Mieszkamy w moim mieszkaniu. To ma znaczenie — ogromne. Ale rodzina mojego męża ma wygodny sposób zapominania o tym, jakby był to drobny błąd w druku w tej ich nieskazitelnej fantazji, w której wolą żyć. Mój mąż, Siergiej, człowiek z ego Napoleona i pensją bibliotekarza z małego miasteczka, szczerze wierzył, że sama jego obecność w moim życiu jest darem z niebios. Uwielbiał wygłaszać przemowy o „tradycyjnych wartościach”, rozwalając się na kanapie, którą — nawiasem mówiąc — kupiłam za moje pieniądze z urlopu macierzyńskiego.
— Kristineczko — zaczął pewnego wieczoru, cały nadęty własną ważnością — mama dzwoniła. W mieszkaniu cioci Wali trwa remont, więc potrzebuje miejsca, gdzie mogłaby zatrzymać się na kilka tygodni. Powiedziałem jej, że mamy dużo miejsca. Zresztą i tak jesteś w domu, możesz jej doglądać i ją karmić. Jest na diecie numer 5.
Podniosłam wzrok znad komputera — bo praca freelancera nie znika magicznie tylko dlatego, że mój sześciomiesięczny syn śpi w kołysce — i przyjrzałam się mężowi tak, jak naukowiec obserwuje rzadkiego owada.
— Siergiej — powiedziałam cicho — zapytałeś swoją matkę, czy przypadkiem nie myli naszego trzypokojowego mieszkania z sanatorium w Mineralnych Wodach?
Przewrócił oczami, jakbym podała mu kwaśne wino.
— No proszę, znowu się zaczyna. To rodzina! Siedzisz w domu cały dzień — zabiłoby cię, gdybyś podała komuś miskę zupy? Kobieta powinna być strażniczką domowego ogniska, a nie kalkulatorem.
— Strażniczka domowego ogniska, kochanie, chroni dom przed przeciągami i intruzami. To, co opisujesz, to personel domowy.
— Robisz się zimna! — oburzył się, unosząc rękę. — Mama mówi, że urlop macierzyński psuje kobiety. Tracisz kontakt z rzeczywistością!
— Nie, Siergiej — odpowiedziałam — tracić kontakt z rzeczywistością to wierzyć, że zakupy same rozmnażają się w lodówce.
Prychnął, nie znalazł żadnej riposty i poszedł do łazienki — jedynego miejsca w domu, gdzie jego autorytet wciąż pozostawał absolutny.
Następnego dnia przyjechała Lidia Siemionowna. Przyszła z torbą tanich pierników i listą zadań.
— Kristina — zaczęła, nawet nie zdejmując butów — Swietłanka ma przedstawienie w szkole. Potrzebuje kostiumu wiewiórki. Tu jest materiał. I tak jesteś w domu, maszyna do szycia stoi. A jeszcze kupiłam zasłony do podłożenia. Pięć okien. Skończysz do jutra, prawda?
Mówiła jak generał odprawiający rekrutów. W jej świecie byłam dodatkiem dołączonym do jej syna — czymś pomiędzy multicookerem a maszyną do szycia sterowaną głosem.
— Lidio Siemionowno — powiedziałam, ostrożnie odsuwając materiał pachnący naftaliną — przykro mi, ale nie mogę. Mam zaplanowany masaż dziecka, spacer i pracę.
Zamarła. Jej brwi powędrowały tak wysoko, że niemal dotknęły linii włosów.
— Pracę? Jesteś na urlopie macierzyńskim! Twoja praca to pieluchy i barszcz! — uniosła ręce. — Co się dzieje z młodymi? My prałyśmy w przeręblach, rodziłyśmy w polu i nigdy się nie skarżyłyśmy! Macie automatyczne pralki i mimo to jesteście zmęczone? To lenistwo, Kristina. Nic poza lenistwem!
— W przeręblach, mówisz? — spojrzałam na nią niewinnie. — To wspaniale.
— Bezczelna! — syknęła.
Potem wyszła, trzaskając za sobą drzwiami z dramatyzmem sędziego ogłaszającego wyrok. Ja tylko wzruszyłam ramionami. Spektakl dopiero się zaczynał.
Tego wieczoru zebrała się „rada rodzinna”. Siergiej najwyraźniej dostał przez telefon nową dawkę jadu od swojej matki i wrócił gotowy do walki.
— Obraziłaś moją matkę! — oznajmił, ledwie przekroczył próg. — Poprosiła o pomoc! Jesteś jej winna przeprosiny i uszyjesz ten cholerny kostium wiewiórki!
— Siergiej — powiedziałam, wyciągając z teczki wydrukowaną kartkę A4 — przemyślałam to, co mówiłeś o rodzinie i dokładaniu się do domu. Miałeś całkowitą rację.
