Wszystko zaczęło się od drobiazgów. Ale czy kiedykolwiek bywa inaczej? Wielkie problemy rodzą się z małych ukłuć szpilką, które na początku wydają się nieistotne.
Pierwszy raz Lidia Pietrowna przyszła do nas miesiąc po ślubie. Byłam szczęśliwa: wreszcie miałam lepiej poznać swoją teściową! Wcześniej widziałyśmy się tylko na weselu, gdzie była uprzejma, ale zachowywała pewien dystans.
— Aniu, kochanie — powiedziała, gdy tylko przekroczyła próg — dlaczego w twoim przedpokoju jest taki bałagan? Płaszcze wiszą jak popadnie. Mój Sierioża zawsze lubił, kiedy wszystko było w idealnym porządku.
Spojrzałam na korytarz. Dwa płaszcze na wieszaku i para trampek przy ścianie — gdzie tu był bałagan? Ale przemilczałam to, uznając, że po prostu denerwuje się w nowym miejscu.
— A co to za zapach w kuchni? — ciągnęła, pociągając nosem. — Gotujesz mięso? Sierioża nie lubi smażonego mięsa, ma delikatny żołądek. Ja zawsze przygotowywałam mu je na parze.
— Mamo, ja bardzo dobrze jem smażone mięso — wtrącił Sierioża, obejmując mnie ramieniem.
— Po prostu się przyzwyczaiłeś, synku. Ale to szkodzi twojemu żołądkowi. Aniu, zależy ci przecież na zdrowiu męża, prawda?
Tamtym razem zamilkłam. Przerobiłam mięso na parze. Nakryłam do stołu, wyjęłam najładniejszą zastawę i kupiłam ciasto, które według Sierioży lubiła jego matka.
Ale nawet wtedy Lidia Pietrowna znalazła coś do zarzucenia.
— Trzeba było wziąć serwetki materiałowe, nie papierowe. A to ciasto jest za słodkie, nie mogę go jeść. W naszej rodzinie jest duże ryzyko cukrzycy. Sierioża nic ci nie powiedział?
Sierioża wzruszył ramionami z zakłopotaniem. Nie, nie powiedział.
Podczas obiadu moja teściowa zaczęła mnie pouczać: jak prawidłowo gotować zupę („nie tak jak ty, Aniu — najpierw trzeba osobno podsmażyć marchewkę”), jak prasować koszule („te zagniecenia pokazują, że nie umiesz tego robić”) i jak ogólnie prowadzić dom („za moich czasów kobiety uczyły się tego wszystkiego od dzieciństwa”).
Sierioża milczał, czasem powtarzając słowa matki. Ja się uśmiechałam i myślałam: oczywiście, ona chce tylko pomóc, podzielić się doświadczeniem. To normalne.
Lidia Pietrowna zaczęła przychodzić co dwa tygodnie. Potem co tydzień. Za każdym razem znajdowała coś nowego do skrytykowania. Kwiaty w wazonie stały nie tam, gdzie trzeba, książki na półce były źle ułożone, używałam niewłaściwego płynu do naczyń.
— Aniu, dlaczego masz takie ręczniki w łazience? Sierioża jest przyzwyczajony do miękkich ręczników frotte. I potrzebuje innej pasty do zębów — ma wrażliwe zęby.
— Aniu, dlaczego kupujesz ten chleb? Od dzieciństwa Sierioża jadł tylko chleb darnicki. A mleko powinno mieć inną zawartość tłuszczu.
— Aniu, te zasłony zupełnie nie pasują do tapety. Znam kogoś, kto pomoże ci wybrać odpowiednie.
Znosiałam to. Zaczynałam wszystko od nowa. Kupowałam nowe ręczniki, inną pastę do zębów, „właściwy” chleb. Zmieniałam zasłony. Ale mimo wszystko Lidia Pietrowna wciąż znajdowała nowe powody do niezadowolenia.
Najgorsze było to, że mówiła o mnie w trzeciej osobie, jakby w ogóle nie było mnie w pokoju.
— Sierioża, powiedz swojej żonie, że powinna myć naczynia w gorętszej wodzie. Inaczej zostają bakterie.
— Sierioża, twoja żona musi nauczyć się gotować prawdziwą zupę. Ta jest za rzadka.
