— Dziewczyno, ty w ogóle rozumiesz, co zrobiłaś?! — krzyknął Siemion, wymachując chochlą. — Zupa na podłodze, klient ochlapany, a ty stoisz jak posąg!
Aliona spojrzała na ciemną plamę na drogim garniturze mężczyzny i poczuła, jak ściska ją w żołądku. To był koniec jej pracy. Sześć miesięcy wysiłku — i wszystko na nic. Teraz ten bogaty człowiek zrobi scenę, zażąda odszkodowania, a ją zwolnią bez żadnej odprawy.
— Proszę pana, bardzo przepraszam… Już wszystko posprzątam — wyjąkała, chwytając serwetki ze stołu.
Mężczyzna uniósł rękę, żeby ją powstrzymać.
— Proszę poczekać. To moja wina. Obróciłem się gwałtownie i rozproszył mnie telefon.
Aliona znieruchomiała. Przez dwa lata pracy jako kelnerka słyszała już wszystko, ale żeby klient ją przepraszał — coś takiego jeszcze się nie zdarzyło.
— Nie, to ja byłam niezdarna… — mruknęła.
— Proszę się nie martwić. Garnitur da się wyczyścić. Ale czy pani się poparzyła?
Pokręciła głową, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. Mężczyzna miał około czterdziestu pięciu lat, siwiejące włosy i okulary. Mówił spokojnie, bez tego sztucznego, uprzejmego tonu, którym zwykle posługują się bogaci klienci.
— W takim razie pójdę się przebrać, a ty przyniesiesz kolejną zupę. Ale tym razem uważaj — powiedział z lekkim uśmiechem.
Igor, administrator sali, pojawił się jak spod ziemi.
— Panie Sokołow, przepraszamy za incydent! Oczywiście zrekompensujemy panu koszt garnituru…
— Igorze Pietrowiczu, nie ma takiej potrzeby. Wszystko jest w porządku.
Aliona przyniosła nową porcję zupy, a ręce wciąż jej drżały. Sokołow jadł powoli, od czasu do czasu rzucając jej zamyślone spojrzenie.
— Jak masz na imię?
— Aliona.
— Jak długo tu pracujesz?
— Sześć miesięcy.
— Podoba ci się?
Wzruszyła ramionami. Co miała powiedzieć? Praca to praca. Pensja jest w porządku, a z zespołem — jak się trafi.
— A wcześniej gdzie pracowałaś?
Pytanie było proste, ale Aliona wewnętrznie się spięła. Bogaci mężczyźni nie wypytują o przeszłość kelnerek bez powodu.
— W innej kawiarni — odpowiedziała chłodno.
Sokołow skinął głową i o nic więcej nie zapytał. Zapłacił, zostawił hojny napiwek i wyszedł.
— Miałaś szczęście — mruknął Siemion. — Gdybym ja w młodości trafiał na takich klientów, już dawno byłbym na emeryturze.
Tydzień później Sokołow wrócił do restauracji. Usiadł przy tym samym stoliku i poprosił, żeby obsługiwała go Aliona.
— Jak się masz? — zapytał, kiedy przyniosła kartę.
— Dobrze.
— Gdzie mieszkasz?
— Wynajmuję pokój.
— Sama?
Aliona odłożyła kartę trochę zbyt gwałtownie.
— A co z tego?
Sokołow uniósł ręce w uspokajającym geście.
— Przepraszam, nie chciałem być niedyskretny. Po prostu przypominasz mi kogoś.
— Kogo?
— Moją siostrę. Ona też była samodzielna w twoim wieku.
Aliona poczuła, jak coś ściska ją w środku. „Była” — czyli już nie żyje.
— Pracuje gdzieś?
— Nie — zawahał się Sokołow. — Odeszła dawno temu.
Ich rozmowę przerwał inny klient, prosząc o rachunek. Kiedy Aliona wróciła, Sokołow kończył sałatkę.
— Mogę często tu przychodzić? — zapytał. — Lubię to miejsce.
— Oczywiście, to miejsce publiczne.
— A jeśli poproszę, żeby zawsze obsługiwała mnie właśnie pani?
Aliona wzruszyła ramionami. Klient zawsze ma rację, zwłaszcza kiedy dobrze płaci.
Sokołow zaczął przychodzić dwa razy w tygodniu. Zawsze zamawiał to samo: zupę, sałatkę, danie główne. Jadł powoli, czasem cicho rozmawiał przez telefon. Idealny gość.
