„Twoja matka zastawiła dla Witi stół jak w restauracji, a nam podaje śledzia z ziemniakami!” — wybuchła kobieta.

„Mamo, gdzie jest mój króliczek?” Katia pociągnęła Marinę za rękaw.

Stały w przedpokoju mieszkania teściowej, gdzie zatrzymały się dosłownie na minutę — tylko po to, żeby zabrać zabawkę.

Z salonu dochodził intensywny zapach mięsa smażonego z czosnkiem; brzęczały kieliszki, rozlegał się męski śmiech. Marina zrobiła krok w stronę uchylonych drzwi. Przez szparę zobaczyła nakryty stół — śnieżnobiały obrus, kryształowe salaterki z sałatkami, półmisek z wykwintnymi wędlinami, złocistą pieczoną kaczkę, butelki wina i koniaku, wazon pełen winogron i mandarynek.

Wstrzymała oddech. Wczoraj, na urodziny Iriny Pietrowny, na tym samym stole były gotowane ziemniaki, ogórki kiszone ze słoika i kilka kanapek ze szprotkami. Stała jak skamieniała, nie mogąc oderwać wzroku od tej uczty.

Marina cofnęła się od drzwi, znalazła króliczka na konsoli pod lustrem, chwyciła go i pociągnęła córkę do wyjścia.

„Chodź, Katiusza, szybko.”

Serce Mariny biło mocno, gdy schodziła po schodach. W samochodzie zapięła Katię i opadła na siedzenie, próbując zrozumieć, co właśnie zobaczyła.

Pięć lat temu, kiedy Aleksiej po raz pierwszy przyprowadził ją do swojej matki, Irina Pietrowna przyjęła ich w znoszonym szlafroku. Na stole leżały zapakowane pierniki i stał czajniczek z wyszczerbionym dzióbkiem.

„Wybaczcie, moja emerytura jest skromna” — westchnęła wtedy teściowa, nalewając herbatę. „Liosza wie, że chciałabym przyjąć was lepiej.”

Od tamtej pory przychodzili co miesiąc. W ich torbach zawsze był kurczak, ser i owoce. Marina kupowała drogie leki na ciśnienie, na które teściowa, jak mówiła, nie mogła sobie pozwolić.

„Mamo, przynieśliśmy ci twój Concor” — mówił Aleksiej, kładąc pudełka na stoliku w przedpokoju. „I wzięliśmy też Cardiomagnyl — w aptece powiedzieli, że najlepiej brać je razem.”

„Och, synku, po co wydawać pieniądze?” Irina Pietrowna machała rękami, ale szybko chowała leki do szafki.
 

Kiedy jego matka trafiła do szpitala z powodu kryzysu nadciśnieniowego, Marina przez dwa tygodnie przynosiła jej domowe jedzenie. Gotowała buliony, robiła pulpeciki na parze. Pielęgniarki były zaskoczone:

„Pani teściowa ma szczęście do synowej! Niektóre dzieci nawet nie przychodzą.”

Na każde święto stół Iriny Pietrowny pozostawał taki sam: gotowane ziemniaki, kiszona kapusta, śledź. Na Nowy Rok dodawała sałatkę z paluszków krabowych.

„Nie miej mi za złe” — szeptała teściowa. „Moja emerytura to grosze.”

Nigdy nie mówiła o starszym synu. Na komodzie stało tylko jedno zdjęcie — mężczyzna około czterdziestki w eleganckim garniturze. Na jego widok Aleksiej ponurzał się i wychodził zapalić.

„Z Wiktorem nie rozmawiamy” — wyjaśnił Aleksiej Marinie po pierwszej wizycie. „Stara historia.”

Wczorajsze urodziny minęły jak zwykle. Marina wyjęła z torby tort „Praga”, a Aleksiej wręczył matce kopertę z pieniędzmi.

„Och, po co aż tyle!” — zawołała teściowa, szybko wsuwając kopertę do kieszeni fartucha. „Siadajcie, ugotowałam ziemniaki.”

