— Mamo, co się dzieje?
Nikita wszedł do kuchni, przyciągnięty ostrym, leczniczym zapachem, który dominował nawet nad bogatym aromatem świeżo parzonej kawy. Marina Giennadijewna siedziała przy stole, powoli przelewając ciemny płyn z butelki do szklanki z fasetami. Corvalol. Jej sztandar bojowy, jej tarcza, jej broń. Nie spojrzała na syna, ale wszystko w niej — od smutno zaciśniętych ust po napięte ramiona — krzyczało o uniwersalnym cierpieniu.
„Nie spałam całą noc” — poskarżyła się w końcu, podnosząc na niego wzrok. Jej spojrzenie, zwykle ostre i przenikliwe, było teraz przesłonięte mgłą męczeństwa. Wzięła mały łyk i skrzywiła się, jakby przełykała truciznę.
„Dlaczego?”
„Synku, spraw, żeby twoja żona mniej jęczała w nocy! Nie przeprowadziłam się do was, żeby słuchać takich nieprzyzwoitości! Mam słabe serce — potrzebuję spokoju!”
Nikita zatrzymał się w pół kroku w stronę ekspresu do kawy. Krew uderzyła mu do twarzy, gorąca i gęsta, paląc uszy i kark. Poczuł się nagi, zaskoczony. Słowa matki, wypowiedziane demonstracyjnie cicho i cierpiętniczo, trafiły w niego jak strzał snajpera. Nie miały wywołać gniewu, lecz wstyd — lepki, paraliżujący wstyd dotyczący tego, co najbardziej osobiste i intymne, a co właśnie stało się publicznym tematem przy śniadaniu. Chciał coś powiedzieć, zaprotestować, ale zaschło mu w ustach.
W tej samej chwili, jakby utkana ze światła poranka, do kuchni weszła Alla. Miała na sobie lekkie jedwabne kimono, włosy niedbale spięte z tyłu, a na ustach igrał cienki, zadowolony uśmiech. Wyglądała jakby budziła się w raju — i ten obraz uderzająco kontrastował z żałobną atmosferą, którą jej teściowa tak starannie stworzyła.
Na jej widok Marina Giennadijewna wyprostowała się, a jej usta zacisnęły się w cienką, pełną jadu linię.
„Dzień dobry, Alu. Dobrze spałaś, jak mniemam?” — w jej głosie było tyle kwasu, że mógłby przeżreć stół.
Alla zatrzymała się na chwilę; jej wzrok przesunął się z butelki Corvalolu na cierpiącą twarz teściowej, potem na męża, czerwonego jak gotowany rak. W ułamku sekundy oceniła sytuację. Na jej twarzy nie pojawiło się ani zażenowanie, ani złość. Przeciwnie — jej uśmiech się poszerzył, stając się jasny i prowokujący.
„Bardzo dobrego poranka, Marino Giennadijewno!” — zaśpiewała. „I pani również.”
Podeszła do Nikity, pogładziła jego napięte plecy i lekko pocałowała go w skroń. Potem zwróciła się do teściowej, patrząc jej prosto w oczy.
„Nikit, kochanie, nie zapomniałeś, że dziś jedziemy wybrać dla mnie nową koronkową bieliznę, prawda? Wczoraj widziałam absolutnie cudowny komplet. Myślę, że weźmiemy czerwony. Żeby noce były jeszcze bardziej intensywne.”
Mrugnęła do sparaliżowanego męża, w jej oczach błysnęła złośliwa iskra. To była riposta — precyzyjna i bezlitosna. Nie tłumaczyła się. Nie broniła. Podniosła stawkę, zamieniając zarzut „nieprzyzwoitości” w zapowiedź jeszcze bardziej bezwstydnych przyjemności. Nikita stał osłupiały, a jego matka pociemniała z bezsilnej furii, zostając z bezużytecznym Corvalolem i całkowitą porażką porannego ataku.
Bezpośredni atak z Corvalolem się nie powiódł, ale Marina Giennadijewna nie była typem, który się cofa. Była strategiem, a mieszkanie syna oferowało nieskończone możliwości taktyczne. Przeszła do działań partyzanckich. Pod pretekstem „pomocy w domu” krążyła jak cień po mieszkaniu, ścierając kurz tam, gdzie go nie było i przestawiając idealnie ustawione wazony. Jej prawdziwym celem była sypialnia.
I czekała. Pewnego dnia Alla zostawiła na komodzie papierową torbę z luksusowego sklepu z bielizną. Marina zauważyła ją natychmiast. Gdy tylko Alla poszła pod prysznic, weszła do pokoju. Jej palce, przyzwyczajone do innych rzeczy, rozwinęły szeleszczący papier. Czerwony komplet. Szkarłatny jedwab i czarna koronka — nie zwykła bielizna, lecz manifest.
Tego wieczoru, gdy Nikita i Alla wrócili, w mieszkaniu unosił się zapach wybielacza. Na środku kuchni wisiało coś szaro-brązowego — zniszczona resztka czerwonej bielizny.
„Mamo, co to jest?” — zapytał Nikita.
„Ach, sprzątałam i wrzuciłam do prania wszystko razem” — odpowiedziała niewinnie.
Alla nic nie powiedziała. Wzięła zniszczony materiał i wrzuciła go do kosza.
„Nic się nie stało. Kupimy nowe. Widać niektórzy wolą grzebać w cudzej bieliźnie niż cieszyć się ładnymi rzeczami.”
Maska teściowej pękła. Wojna trwała dalej.
Porażka nie złamała Mariny — tylko ją wzmocniła. Zrozumiała, że potrzebuje cięższej artylerii. Wezwała męża.
W niedzielę odbył się „rodzinny obiad”. Ojciec Nikity, Giennadij Arkadijewicz, człowiek ciężki i surowy, usiadł jak sędzia. Atmosfera była napięta.
„Rodzina opiera się na szacunku” — zaczął. „I na kobiecej skromności.”
Alla słuchała spokojnie.
„Kiedy w domu nie ma spokoju, kiedy noc zamienia się w… cyrk, oznacza to, że dom pęka. Mężczyzna potrzebuje spokoju, żeby być głową rodziny…”
Nikita skurczył się jeszcze bardziej, spodziewając się wybuchu. Ale Alla tylko się uśmiechnęła.
„Ma pan absolutną rację, Giennadij Arkadijewicz…”
I tak rozpoczął się kolejny etap wojny.