Stopniowo zaczął opowiadać o swoim życiu. Jest właścicielem sieci sklepów budowlanych, mieszka z żoną w domu za miastem. Nie mają dzieci.
— Skąd pochodzisz? — zapytał pewnego dnia.
— Z miasta — odpowiedziała Aliona wymijająco.
— Twoi rodzice żyją?
— Nie.
— Odeszli dawno temu?
— Nie pamiętam ich. Dorastałam w domu dziecka.
Sokołow zamarł, trzymając łyżkę nad talerzem.
— W którym?
— W internacie numer czternaście przy ulicy Sadowej.
— Rozumiem. Ile masz lat?
— Dwadzieścia dwa.
— Kiedy opuściłaś dom dziecka?
— W wieku osiemnastu lat. Najpierw dali mi miejsce w akademiku, potem wynajęłam coś sama.
Sokołow przestał jeść. Spojrzał na nią dziwnie, jakby dopiero teraz naprawdę ją zauważył.
— Coś się stało? — zapytała Aliona.
— Nie, wszystko dobrze. Po prostu… moja siostra też dorastała w domu dziecka.
— Biedna.
— Tak. Miałem wtedy dwadzieścia lat, studiowałem na uniwersytecie. Nie mogłem jej do siebie zabrać — sam mieszkałem w akademiku, ledwie utrzymując się ze stypendium.
— A potem?
— Potem było już za późno.
W jego głosie było tyle bólu, że Aliona nie zadawała więcej pytań. To nie do niej należało rozdrapywanie cudzych wspomnień.
W następnym tygodniu Sokołow przyniósł jej prezent — małe, starannie zapakowane pudełko.
— Co to jest?
— Otwórz.
W środku były złote kolczyki — proste, ale eleganckie.
— Nie mogę tego przyjąć.
— Dlaczego?
— Bo prawie się nie znamy.
— Aliona, to tylko drobny gest. Bez żadnych warunków.
— Za co?
Zamilkł na chwilę.
— Masz jakieś plany na przyszłość?
— Jakie plany? Pracuję i odkładam na mieszkanie.
— Chciałabyś zmienić pracę?
— Na co?
— W jednym z moich sklepów jest stanowisko kierownika. Pensja trzy razy wyższa niż tutaj.
Aliona odsunęła się od stolika.
— I co mam za to zrobić?
— Pracować. Przyjmować towar, pilnować sprzedawców, przygotowywać raporty. Wszystkiego cię nauczą.
— Dlaczego właśnie ja?
— Bo jesteś odpowiedzialna. Przez sześć miesięcy nie było na ciebie żadnych skarg, zawsze jesteś uprzejma wobec klientów. I dlatego, że chcę pomóc.
— Dlaczego?
Sokołow zdjął okulary i przetarł je serwetką.
— Moją siostrę oddano do domu dziecka, kiedy miała dwanaście lat — nasi rodzice zginęli w pożarze. Ja byłem wtedy na trzecim roku studiów. Myślałem, że wytrzymam kilka lat, skończę studia, znajdę dobrą pracę i zabiorę ją do siebie.
— Co się stało?
— Zmarła na zapalenie płuc, rok przed moim dyplomem. O jej pogrzebie dowiedziałem się dopiero miesiąc później.
Aliona milczała. Historia była poruszająca, ale co ona miała z tym wspólnego?
— Myślałem o tym całe życie: gdybym wcześniej zaczął działać, rzucił studia, poszedł gdziekolwiek do pracy…
— I co wtedy? Oboje ledwo byście przeżyli, zamiast męczyć się osobno?
— Być może. Ale ona by żyła.
— Tego nie możesz wiedzieć.
— Wiem. Źle ją tam traktowali. Gdyby mieszkała ze mną…
— Słuchaj, naprawdę mi przykro z powodu twojej siostry. Ale ja nie jestem nią.
— Rozumiem. Ale pozwól mi chociaż spróbować coś naprawić.
Aliona wzięła pudełko z kolczykami.
— Zastanowię się nad pracą. Ale kolczyki zabierz z powrotem.
— Aliona, no proszę. To tylko prezent, bez żadnych warunków.
— Właśnie dlatego go nie przyjmuję.
W domu, w swoim wynajmowanym pokoju, Aliona opowiedziała wszystko przyjaciółce Walentinie, która dorastała razem z nią w domu dziecka.