— Sierioża, wytłumacz jej, że gości przyjmuje się w czystym szlafroku, a nie w domowych ubraniach.
A Sierioża kiwał głową i wieczorem łagodnie przekazywał mi „rady” matki:
— Aniu, może rzeczywiście powinnaś myć naczynia trochę cieplejszą wodą? Mama mówi…
Stopniowo zrozumiałam: każda wizyta mojej teściowej stawała się egzaminem, którego byłam skazana nie zdać. Cokolwiek robiłam, jak bardzo się starałam, wszystko było źle, nic nie pasowało.
— Lidio Pietrowno, może nie powinna pani przychodzić tak często? — odważyłam się zapytać pewnego dnia. — Dopiero się pobraliśmy, chcielibyśmy mieć trochę czasu dla siebie…
— Mam pełne prawo przychodzić do mojego syna, kiedy uznam to za konieczne — odparła sucho. — Sierioża jest moim jedynym synem i nie pozwolę nikomu ograniczać naszej relacji.
Sierioża milczał. Jak zawsze.
A tydzień później przyszła znowu. I znów zaczęła uczyć mnie, jak żyć: jak parzyć herbatę, jak składać pranie, jak rozmawiać z sąsiadami.
— Za moich czasów synowe szanowały swoje teściowe — wzdychała. — A teraz te młode dziewczyny myślą, że wszyscy są im coś winni. Sierioża, musisz wychować swoją żonę.
Wtedy zrozumiałam: nie chodziło o moje błędy ani o moją niekompetencję. Chodziło o to, że Lidia Pietrowna po prostu nie potrafiła puścić syna wolno. Chciała nadal kontrolować jego życie, a ja byłam przeszkodą na tej drodze.
Następnym razem, gdy Sierioża powiedział mi, że jego matka ma przyjść, odpowiedziałam:
— Wspaniale. Idę do koleżanki.
— Jak to? — nie rozumiał. — Mama przychodzi!
— I co z tego? Niech przychodzi. Spędzicie miło czas we dwoje.
— Ale kto ugotuje? Kto nakryje do stołu?
— A co, zapomniałeś jak? Albo twoja mama?
Sierioża osłupiał i zamilkł. Spakowałam torbę i wyszłam.
Wróciłam późno tego wieczoru. Przywitał mnie niezadowoloną miną.
— Mama była bardzo rozczarowana. Przyszła specjalnie, żeby nas zobaczyć, a ciebie nie było.
— Przyszła zobaczyć ciebie, nie mnie — odpowiedziałam. — Mam nadzieję, że miło spędziliście czas.
— Aniu, ty nie rozumiesz. Mama robi to dla nas, chce pomóc…
— Pomóc? Przez sześć miesięcy twoja matka nie powiedziała do mnie ani jednego miłego słowa. Wszystko, co robię, jest złe. Wszystko, co kupuję, jest nieodpowiednie. Wszystko, co gotuję, jest mdłe. A mimo to wymaga, żebym przyjmowała ją jak honorowego gościa, nakrywała wystawny stół i zabawiała ją rozmową. To ma być pomoc?
— No… może ona po prostu chce, żeby wszystko było idealnie…
— Sierioża, czy choć raz powiedziałeś jej, że jestem dobrą żoną? Że jesteś zadowolony z tego, jak gotuję, sprzątam i dbam o ciebie?
Milczał. I zrozumiałam odpowiedź.
Następnym razem historia się powtórzyła.
— Dokąd znowu idziesz? Mama ma przyjść! — zaprotestował Sierioża, widząc, że się ubieram.
— Do Nataszy. Pogadamy sobie.
— A kolacja? Mama będzie głodna!
— Masz trzydzieści lat. Jesteś dorosłym mężczyzną. Nie potrafisz nakarmić własnej matki?
— Ale to… to kobieca praca!
Zatrzymałam się i spojrzałam na niego. Czy naprawdę przeżyłam dwa lata z tym człowiekiem, nie widząc, kim tak naprawdę jest?
— O jakiej „kobiecej pracy” mówisz — o gotowaniu dla twojej matki, która mnie nie znosi?
— Ona nie… po prostu taki ma charakter. Krytykuje wszystkich.