Na ceracie stały te same, zwyczajne dania: ziemniaki z koperkiem, śledź w plasterkach, chleb. Irina Pietrowna krzątała się, nakładając jedzenie na talerze.

„Mamo, chcesz, żebym zrobiła sałatkę? Masz świeże ogórki” — zaproponowała Marina, zaglądając do lodówki.

„Nie trzeba, kochanie, wystarczy tak. Jesteśmy między swoimi — bez ceremonii.”

Po herbacie i torcie kupionym w sklepie zaczęli szykować się do domu. Już w samochodzie Katia zaczęła marudzić:

„Mamo, zapomniałam mojego króliczka! Mojego ulubionego!”

„Wpadniemy jutro” — obiecał Aleksiej.

Ale rano został pilnie wezwany do pracy. Marina westchnęła, ubrała córkę i pojechała sama.
 

Miała klucz do klatki. Weszły na trzecie piętro; Marina zadzwoniła — cisza. Zapukała.

„Irino Pietrowno! To ja, Marina! Katia zapomniała zabawki!”

Nikt nie odpowiedział, ale z wnętrza dochodziły głosy. Marina pchnęła drzwi — nie były zamknięte na klucz. Weszła do korytarza i nagle stanęła jak wryta.

Przez cały dzień Marina nie mogła znaleźć spokoju. Kroiła sałatkę na kolację i widziała przed oczami kryształowe pucharki. Zmywała naczynia i przypominała sobie zapach pieczonej kaczki. Kiedy Aleksiej wrócił z pracy, poczekała, aż się przebierze i zje.

„Liosza, muszę ci coś powiedzieć” — powiedziała Marina, siedząc naprzeciwko męża na kanapie. „Dzisiaj byłyśmy u twojej matki po zabawkę.”

„I co?” Aleksiej sięgnął po pilota.

„Stół był nakryty. Jak…” Zawahała się, szukając słów. „Kaczka, wino, owoce. Wszystko w kryształach. Jak w restauracji.”

Aleksiej zamarł z pilotem w dłoni. Zacisnął szczękę; mięśnie na policzkach mu drgnęły.

„Wiktor przyjechał” — powiedział ochrypłym głosem. „Wczoraj, kiedy wychodziliśmy, wymsknęło jej się. Powiedziała, że dziś będzie zajęta.”

„Ale dlaczego taka różnica?” Marina nie mogła powstrzymać drżenia głosu. „Dla nas — ziemniaki i śledź, a dla niego…”

„Bo” — rzucił Aleksiej, ciskając pilotem na stolik kawowy — „w jej oczach zawsze byliśmy drugiej kategorii. Ja jestem nieudacznikiem, który nie poszedł na studia. A Wiktor to duma rodziny, biznesmen.”

Wstał i poszedł zapalić na balkon. Marina patrzyła przez szybę na jego zgarbione plecy. Coś w niej pękło. Przez wszystkie te lata okłamywała samą siebie, myśląc, że pomaga biednej emerytce.

Marina położyła się, ale sen nie przychodził. Aleksiej odwrócił się do ściany i oddychał spokojnie, ale wiedziała, że nie śpi. W ciemności przed oczami przesuwały się sceny z ostatnich lat, jedna boleśniejsza od drugiej.

Były urodziny Katii trzy lata temu. Marina zrobiła tort, udekorowała mieszkanie, zaprosiła dzieci ze żłobka. Irina Pietrowna przyszła z malutką lalką za dwieście rubli.

„Przepraszam, moja emerytura jest mała” — westchnęła.

A tydzień później Marina przypadkiem natknęła się na zdjęcie w telefonie teściowej — wnuk Wiktora z ogromnym zdalnie sterowanym helikopterem. Podpis głosił: „Dziękuję, babciu, za prezent!”
 