— Nie wierzę w bogatych, dobrych mężczyzn — powiedziała Walentina, gryząc jabłko. — Oni zawsze czegoś chcą.
— On zachowuje się jak starszy przyjaciel. Nawet jak ojciec.
— Jeszcze gorzej. To znaczy, że ma jakieś dziwne pomysły.
— Przestań, Wal. Nie gadaj głupot.
— Aliona, przecież nam powtarzali od dziecka: nie ufaj dorosłym, którzy są zbyt mili. Pamiętasz, co było z Nataszą Kryłową?
Pamiętała. Natasza poszła z mężczyzną, który obiecywał jej złote góry. Wróciła w ciąży i cała posiniaczona.
— Ale pensja jest naprawdę dobra…
— Porozmawiaj z Igorem. On jest doświadczony.
Igor ostrożnie podszedł do propozycji:
— Aliona, bogaci niczego nie dają za darmo. On na pewno ma w tym jakiś własny interes.
— Jaki interes?
— Nie wiem. Może chce zdradzać żonę. Może szuka zastępczej córki. A może czegoś gorszego.
— Twierdzi, że chce odkupić winę wobec siostry.
— I ty mu wierzysz?
— Czemu nie? Jego historia brzmi wiarygodnie.
— Jesteś mądra, Aliona. Ale słabo rozumiesz ludzi. Za dużo od nich oczekujesz.
Tydzień później Aliona jednak się zgodziła. Nie dla pieniędzy, choć były ważne. Po prostu miała dość noszenia tac i codziennego znoszenia kaprysów klientów.
Sklep znajdował się na obrzeżach miasta i sprzedawał materiały budowlane. Załoga: trzech sprzedawców, magazynier, księgowa i ona.
Sokołow szkolił ją przez tydzień. Spokojnie wszystko tłumaczył, powtarzał i ani razu nie zdenerwował się przez jej błędy.
— Masz dobrą pamięć — powiedział. — I umiesz nawiązywać kontakt z ludźmi. Myślę, że sobie poradzisz.
Pierwszy miesiąc był trudny. Sprzedawcy jej nie akceptowali — była młoda, niedoświadczona i miała protekcję. Ale Aliona nie miała zwyczaju się poddawać. Pracowała od rana do wieczora, uczyła się asortymentu, zapamiętywała ceny, poznawała sposób pracy z dostawcami.
Z czasem wszystko zaczęło się układać. Sokołow przyjeżdżał raz w tygodniu — sprawdzał dokumenty, rozmawiał z personelem. Traktował Alionę życzliwie, ale bez poufałości.
— Jak sobie radzisz? — pytał zwykle.
— Dobrze. Powoli się przyzwyczajam.
— Jeśli coś będzie niejasne, dzwoń. Nie wahaj się.
— Dobrze.
— A co z mieszkaniem? Nadal wynajmujesz pokój?
— Na razie tak. Ale już szukam mieszkania.
— Może mógłbym ci pomóc? Znam kilku pośredników.
— Dziękuję, poradzę sobie sama.
Skinął głową i nie naciskał.
Dwa miesiące później Sokołow zaprosił ją na kolację.
— Do restauracji? — zapytała Aliona, zaskoczona.
— Nie, do domu. Moja żona świetnie gotuje. Chce cię poznać.
Aliona się zawahała. Niezręcznie było odmówić szefowi, ale pójście do domu obcych ludzi wydawało jej się dziwne.
— Nie martw się — roześmiał się Sokołow. — Nie jesteśmy straszni. Po prostu chcemy spokojnie porozmawiać.
Dom Sokołowów był duży, z ogrodem i basenem. Marina, jego żona, przyjęła Alionę dość chłodno.
— Marina — przedstawiła się Aliona, wyciągając rękę.
Piękna, zadbana kobieta, ale spojrzenie miała lodowate.
— Wejdź, wejdź — powiedziała. — Boris dużo mi o tobie opowiadał.
— Mam nadzieję, że dobrze.
— O niektórych rzeczach dobrze, o innych nie — uśmiechnęła się Marina, ale jej oczy pozostały obojętne.
Podczas kolacji Sokołow prosił Alionę, żeby opowiedziała o pracy i swoich planach. Marina prawie się nie odzywała, tylko od czasu do czasu rzucała złośliwe uwagi.
