„Szukam kobiety bez problemów, bez pożyczek, długów i dzieci. Niematerialistki, poniżej 35. roku życia.” Anton, 48 lat. Dwukrotnie rozwiedziony, ma jedno dziecko. Tymczasowo mieszka u siostry.
Na swoim profilu napisałem uczciwie: szukam kobiety bez problemów. Bez pożyczek, bez długów, bez cudzych dzieci. Poniżej 35. roku życia. Niematerialistki. Łatwej we wspólnym życiu. Kogoś, kto nie zadaje bez przerwy pytań w rodzaju: „Ile zarabiasz?”, „Gdzie widzisz siebie za pięć lat?”, „Jakie masz cele?”. Mam czterdzieści osiem lat, byłem dwukrotnie żonaty, mam dziecko i tymczasowo mieszkam u siostry — i nie uważam, żeby był to powód, by postrzegać mnie jako problematyczny przypadek.
Wręcz przeciwnie, przeszedłem już szkołę życia. Wiem, czego chcę, a chcę prostoty. Chcę wracać do domu i zastawać uśmiechniętą kobietę, która gotuje barszcz, nie narzeka, nie buduje biznesplanu wokół mojej pensji i nie zamienia każdej rozmowy w rozmowę kwalifikacyjną na stanowisko sponsora.
Po drugim rozwodzie doszedłem do jednego wniosku: kobiety zbyt mocno komplikują wszystko. Moja pierwsza żona chciała „stabilności”, co oznaczało, że powinienem podjąć drugą pracę, ponieważ pilnie potrzebowała nowej kuchni „takiej jak u Leny z sąsiedniego bloku”. Druga żona chciała „rozwoju” — czyli kredytu hipotecznego, wspólnego budżetu znajdującego się pod jej kontrolą oraz cotygodniowych rozmów o moich „blokadach emocjonalnych”. Mam dość bycia projektem. Chcę być mężczyzną akceptowanym, a nie przerabianym.
Tak, obecnie mieszkam z siostrą. Tymczasowo. Po rozwodzie mieszkanie trzeba było sprzedać i podzielić, a do tego dochodzą alimenty — wszystko jest sprawiedliwe. Nie narzekam. To tylko pewien etap. Pracuję, zarabiam na życie i po prostu nie uważam, że powinienem natychmiast brać kolejny kredyt hipoteczny tylko po to, żeby udowodnić komuś swoją wartość. Najpierw chcę znaleźć kobietę. Potem wspólnie będziemy mogli mierzyć się z trudnościami. Ale kiedy mówię to na głos, ludzie patrzą na mnie tak, jakbym prosił o pozwolenie na pobyt.
Pierwsza nieudana randka była z Mariną, trzydziestoczteroletnią kierowniczką sprzedaży, bez dzieci, posiadającą własne mieszkanie. Wydawała się idealną kandydatką. Spotkaliśmy się w kawiarni, zapłaciłem rachunek, wszystko przebiegało poprawnie. Zachowywałem się jak dżentelmen i powiedziałem jej, że chciałbym mieć jeszcze jedno dziecko, ale tym razem w spokojnej atmosferze, bez awantur i wyścigu o pieniądze.
Słuchała uważnie, pokiwała głową, po czym odstawiła filiżankę na spodek i spokojnie zapytała:
— Anton, co możesz wnieść do mojego życia?
Na początku nawet nie zrozumiałem pytania. Co miała na myśli — co mogę jej dać? Jestem mężczyzną, mam doświadczenie, wiem, jak zbudować rodzinę. Nie jestem dzieciakiem, który biega po klubach nocnych.
Odpowiedziałem:
— Mogę zaoferować troskę, lojalność, rodzinę i dziecko.
Lekko się uśmiechnęła i dodała:
— To wspaniale. A co z mieszkaniem? Poduszką finansową? Planami? Mieszkasz z siostrą. Chcesz, żebym urodziła ci dziecko i pokrywała połowę wydatków, podczas gdy sam szukasz kobiety bez problemów?
Właśnie wtedy zacząłem się irytować. Nie rozumiem bowiem, dlaczego wszystko zawsze ostatecznie sprowadza się do pieniędzy. Dlaczego nikt nie chce po prostu żyć i cieszyć się życiem?
Powiedziałem:
— Nie szukam sponsorki i sam również nie zamierzam nią być. Wierzę w partnerstwo. W lekkość. Bez materializmu.
Odpowiedziała spokojnie, bez krzyku:
— Partnerstwo jest wtedy, gdy obie strony coś wnoszą. Jak dotąd ty wnosisz wyłącznie wymagania. Bez dzieci, bez kredytów, poniżej 35 lat, gospodyni domowa, łatwa we wspólnym życiu. A co ty oferujesz w zamian?
I po raz pierwszy usłyszałem to powiedziane tak wyraźnie:
— Masz zbyt wysokie oczekiwania jak na mężczyznę, który nic nie ma.