Zamrugał. Spodziewał się łez, kłótni, może nawet sceny — ale na pewno nie zgody.
— No… widzisz? Wiedziałem, że jesteś mądrą kobietą — powiedział, już uśmiechając się w oczekiwaniu na swój triumf.
— Dlatego sporządziłam biznesplan — kontynuowałam, podając mu kartkę. — Spójrz.
Był zatytułowany:
Cennik spółki z o.o. „Żona na urlopie macierzyńskim”
Szycie kostiumu wiewiórki
/usługa ekspresowa + szkody moralne/ — 5000 rubli
Podłożenie zasłon
/za metr bieżący/ — 400 rubli
Przygotowanie kotletów rybnych z ryby dostarczonej przez klienta
/w tym czyszczenie łusek ze wszystkich powierzchni kuchennych/ — 2000 rubli
Zakwaterowanie cioci Wali
/łóżko + trzy posiłki dziennie, dieta numer 5/ — 3500 rubli za dzień
Wysłuchiwanie porad na temat „jak właściwie żyć”
— 1500 rubli za godzinę
Siergiej czytał dalej, a jego oczy robiły się coraz większe.
— Zwariowałaś? — wyszeptał. — To moja matka! To ciocia Wala! Naprawdę zamierzasz żądać pieniędzy od rodziny?
— Nie, oczywiście, że nie — odpowiedziałam uprzejmie. — To ty zapłacisz. Jesteś głową rodziny, klientem zamawiającym usługi. Ja jestem tylko wykonawcą. Gospodarka rynkowa, mój drogi. Sam mówiłeś: czas to pieniądz. Mój też ma wartość.
— To chciwość! — wrzasnął głosem tak piskliwym, że prawie drżał. — Powinnaś robić to z miłości!
— Z miłości sypiam z tobą i rodzę twoje dzieci — powiedziałam bez uśmiechu. — Czyszczenie trzech kilogramów karpia dla twojej matki to catering. Płatność przy odbiorze albo pełna przedpłata.
Siergiej chwycił kartkę, zgniótł ją i rzucił na podłogę.
— Nie będę brał udziału w tym szaleństwie! Jutro mama przyniesie rybę, a ty ją usmażysz! W przeciwnym razie—
— W przeciwnym razie co? — podeszłam do niego. — Pójdziesz mieszkać do swojej matki? Przypominam ci, że mieszkanie jest moje. Mogę zmienić zamki szybciej, niż ty powiesz „kotlet rybny”.
Znieruchomiał.
Po raz pierwszy zrozumiał, że podłoże, które zawsze uważał za granit, w rzeczywistości było tylko ruchomymi piaskami.
Punkt kulminacyjny nastąpił tydzień później. Lidia Siemionowna obchodziła sześćdziesiąte urodziny. Początkowo planowano świętować w restauracji, ale potem moja teściowa postanowiła zaoszczędzić — naturalnie moim kosztem — i oznajmiła:
— Wszyscy spotkamy się u Kristiny! Jej salon jest przestronny. Kristina nakryje do stołu — i tak jest w domu. Około dwudziestu osób. Sama rodzina.
Siergiej przekazał mi to tonem, który miał brzmieć stanowczo, ale nieustannie rzucał niespokojne spojrzenia na mój „Cennik”, który przypięłam magnesem do lodówki.
— Bardzo dobrze — powiedziałam. — Stół będzie.
Odetchnął z ulgą. Myślał, że ustąpiłam, że „kobiecy bunt” został stłumiony. Przez cały tydzień paradował jak zwycięski kogut, nucąc pod nosem. Moja teściowa codziennie dzwoniła, dyktując menu: galareta, duszone żeberka z warzywami, trzy różne sałatki, domowy tort. Wszystko sumiennie zapisywałam.
Wielkiego dnia goście zaczęli przychodzić około piątej. Moja szwagierka przyszła z mężem i dziećmi, przyjechała ciocia Wala, a wraz z nią kilku kuzynów trzeciego stopnia, których ledwo rozpoznawałam. Lidia Siemionowna wkroczyła do mieszkania w brokacie i złocie, oczekując, że znajdzie przygotowaną dla siebie ucztę.
Weszli do salonu.
Na środku pokoju stał duży stół przykryty pięknym obrusem.
Całkowicie pusty.
Na nieskazitelnie białym obrusie stał tylko wazon z jedną różą i starannie ułożony stos zalaminowanych menu z pobliskiej pizzerii.
— Kristina… — głos mojej teściowej załamał się z niedowierzania. — Gdzie jest… jedzenie?
Wyszłam przywitać gości. Nie w fartuchu, z włosami związanymi w niedbały kok, lecz w wieczorowej sukience, z makijażem i kieliszkiem wina w dłoni.