— Myślałaś o studiach wyższych? — zapytała.
— Tak, myślałam. Ale nie teraz.
— Rozumiem. Praca jest ważniejsza.
— Marino — poprawił ją łagodnie mąż.
— Co? Jestem tylko ciekawa. Rzadko widuje się ludzi, którzy tak wcześnie stają się samodzielni.
— W domach dziecka trzeba szybko dorosnąć — odpowiedziała Aliona.
— Tak, oczywiście. Boris opowiadał mi o twojej… przeszłości.
To „przeszłości” zabrzmiało tak, jakby chodziło o coś niskiego, brudnego.
— Marino, umawialiśmy się — powiedział Sokołow ostrzej.
— O czym? Nic złego nie powiedziałam. Wręcz przeciwnie, podziwiam to. Nie każdy przeżyłby w takich warunkach.
Aliona zrozumiała, że czas wyjść.
— Dziękuję za kolację. Muszę już iść.
— Jak to iść? Przecież dopiero skończyliśmy jeść! — zaprotestował Sokołow.
— Muszę jutro wcześnie wstać.
— Odprowadzę cię.
— Nie trzeba, pójdę sama.
W drodze powrotnej myślała o Marinie. Było jasne, że jej nie zaakceptowała. I trudno się dziwić: jej mąż nagle zainteresował się młodą dziewczyną z domu dziecka, poświęcał jej czas i pieniądze. Każda kobieta byłaby zaniepokojona.
Następnego dnia Sokołow zadzwonił.
— Aliona, przepraszam za wczorajszy wieczór. Marina była w złym humorze.
— Nic się nie stało.
— Nie, to było nie w porządku. Nie miała prawa tak się zachowywać.
— Rozumiem ją. Na jej miejscu też bym się martwiła.
— O co?
— O to, że jej mąż nagle zaczyna pomagać obcej dziewczynie.
Sokołow zamilkł.
— Dla mnie nie jesteś obca. Jesteś… wyjątkowa.
— Bo przypominam ci siostrę?
— Nie tylko dlatego.
— To dlaczego?
— Bo jesteś silna. Nie załamałaś się, nie narzekałaś na swój los, nie straciłaś wiary. Idziesz naprzód.
— Jest wiele takich jak ja.
— Więcej, niż myślisz.
Miesiąc później stało się to, czego Aliona się obawiała. Przyszła do sklepu, a personel szeptał między sobą.
— Co się dzieje? — zapytała.
— Nic szczególnego — odpowiedziała Swietłana, kierowniczka sprzedaży. — Wczoraj szef kupił mieszkanie.
— Jakie mieszkanie?
— Kawalerkę w nowym bloku przy ulicy Rzecznej. Podobno chce przepisać ją na ciebie.
Serce Aliony zamarło.
— Skąd to wiesz?
— Mój zięć pracuje w nieruchomościach. Mówi, że dokumenty są już prawie gotowe.
Aliona poczekała do przerwy obiadowej i zadzwoniła do Sokołowa.
— Musimy porozmawiać.
— Oczywiście. Przyjdź do biura.
— Lepiej do kawiarni.
— Dobrze. Znasz „Europę” przy Centralnej? Będę tam za pół godziny.
Sokołow już czekał przy stoliku.
— Coś się dzieje w pracy?
— Kupujesz mi mieszkanie?
Nie zaprzeczył.
— Tak.
— Dlaczego?
— Chciałem ci pomóc.
— Nic mi nie jesteś winien.
— Wiem. Ale to dla mnie ważne, żeby to zrobić.
— Dlaczego? Co ja takiego zrobiłam dla pana?
Zdjął okulary i potarł oczy.
— Ona też miała na imię Aliona. Była o rok młodsza od ciebie, kiedy zmarła. Blondynka, szare oczy, uparta. Taka jak ty.
Alionę ścisnęło w sercu.
— I co z tego?
— Kiedy cię zobaczyłem, przez sekundę pomyślałem, że to ona. Dorosła, dojrzała, ale ta sama.
— Borisie Wiktorowiczu…
— Poczekaj. Wiem, że to głupie. Że to nie jesteś ty. Ale potrzebowałem wiedzieć, że przynajmniej jedno dziecko z domu dziecka miało normalne życie. Że komuś pomogłem.
— Pan nie pomaga mnie, tylko sobie.
Skinął głową.