— Nie, Sierioża, ona uwzięła się wyłącznie na mnie. I ty doskonale o tym wiesz.
Zaczerwienił się, ale dalej nalegał:
— Jesteś moją żoną! Mama ma prawo oczekiwać od ciebie szacunku!
— A ja mam prawo oczekiwać ochrony od mojego męża! Tylko nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek mnie bronił.
I wyszłam.
Ta wojna trwała miesiąc. Za każdym razem, gdy zapowiadano wizytę Lidii Pietrowny, znikałam z domu. A Sierioża był coraz bardziej zły.
— Aniu, tak dalej być nie może! — oznajmił po kolejnej wizycie. — Mama wyszła ze łzami w oczach! Mówi, że jej nienawidzisz!
— Nie myli się.
— Jak możesz tak mówić?!
— Bardzo łatwo. Przez dwa lata małżeństwa twoja matka ani razu nie nazwała mnie po imieniu. Dla niej jestem „twoją żoną”, „tą dziewczyną” albo po prostu „nią”. Krytykuje każdy mój gest, każdą decyzję. Wymaga, żebym przerobiła całe mieszkanie według jej gustu. I zachowuje się tak, jakbym była służącą, której zadaniem jest ją obsługiwać. A ty ją wspierasz.
— Ja nie staję po niczyjej stronie! Po prostu mama…
— Mama, mama, mama! — wybuchłam. — Sierioża, ona ma sześćdziesiąt dwa lata! Jest dorosłą kobietą, która doskonale potrafi o siebie zadbać! Ale woli odgrywać kapryśną księżniczkę, a ty pozwalasz jej na wszystko!
— To moja matka!
— A ja jestem twoją żoną! Albo byłam…
Pokłóciliśmy się ostrzej niż kiedykolwiek. Sierioża poszedł do kolegi, a ja usiadłam i zaczęłam poważnie myśleć o naszym małżeństwie.
Co jeszcze nas łączyło? On zawsze stawał po stronie matki. W każdej kłótni, w każdej sytuacji. Moje uczucia, moje zdanie nie miały dla niego znaczenia. Nie widział we mnie partnerki, lecz personel do obsługi.
A ja przez dwa lata próbowałam być idealną żoną dla idealnego syna idealnej matki.
Kiedy wrócił, powiedziałam:
— Musimy poważnie porozmawiać.
— Jeśli znowu zamierzasz narzekać na mamę…
— Nie. Chcę porozmawiać o nas. Sierioża, bądź szczery: kochasz mnie?
— Oczywiście! Co to za dziwne pytanie!
— Więc dlaczego nigdy nie chronisz mnie przed swoją matką?
— Aniu, no proszę cię… ona cię nie atakuje. Ona tylko… daje rady.
— Mówi, że źle gotuję, źle sprzątam, źle się ubieram, źle się zachowuję. Jednocześnie wymaga, żebym ją zabawiała i jej usługiwała. I ty nazywasz to radami?
— Może trochę przesadzasz…
I właśnie wtedy zrozumiałam ostatecznie: on nigdy się nie zmieni. Dla niego matka zawsze będzie miała rację, a ja będę histeryczką, która „przesadza”.
— Sierioża — powiedziałam spokojnie — twoja matka przychodzi jutro, prawda?
— Tak. I proszę cię…
— Dobrze. Będę w domu.
Był zaskoczony, ale zadowolony.
— Naprawdę? Aniu, dziękuję! Wiedziałem, że zrozumiesz!
Wtedy powiedziałam:
— Sierioża, spakuj swoje rzeczy.
— Co?
— Jutro przyjdzie twoja matka, a ciebie tu nie będzie. Bo to moje mieszkanie i nie chcę już widzieć tutaj ani ciebie, ani jej.
— Aniu, co ty wygadujesz?!
— To, o czym myślę od sześciu miesięcy. Jesteś wspaniałym synem dla swojej matki. Ale dla mnie jesteś bezwartościowym mężem. Pakuj rzeczy.
Próbował się kłócić, błagać, grozić. Ale byłam stanowcza. Do rana spakował walizkę i wyszedł.
O drugiej po południu zadzwonił dzwonek do drzwi.
Lidia Pietrowna stała na progu z ogromną torbą i niezadowoloną miną.