— Dobry wieczór, drodzy krewni! — zawołałam promiennie. — Wszystkiego najlepszego, Lidio Siemionowno! Ponieważ klient — wskazałam na Siergieja, który zrobił się trupio blady — nie wpłacił zaliczki zgodnie z wyceną, którą przekazałam mu tydzień temu, opcja „domowy bankiet” zostaje anulowana. Ale zadbałam o was! Oto menu z dostawą. Kurierowi można zapłacić kartą albo gotówką. Polecam pepperoni: jest doskonała.
— Ty… ty… — Siergiej łapał powietrze. — Upokorzyłaś nas! Przed rodziną!
Lidia Siemionowna opadła na krzesło, wachlując się serwetką.
— Żmija! Przyjęliśmy cię, a ty tak nam się odwdzięczasz! Synu, jak ty możesz z nią żyć?
— Żyje mu się bardzo dobrze — odpowiedziałam chłodno, tracąc uśmiech. — W cieple, czystości, wygodzie i całkowicie za darmo. Ale czasy urządzania bankietów na cudzy koszt się skończyły. Chcesz święta — zapłać za nie. Chcesz, żebym dla ciebie pracowała — szanuj moją pracę. Nie jestem służącą. Jestem żoną i matką. I ja też chciałabym cieszyć się świętami, zamiast padać z nóg przy kuchence.
Moja szwagierka spróbowała wymamrotać coś o „kobiecym obowiązku”, ale jedno moje spojrzenie natychmiast odebrało jej mowę.
— A teraz — powiedziałam, popijając wino — kto zamawia pizzę? Ja wezmę tę z owocami morza. Oczywiście na koszt królowej wieczoru.
Skandal był ogromny. Krzyki, groźby, obelgi. Ale najśmieszniejsze? Byli bardziej głodni niż wściekli. Czterdzieści minut później przyjechał dostawca z dziesięcioma pudełkami pizzy i sushi. Siergiej zapłacił, zaciskając zęby tak mocno, że myślałam, iż zaraz pęknie mu szkliwo.
Wieczór ciągnął się w atmosferze bardziej przypominającej pogrzeb niż urodziny, ale ja czułam się wspaniale. Siedziałam tam, jedząc maki, których nie przygotowywałam przez trzy godziny, i niedbale kołysałam nogą pod stołem.
Kiedy goście wreszcie wyszli, Siergiej próbował przeprowadzić powojenną odprawę.
— Upokorzyłaś moją matkę! — zaczął, wracając do swojego ulubionego refrenu.
— Nauczyłam ją szacunku — odpowiedziałam spokojnie. — Ciebie też. A tak przy okazji, jesteś mi winien 5000 rubli za sprzątanie. Twoi krewni nanieśli błota do korytarza i rozlali sos na dywan.
— Nie dam ci ani jednej kopiejki! — ryknął.
— Świetnie — powiedziałam, wyciągając telefon. — Zmieniam hasło do Wi-Fi, przestaję gotować ci kolacje i koniec z praniem twoich koszul. Jutro wychodzę do kawiarni z przyjaciółkami, a ty zostajesz w domu z naszym synem. Za darmo. W końcu jesteś jego ojcem.
Siergiej spojrzał na mnie. Potem na górę pustych pudełek po pizzy. Potem na wygodną kanapę. W jego oczach chciwość i komfort stoczyły krótką, ale dramatyczną walkę.
Komfort wygrał przez nokaut.
— Dobrze — mruknął. — Przeleję. Ale to… to nieludzkie.
— Nie — odpowiedziałam. — To rynek. Będziesz musiał się przyzwyczaić.
Od tamtej pory minęło pół roku. Krewni mojego męża przychodzą teraz do mnie wyłącznie po wcześniejszym umówieniu — i przynoszą własne ciasto. Moja teściowa nie prosi mnie już o podkładanie zasłon. Znalazła pracownię krawiecką, która, jak twierdzi, „kosztuje fortunę”, ale przynajmniej wykonuje pracę bez komentarzy.
Siergiej, ku mojemu zaskoczeniu, stał się znacznie łatwiejszy w obsłudze. Wreszcie zrozumiał, że zdanie „i tak jesteś w domu” kosztuje zdecydowanie za dużo. A ja? Pracuję, wychowuję syna i kocham mojego męża.
Różnica polega na tym, że teraz ta miłość ma bardzo wyraźne granice — a w niektórych przypadkach również cennik.
I pamiętajcie, dziewczyny: jeśli ktoś uważa, że wasz czas jest nic niewart, nie bójcie się wystawić rachunku. Czasami to jedyny sposób, by ludzie zrozumieli, że jesteście bezcenne.