— Być może. Ale to nie sprawia, że ta pomoc jest mniej realna.
— Sprawia. Bo pan mnie nie widzi, tylko swoją zmarłą siostrę.
— To nieprawda.
— Prawda. I dlatego nie mogę przyjąć tego mieszkania.
— Dlaczego?
— Bo nie chcę być niczyim substytutem. Nawet hojnym.
Sokołow długo milczał.
— A jeśli dam to mieszkanie komuś innemu — nie tobie?
— Wtedy uwierzę, że naprawdę chce pan pomagać.
— Czyli chodzi o motywy?
— Chodzi o to, żeby nie być czyimś wspomnieniem.
Wstał.
— Rozumiem. Przepraszam, że zabrałem ci czas.
— Nie gniewaj się. Jestem wdzięczna za pracę, za zaufanie…
— Za co? Za to, że cię wykorzystałem?
— Za to, że próbował pan pomóc.
Odszedł, zostawiając pieniądze na stole.
Następnego dnia Aliona złożyła wypowiedzenie. Zostawiła je sekretarce.
— Proszę przekazać.
— Boris Wiktorowicz bardzo panią cenił.
— Po prostu postanowiłam zmienić drogę.
Tego samego wieczoru Sokołow zadzwonił.
— Aliona, nie podejmuj pochopnych decyzji. Nie z powodu naszej rozmowy.
— To nie dlatego. Po prostu zrozumiałam, że chcę być kucharką.
— Naprawdę?
— Tak, absolutnie.
Przez chwilę milczał.
— W takim razie powodzenia.
— Dziękuję.
Igor przyjął ją z radością.
— Alionka! Myśleliśmy, że o nas zapomniałaś.
— Nie zapomniałabym, gdyby było co tracić — zaśmiała się.
Siemion poważnie potraktował jej chęć nauki.
— Masz dobre ręce. Najważniejsze, żeby się nie spieszyć.
Aliona zapisała się na kursy kulinarne. Pracowała jako kelnerka, wieczorami się uczyła, a nocami ćwiczyła w domu.
Walentina próbowała jej potraw.
— Dobre. Ale po co ci to?
— Nie chcę zależeć od niczyjej litości.
— A od czyjej zależałaś?
Aliona opowiedziała jej całą historię.
— Ty naprawdę jesteś głupia — pokręciła głową przyjaciółka. — Oferowali ci mieszkanie, a ty odmówiłaś.
— To nie był prezent. Chcieli zapłacić za to, żebym odegrała rolę zmarłej siostry.
— I co z tego? Mieszkanie to mieszkanie.
— Dla mnie to ma znaczenie.
Sześć miesięcy później Aliona pracowała już jako pomoc kucharza. Zarabiała mniej niż wcześniej, ale czuła, że jest na swoim miejscu.
Pewnego dnia Sokołow przyszedł do restauracji. Usiadł przy swoim zwykłym stoliku. Aliona poszła go obsłużyć.
— Dobry wieczór. Co pan sobie życzy?
— Zupę dnia, sałatkę grecką, grillowaną rybę.
— Dobrze.
Przyniosła zamówienie, a on jej podziękował. Jedli w milczeniu.
Przed wyjściem zatrzymał ją.
— Aliona, możemy porozmawiać?
— Oczywiście.
— Chciałem przeprosić. Za wszystko, co się wydarzyło.
— Nie trzeba.
— Trzeba. Miałaś rację. Szukałem w tobie swojej siostry.
— A teraz?
— Teraz ja i moja żona zajmujemy się działalnością charytatywną. Pomagamy domom dziecka. Ale nie próbujemy już nikogo zastępować.
Aliona skinęła głową.
— Spotkanie z tobą zmieniło moje życie. Zmusiło mnie do przemyślenia wszystkiego.
— Moje też.
— W jaki sposób?
— Uwierzyłam w siebie. Zrozumiałam, że mogę sama wybrać swoją drogę.
Sokołow się uśmiechnął.
— Czyli jesteśmy kwita.
— Chyba tak.
Położył pieniądze na stole i ruszył do wyjścia. Przy drzwiach odwrócił się.
— Powodzenia, Aliona. Prawdziwego powodzenia.
— Tobie też.
Kiedy wyszedł, Aliona uprzątnęła stolik. Zostawił dokładnie tyle napiwku, ile trzeba. Ani więcej, ani mniej.
I właśnie tak było najlepiej.