„W restauracji podzieliliśmy rachunek — nie jestem sponsorem”: mój randkowy partner, 58 lat, zjadł dwa steki, wypił wino i podał mi rachunek. Jak dałam nauczkę temu skąpcowi
Słowo „dzielący rachunek” zawsze wydawało mi się internetową obelgą, czymś bardzo odległym od prawdziwego życia. Szczerze wierzyłam, że mężczyźni, którzy siadają z kalkulatorem i liczą każdy grosz podczas randki, istnieją tylko w nerwowych postach na forach albo wśród biednych studentów, którym naprawdę trudno związać koniec z końcem.
Tak właśnie myślałam aż do zeszłego piątkowego wieczoru.
Mam czterdzieści sześć lat, od dawna jestem rozwiedziona i pracuję jako główna księgowa w małej firmie logistycznej. Moje życie się ustabilizowało, dzieci są już dorosłe, więc postanowiłam, że nadszedł czas, aby znów zacząć się z kimś spotykać. Zarejestrowałam się więc na portalu randkowym. Wśród setek nudnych profili i niejasnych propozycji Valery wyróżniał się na tle innych.
Miał pięćdziesiąt osiem lat. Na zdjęciach wyglądał na imponującego mężczyznę, z nobliwymi siwymi włosami, w dobrym garniturze, siedzącego za kierownicą przyzwoitego zagranicznego samochodu. W jego profilu napisano:
„Ustatkowany zawodowo, cenię komfort i szukam kobiety do poważnego związku — kobiety zmęczonej chłopcami i pasożytami”.
Brzmiało obiecująco. Pisaliśmy ze sobą przez około tydzień. Valery wypowiadał się pięknie, ozdabiał swoje wiadomości cytatami i sprawiał wrażenie mężczyzny starej daty, dla którego honor i godność nie były pustymi słowami.
Kiedy zaprosił mnie na randkę, wybrał znaną restaurację mięsną w centrum miasta. Nie było to tanie miejsce: przytłumione światło, ciężkie skórzane kanapy i szafy do dojrzewania mięsa ustawione bezpośrednio w sali. Już wtedy pomyślałam, że ten mężczyzna wyraźnie chce zrobić wrażenie.
Przyszłam punktualnie, lekko ułożyłam włosy i założyłam moją ulubioną sukienkę w kolorze szmaragdu. Valery już czekał przy stoliku. Na żywo był trochę niższy i bardziej korpulentny niż na zdjęciach, ale zachowywał się z niezwykłą pewnością siebie, a nawet z lekką protekcjonalnością człowieka, który uważa się za mistrza życia.
Kelner przyniósł menu i właśnie wtedy zaczęła się najciekawsza część.
Wieczorem nie jem dużo, więc od razu wybrałam zieloną sałatkę z krewetkami i zamówiłam filiżankę zielonej herbaty. Valery natomiast długo studiował menu z miną krytyka kulinarnego.
— Wie pani, miałem piekielny tydzień. Negocjacje, partnerzy, nerwy… potrzebuję białka — oznajmił głośno kelnerowi, na tyle głośno, że usłyszały go sąsiednie stoliki. — Proszę mi przynieść ribeye. Dobrze wysmażony, średnio. A wie pan co? Skoro już wyszliśmy, to korzystajmy. Proszę dać dwa. Dzisiaj jestem głodny jak wilk. I butelkę waszego najlepszego Shiraza.
Kelner skinął z szacunkiem głową i odszedł. Byłam lekko zaskoczona apetytem mojego kawalera, ale nic nie powiedziałam. W końcu dorosły, spełniony mężczyzna miał prawo odprężyć się w piątkowy wieczór.
Kiedy czekaliśmy na zamówienie, Valery urządził prawdziwy solowy występ. Opowiadał o swoich rzekomych sukcesach zawodowych, o tym, jak bardzo podziwiają go pracownicy, a potem stopniowo przeszedł do ulubionego tematu wielu mężczyzn z portali randkowych: interesowności współczesnych kobiet.
— Widzi pani, Anno — pouczał, podczas gdy kelner otwierał drogą butelkę wina i nalewał je do jego okrągłego kieliszka. Mnie nawet nie zaproponował, pamiętając, że zamówiłam herbatę. — Dzisiaj kobiety chcą tylko pieniędzy. Nikt nie chce widzieć w mężczyźnie człowieka. Każda szuka sponsora. Ale ja nie jestem bankomatem. Szukam partnerstwa, relacji na równych zasadach. Jak w Europie.
Skinęłam uprzejmie głową, grzebiąc widelcem w krewetkach. Tymczasem przyniesiono mięso Valery’ego. Dwa ogromne kawałki marmurkowej wołowiny parowały na drewnianej desce. Powietrze wypełnił intensywny aromat rozmarynu i grillowanego mięsa.
Mój towarzysz zaatakował jedzenie z pierwotną pasją. Kroił stek, wkładał do ust imponujące kawałki, popijał je winem i dalej wygłaszał swoje wywody z pełnymi ustami. Sok z mięsa błyszczał mu na brodzie. Widok, delikatnie mówiąc, nie był dla każdego.