— Gdzie jest Sierioża? — zapytała, nawet się nie witając.
— Nie wiem. Rozwiedliśmy się. Wczoraj się wyprowadził.
— Jak to rozwiedliście się?! — wykrzyknęła moja teściowa.
— Dokładnie tak. Proszę wejść, Lidio Pietrowno. Mam pani coś do powiedzenia.
Weszła do pokoju, rozglądając się podejrzliwie.
— Proszę usiąść — zaproponowałam. — Chce pani herbaty?
— Co to za komedia? Gdzie jest mój syn?
— Pani syn spakował rzeczy i odszedł. Pewnie do kolegi, a potem wróci do pani.
— O czym ty mówisz?
— O tym, że nie wychowała pani mężczyzny, Lidio Pietrowno, tylko maminsynka. W wieku trzydziestu lat nie jest w stanie podjąć żadnej samodzielnej decyzji.
Zaczerwieniła się.
— Jak pani śmie!
— Bardzo prosto. To moje mieszkanie i tutaj mówię to, co myślę. Przez dwa lata zamieniała pani moje życie w piekło. Krytykowała pani każdy drobiazg, każdy krok. A jednocześnie wymagała pani, żebym przyjmowała panią jak królową.
— Chciałam pomóc! Nauczyć cię!
— Chciała pani pokazać, kto rządzi w tym domu. Nie potrafiła pani zaakceptować, że pani syn się ożenił. Dlatego postanowiła pani zrobić ze mnie służącą, która będzie obsługiwać zarówno panią, jak i jego.
— To nieprawda!
— To prawda, Lidio Pietrowno. Przez dwa lata ani razu nie podziękowała mi pani za obiad. Ani razu mnie pani nie pochwaliła. Nigdy nie nazwała mnie pani po imieniu. Dla pani byłam „tą dziewczyną” albo „twoją żoną”. A pani syn się na to zgadzał.
Zamilkła, ale jej oczy błyszczały ze złości.
— A teraz — kontynuowałam — pani drogi syneczek jest wolny. Może pani znowu gotować mu potrawy na parze, prasować koszule i wybierać, jakie zasłony ma powiesić. Dokładnie tego pani chciała.
— Ty… ty zniszczyłaś mu życie!
— Nie, Lidio Pietrowno. Uwolniłam go od nieodpowiedniej żony. A siebie uwolniłam od nieodpowiedniego męża. Wszyscy są szczęśliwi.
Gwałtownie podniosła się z kanapy.
— On do ciebie wróci! To ty będziesz płakać!
— Jeżeli to zrobi, od razu go odeślę. Potrzebuję męża, nie dziecka do wychowania.
Chwyciła torbę i ruszyła do drzwi.
— I proszę zapamiętać — rzuciłam za nią — proszę więcej tu nie przychodzić. Następnym razem po prostu nie otworzę drzwi.
Drzwi trzasnęły. Usiadłam na kanapie i… roześmiałam się. Po raz pierwszy od dwóch lat poczułam się wolna.
Sierioża dzwonił przez tydzień. Próbował przekonać mnie, żebyśmy „porozmawiali”. Ale nie było już o czym rozmawiać. Złożyłam pozew o rozwód.
Miesiąc później spotkałam w sklepie wspólną znajomą.
— Aniu! — powiedziała z ożywieniem. — Słyszałam, że ty i Sierioża się rozwiedliście? On teraz mieszka u matki?
— Tak — uśmiechnęłam się. — Wreszcie odnaleźli swoje szczęście.
— I nie żałujesz?
Zastanowiłam się. Czy żałowałam tych dwóch lat? Tego, że tak długo znosiłam? Że nie zrozumiałam wcześniej, iż nie da się zbudować rodziny z kimś, kto nie uważa cię za człowieka?
— Nie — powiedziałam. — Nie żałuję. To była ważna lekcja.
Teraz wiem: szacunek w rodzinie nie jest luksusem, lecz koniecznością. A jeśli mężczyzna nie potrafi ochronić żony przed własną matką, to znaczy, że nie jest gotowy być mężem.
A Lidia Pietrowna dostała to, czego chciała: pełną władzę nad swoim synem. Niech się tym cieszy.