobre dla naczyń krwionośnych. A jesienią wy podzielicie się ze mną zbiorami. O ile jakieś będą. A jeśli nie, kupię wszystko na targu. W końcu mam pieniądze. Nie tracę czasu na hodowanie jedzenia dla Daszy.”

„Ty… ty jesteś okrutna!” — wyszeptała moja teściowa. „Zadzwonię do twojej matki!”

„Dzwoń” — przytaknęłam. „Moja mama właśnie wczoraj powiedziała: ‘Próba nauczenia głupca czegokolwiek tylko niszczy nerwy, ale jeśli głupiec ma inicjatywę, niech sam obkopuje własne grządki’. Myślę, że panią poprze. Moralnie.”

Do obiadu Wasilij miał już poobcierane wierzchy dłoni. Dasza wyszła z domu z kanapką, ale pod moim przeciągłym spojrzeniem i pytaniem: „A ta kiełbasa skąd? Chyba nie z zakupów, które ja zrobiłam?” — zakrztusiła się i poszła jeść za szopą.

Tego wieczoru, kiedy słońce chowało się za lasem, malując niebo na taki błękit, jaki zdobywa się tylko w uczciwej walce, złożyłam leżak. Moja teściowa siedziała na werandzie, trzymając się za krzyże. Wasilij leżał w trawie i patrzył tępo w niebo.

„Dobry dzień pracy” — powiedziałam radośnie, mijając ich w drodze do samochodu. „Bardzo produktywny. Wasia, nie prowadź, ręce ci się trzęsą. Ja usiądę za kierownicą.”

„Ale to…” — zaczął.

„Wsiadaj, ‘dyrektorze’” — powiedziałam, podrzucając kluczyki. „Odwiozę cię do domu w pełnym komforcie.”

Usiadłam za kierownicą cudzego mercedesa, czując dziwny, odurzający spokój. Złość minęła. Litość nad nimi też. Została tylko kryształowa jasność.

W przyszłym roku w ogóle tu nie przyjadę. Kupię turnus i pojadę z mamą do sanatorium. A ci ludzie… niech obsadzą cały ogród kartami tarota i podlewają go praną.

„Olya” — zapytał cicho mój mąż z fotela pasażera, kiedy wjechaliśmy na autostradę — „może naprawdę powinniśmy po prostu kupować jesienią pomidory? Zapomnieć o ogrodzie?”

Spojrzałam na niego w lusterku wstecznym. W jego oczach zobaczyłam nadzieję więźnia, który właśnie dostrzegł otwarte drzwi celi.

„Zobaczymy, Wasia” — uśmiechnęłam się, włączając kierunkowskaz. „Wszystko będzie zależało od twojego zachowania w tym roku. I pamiętaj: darmowy ser jest tylko w pułapce na myszy, a darmowe pomidory istnieją tylko w snach twojej matki.”

Samochód łagodnie niósł nas ku miastu, z dala od grządek, hipokryzji i cudzych ambicji.

I to był najlepszy sezon daczowy w moim życiu.