Pod koniec wieczoru po dwóch ogromnych stekach zostało tylko wspomnienie, a Valery wypił całą butelkę Shiraza do ostatniej kropli. Ja dawno skończyłam herbatę i po prostu czekałam, aż ten solowy spektakl dobiegnie końca.
Valery beknął w serwetkę, oparł się o kanapę i pstryknął palcami, przywołując kelnera.
— Rachunek, mój drogi!
Na stole wylądowała czarna skórzana teczka. Valery otworzył ją niedbale, rzucił okiem na kwoty, a jego zadowolona twarz nagle przybrała surowy, biznesowy wyraz. Przesunął teczkę w moją stronę.
— No więc, Anno. Razem jest szesnaście tysięcy osiemset rubli. Twoja część to osiem tysięcy czterysta.
Zamarłam. Jakby we mnie zatrzymał się zegar. Spojrzałam na rachunek, potem na Valery’ego, a potem znów na rachunek.
— Przepraszam, Valery, czy dobrze usłyszałam? Proponujesz, żebym zapłaciła połowę tego rachunku?
Spojrzał na mnie z nieskrywaną irytacją, jak nauczyciel patrzący na głupiego ucznia.
— Co cię dziwi? W restauracji dzieli się rachunek. Nie jestem sponsorem, który przyszedł karmić obce kobiety. Jesteśmy nowoczesnymi ludźmi. Od razu powiedziałem, że szukam relacji na równych zasadach. Czy może jesteś jedną z tych kobiet, które sprzedałyby się za kawałek mięsa?
Poziom bezczelności tego człowieka przekraczał wszystko, co mogłam sobie wyobrazić. Moja sałatka i herbata kosztowały dokładnie tysiąc dwieście rubli. Pozostałe piętnaście tysięcy było za jego dwa kawałki dobrej wołowiny i całą butelkę drogiego wina, którego nawet nie tknęłam. Dosłownie postanowił zjeść kolację na mój koszt, chowając się za wzniosłymi przemowami o europejskiej równości.
Przez pierwsze sekundy miałam ochotę zrobić scenę. Chciałam powiedzieć temu żałosnemu manipulatorowi w ładnym garniturze wszystko, co myślę o jego męskiej godności. Ale jestem księgową. Pracuję z liczbami i nie lubię zbędnych emocji tam, gdzie można zastosować chłodną kalkulację.
Uśmiechnęłam się do niego uroczo.
— Wiesz, Valery, masz absolutną rację. W pełni popieram europejskie podejście i niezależność finansową. Przepraszam, odejdę na minutę przypudrować nosek, a potem wszystko uregulujemy.
Prychnął, przekonany, że jego mała sztuczka się udała, i oparł się o tył kanapy, dłubiąc w zębach wykałaczką.
Wstałam, wzięłam torebkę i ruszyłam w stronę toalety. Ale po drodze skręciłam do stanowiska hostessy, przy którym stał nasz kelner.
— Proszę pana — powiedziałam cicho, lecz stanowczo — czy mógłby pan uprzejmie wystawić mi osobny rachunek? Przy stoliku numer cztery zamówiłam zieloną sałatkę z krewetkami i herbatę.
Kelner, który najwyraźniej widział już wiele podobnych sytuacji, skinął głową ze zrozumieniem i zaczął stukać w ekran terminala.
— Tysiąc dwieście rubli — powiedział.
Przyłożyłam kartę, zapłaciłam za swoje zamówienie i zostawiłam mu trzysta rubli w gotówce jako osobisty napiwek.
— A resztę kwoty — zrobiłam krótką pauzę — w tym dwa steki i butelkę wina, proszę przynieść mojemu towarzyszowi. Bardzo nalegał na osobne rachunki, jak prawdziwy Europejczyk.
Nie wróciłam już do stolika. Przeszłam przez salę tak, żeby Valery mógł mnie zobaczyć. Zbliżając się do wyjścia, napotkałam jego spojrzenie. Patrzył na mnie niecierpliwie. Posłałam mu całusa, lekko pomachałam ręką i wyszłam w chłodną moskiewską noc.
Kiedy wracałam do domu taksówką, mój telefon eksplodował. Valery zadzwonił około pięciu razy. Potem zaczęły napływać wiadomości. Ton zmieniał się od zdezorientowanego: „Anna, gdzie zniknęłaś? Kelner domaga się zapłaty”, po agresywny: „Ty pasożytko! Tak się nie robi!”
Okazało się, że „odnoszący sukcesy biznesmen” nie miał nawet dość pieniędzy na karcie, żeby zapłacić rachunek za własne obżarstwo, i musiał do kogoś zadzwonić, żeby pożyczyć pieniądze.
Z ogromną przyjemnością zablokowałam jego numer i usunęłam rozmowę. Tak właśnie poznałam współczesnego „dzielącego rachunek”: mężczyznę tak przerażonego myślą, że ktoś może go wykorzystać, że nie widzi nic złego w wykorzystywaniu kobiety, przyprawiając swoją zwykłą chciwość pseudo-filozofią o równości.
Czy kiedykolwiek spotkaliście takich ludzi — takich, którzy próbują rozwiązywać swoje problemy finansowe pod przykrywką nowoczesnej równości? Jak wyszliście z takich sytuacji?