Nic? Poważnie? Mam za sobą dwadzieścia pięć lat doświadczenia zawodowego, doświadczenie życiowe, dziecko, które utrzymuję i z którym mam kontakt, nie jestem alkoholikiem, hazardzistą ani bezrobotnym. Ale dla niej jestem „mężczyzną, który nic nie ma”. Ponieważ nie posiadam własnego mieszkania ani pokaźnej sumy na koncie bankowym.
Druga randka była jeszcze ciekawsza. Swietłana, trzydzieści dwa lata, księgowa. Pisaliśmy ze sobą przez tydzień i od razu zapytała, gdzie mieszkam. Odpowiedziałem uczciwie: z siostrą, tymczasowo. Napisała: „Rozumiem”. Już wtedy wyczułem pewien chłód, ale postanowiłem kontynuować znajomość.
Spotkaliśmy się w parku i poszliśmy na spacer. Powiedziałem jej, że pragnę spokoju, że chcę kobiety, która nie będzie zaglądała mi do dochodów, domagała się rozliczeń i która zajmie się domem, tworząc przytulną atmosferę. Uważam, że jest to normalny podział ról: mężczyzna odpowiada za strategię, kobieta za atmosferę.
Zatrzymała się i zapytała:
— A na czym dokładnie polega ta strategia? Na przeprowadzce od siostry do mnie?
Roześmiałem się, sądząc, że żartuje. Ona jednak mówiła dalej:
— Anton, chcesz spokojnej kobiety bez problemów. Ale sam przychodzisz z alimentami, bez mieszkania i szukasz sprzątaczki w formie żony. Naprawdę nie widzisz w tym sprzeczności?
Zacząłem tłumaczyć, że alimenty są odpowiedzialnością, że mieszkanie pojawi się z czasem, że nie proszę nikogo, by mnie utrzymywał — po prostu nie chcę być traktowany jak portfel.
Wtedy powiedziała wprost:
— A po co właściwie miałabym cię potrzebować? Co możesz mi zaoferować, czego nie mogłabym zapewnić sobie sama? Dziecko? Jeśli zechcę, mogę mieć je bez mężczyzny. Uwagę? Można ją okazywać bez stawiania wymagań dotyczących wieku czy braku kredytów. Chcesz kobiety bez problemów, ale sam jesteś całym zestawem ryzyka.
Zabolało mnie to. Bardzo. Nie uważam bowiem siebie za ryzyko. Uważam się za mężczyznę zmęczonego kobiecymi apetytami.
Nie proszę o niemożliwe. Nie żądam modelki z okładki. Chcę kobiety bez bagażu z przeszłości, bez byłych mężów dzwoniących o dziesiątej wieczorem, bez pożyczek na futra czy wyjazdy do Turcji. Chcę wejść w czystą przestrzeń, w której nie ma cudzych zobowiązań. I tak, nie chcę być oceniany według liczby metrów kwadratowych. Dlaczego uznaje się to za arogancję?
Często piszą do mnie:
— Czy sam spełniasz własne kryteria?
Odpowiadam wtedy, że mężczyzna i kobieta nie muszą być swoimi lustrzanymi odbiciami. Mężczyzna ma inne zadania. Mogę znajdować się w okresie przejściowym, odbudowywać swoje życie i szukać nowego początku. Kobieta jest zapleczem. Powinna być stabilna, łatwa we wspólnym życiu i pozbawiona bagażu. Nie uważam tego za podwójne standardy. Uważam to za coś naturalnego.
Z jakiegoś jednak powodu społeczeństwo zdecydowało inaczej. Teraz co druga kobieta myśli kategoriami „pół na pół”, „nikomu nic nie jestem winna”, „pokaż mi swoje dochody”. Nazywają to szacunkiem do siebie. Moje wymagania natomiast określane są jako niedojrzałość. Czytam ich profile: „Szukam równego sobie, z mieszkaniem, bez alimentów i z dochodami powyżej średniej”. Żadna nie pisze, że jest gotowa wspierać mężczyznę w okresie odbudowy jego życia.
Nie ukrywam, że chcę mieć jeszcze jedno dziecko. Tak, w wieku czterdziestu ośmiu lat. Ponieważ czuję się silny. Ponieważ chcę syna, którego wychowam spokojnie, bez chaosu i presji młodości. Do tego potrzebuję jednak młodszej kobiety, która będzie mogła urodzić dziecko. I wtedy zaczyna się:
— Masz czterdzieści osiem lat, a chcesz kobietę poniżej trzydziestego piątego roku życia?
Co jest w tym przestępczego? Mężczyźni zawsze wybierali młodsze kobiety. To biologia.
Najzabawniejsze jest to, że kobiety najbardziej oburzone moimi kryteriami mają listy wymagań dłuższe od mojej. Jedna z nich napisała mi:
— Potrzebuję mężczyzny z mieszkaniem, samochodem, zarabiającego co najmniej trzysta tysięcy, gotowego podróżować i mieć dzieci.