Przypomniała sobie, jak w szpitalu przynosiła rosół z kurczaka w termosie. Wstawała o szóstej, gotowała go, przecedzała przez gazę. Kobiety z sali dziwiły się:

„Irino Pietrowno, jaką ma pani złotą synową!”

„Tak, jest dobra” — przytakiwała teściowa. „Ale mój starszy syn — choć jest zajęty — regularnie dzwoni. Biznesmen!”

Marina odwróciła się na drugi bok. Złość paliła ją w piersi. Przecież oddała teściowej swój płaszcz z norek:

„Mamo, weź go, zrobił się na mnie za mały. Będzie ci pasował.”

„Och, jest zbyt drogi, nie mogę go przyjąć!”

„Daj spokój, mamo, jesteśmy rodziną!”

Irina Pietrowna wzięła płaszcz i schowała go do szafy. Marina nigdy potem nie zobaczyła go na niej. Gdzie podział się płaszcz? Pewnie został prezentem dla żony Wiktora.

Rano Marina obudziła się z jasną głową. Decyzja dojrzała — twarda i ostateczna. Spokojnie przygotowała śniadanie — jajka z pomidorami, pokrojony chleb. Aleksiej usiadł, mieszając kawę.

„Wiesz” — powiedziała Marina, nalewając sobie herbaty — „nie będę już biegać do twojej matki na każde wezwanie.”

Aleksiej podniósł wzrok znad talerza.

„Może sama kupować swoje leki. Albo Wiktor może to zrobić. Skoro dla niego robi to wszystko, niech on jej pomaga.”

„Mama zadzwoni i zacznie się skarżyć” — powiedział Aleksiej, odłamując kawałek chleba. „Na ciśnienie, na małą emeryturę.”

„Zadzwoni” — Marina wzruszyła ramionami. „Powiem jej grzecznie, że jesteśmy zajęci, że nie mamy pieniędzy. Wszystko to, co ona mówiła nam o Wiktorze — że jest zajęty, że ma pracę.”
 

Aleksiej po raz pierwszy od poprzedniego wieczoru uśmiechnął się lekko.

„A jeśli trafi do szpitala?”

„Odwiedzę ją raz w tygodniu. Z pustymi rękami. Jak inni: przyjść, porozmawiać, wyjść.”

Telefon na stole zawibrował. Na ekranie pojawiło się: „Mama”. Aleksiej spojrzał na ekran i odsunął telefon.

„Oddzwonię później” — powiedział, dalej jedząc.

Marina skinęła głową. W piersi zrobiło jej się lżej, jakby po długim marszu zdjęła z pleców ciężki plecak.

Minęły trzy miesiące. Marina nakrywała niedzielny stół dla swoich rodziców — przyszli zobaczyć wnuczkę. Na kuchence dusił się gulasz; w piekarniku rumieniła się szarlotka.

„Babciu!” Katia rzuciła się w objęcia babci. „Przyniosłaś mi książkę?”

„Oczywiście, moje słoneczko — dwie!”

Aleksiej pomógł teściowi zdjąć płaszcz i posadził go w fotelu. Przy stole było gwarno i ciepło. Matka Mariny pytała o pracę; ojciec bawił się z Katią w łapki.

Telefon zadzwonił dwa razy. Na ekranie pojawiło się: „Irina Pietrowna”. Marina odrzuciła połączenie.

„Twoja teściowa?” — zapytała jej matka.

„Tak. Oddzwonię później.”

W zeszłym tygodniu wpadli do Iriny Pietrowny na pół godziny.
 

Wypili herbatę ze sklepowymi piernikami, porozmawiali o pogodzie. Teściowa napomknęła o nowych lekach na ciśnienie — drogich, szwajcarskich. Marina pokiwała głową ze zrozumieniem i milczała.

„Mamo, jeszcze szarlotki, proszę!” Katia wyciągnęła rękę w stronę talerza.

Marina ukroiła córce większy kawałek i uśmiechnęła się. W tej kuchni, z tymi ludźmi, była u siebie. Naprawdę u siebie.