Odpowiedziałem:
— A co ty oferujesz?
Powiedziała:
— Samą siebie.
I to uważa się za normalne. Gdy jednak mówię, że chcę kobiety domowej, bez kredytów i zbędnych pytań, nagle staję się oprawcą.
Czasami zastanawiam się, czy naprawdę czegoś nie rozumiem. Potem jednak przypominam sobie, jak w małżeństwie każda podwyżka wynagrodzenia automatycznie zamieniała się w nową listę zakupów. Jak moje „męskie obowiązki” rozszerzały się bez końca, podczas gdy obowiązki kobiece były stopniowo zastępowane zdaniem: „Ja też jestem zmęczona”. Nie chcę ponownie znaleźć się w systemie, w którym z góry jestem do wszystkiego zobowiązany.
Tak, mieszkam z siostrą. Ale nie leżę na kanapie. Pomagam jej, pokrywam część opłat i pracuję. To sytuacja tymczasowa. Gdyby była przy mnie łatwa we wspólnym życiu kobieta, bez ambicji, by mnie przerabiać, wspólnie zaczęlibyśmy od nowa. Słyszę jednak:
— Najpierw stań się kimś, a dopiero potem stawiaj wymagania.
Ale ja nie proszę o miliony. Proszę o spokój.
Ludzie oskarżają mnie o to, że chcę wejść w coś już gotowego. Czy jednak każda kobieta nie chce spotkać mężczyzny, który posiada już jakąś bazę? Dlaczego mężczyzna nie mógłby chcieć tego samego? Dlaczego najpierw muszę kupić mieszkanie, a dopiero potem zyskać prawo do stawiania wymagań? Uważam, że związki nie są przetargiem. Są wyborem. A ja wybieram brak problemów.
Jak dotąd wygląda jednak na to, że wybór nie jest wzajemny. Kobiety postrzegają mnie jako projekt o ujemnej rentowności. Nie widzą we mnie potencjału, widzą ryzyko. Ja natomiast widzę ich wymagania. Rozchodzimy się więc, każde z własną listą pretensji.
Czasami, wracając do siostry po kolejnej randce, zastanawiam się, czy nie powinienem obniżyć swoich oczekiwań. Potem jednak ponownie wyobrażam sobie cudze długi, cudze dzieci i rozmowy o budżecie — i czuję, jak wszystko we mnie się buntuje. Nie chcę do tego wracać. Chcę lekkości. Chcę, by kobieta była szczęśliwa, że istnieję, a nie kalkulowała, czy udowodniłem swoją przydatność.
Mimo wszystko, szczerze mówiąc, słowa Mariny nie wychodzą mi z głowy:
— Co możesz mi zaoferować?
Być może naprawdę przyzwyczaiłem się myśleć, że sama moja obecność już jest wartością. Że doświadczenie, wiek i pragnienie posiadania rodziny stanowią wystarczający kapitał. Świat jednak się zmienił. Dzisiaj kapitał mierzy się inaczej.
Nadal jestem jednak pewien, że gdzieś istnieje kobieta bez problemów, bez kalkulatora w oczach, która nie zapyta mnie, ile zarabiam, lecz jak się czuję. Kobieta, która nie uzna moich alimentów za wadę, ale za przejaw odpowiedzialności. Kobieta, której nie odstraszy moje tymczasowe mieszkanie u siostry, lecz która uwierzy w mój nowy początek. I tak, kobieta, która nie urządzi mi rozmowy kwalifikacyjnej już na pierwszej randce.
Ponieważ mam dość bycia kandydatem.
Chcę być mężem.
Komentarz psychologa:
Anton wyraża wyraźne pragnienie jednostronnego komfortu, jednocześnie nie uznając własnych słabości za czynnik mający wpływ na związek. Jego wymagania wobec potencjalnej partnerki mają charakter kompensacyjny: pragnienie „kobiety bez problemów” odzwierciedla zmęczenie wcześniejszymi doświadczeniami oraz lęk przed powtórzeniem trudności finansowych i emocjonalnych.
Jednocześnie umniejsza znaczenie własnej obiektywnej sytuacji — alimentów, braku mieszkania i wieku — nie biorąc pod uwagę, że dla kobiet są to czynniki ryzyka w takim samym stopniu, w jakim dla niego ryzykiem są długi lub dzieci potencjalnej partnerki.
W jego oczekiwaniach widoczny jest podwójny standard: sam daje sobie prawo do rozpoczęcia życia od nowa, ale nie jest gotów przyznać takiego samego prawa potencjalnej partnerce. Jego główny wewnętrzny konflikt zachodzi między pragnieniem lekkości a koniecznością uznania własnej odpowiedzialności za obecną sytuację.
Dopóki Anton nie zrewiduje własnego podejścia, nadal będzie spotykał się z odmowami, które będzie postrzegał jako niesprawiedliwość, choć w rzeczywistości są one jedynie odzwierciedleniem jego własnych kryteriów.