Drzwi mieszkania skrzypnęły, otwierając się o wpół do jedenastej wieczorem. Marina zatrzymała się w przedpokoju, zsuwając z ramienia ciężką torbę. Nogi mrowiły ją po dwunastogodzinnym dyżurze w szpitalu — dzisiaj było wyjątkowo ciężko. Trzy przyjęcia w trybie pilnym, niekończące się badania, wypisy jeden po drugim… A w domu — odgłosy śmiechu, brzęk zderzających się talerzy i ten paskudny zapach tanich papierosów.
— Marin, wszystko dobrze? — głos Pawła dobiegł z kuchni, ale nawet nie wyszedł, żeby ją przywitać.
Powoli zdjęła buty, powiesiła płaszcz na haczyku i poszła do łazienki, żeby się umyć. Lustro odbiło zmęczoną twarz — głębokie cienie pod oczami, potargane włosy, pognieciony T-shirt. Czterdzieści dwa lata… Kiedy zdążyła stać się aż tak stara?
Zimna woda trochę ją orzeźwiła, ale nie zmyła irytacji. Z kuchni dochodziły głosy — Paweł i jego kumpel Witia o czymś rozmawiali, głośno się śmiali. Ten typ znowu tu siedział! Jak długo jeszcze?
Marina weszła do kuchni i znieruchomiała. Na stole — jej zakupy. Salami, które kupiła sobie na śniadanie, otwarte opakowanie sera, chleb… Wyciągnęli nawet słoik dżemu, który zostawiała na weekend.
— Marinka! — Witia uniósł szklankę herbaty. — Dołącz do nas! Rozmawiamy o życiu, filozofujemy…
Przyjrzała mu się uważnie. Witia — około czterdziestu pięciu lat, zaniedbana broda i wiecznie pogniecione ubrania. Od trzech miesięcy „mieszkał tymczasowo” na ich kanapie. Trzeci miesiąc jadł ich jedzenie, korzystał z ich łazienki, oglądał ich telewizję. I wcale nie zamierzał pracować — nadal „szukał siebie”, „analizował opcje”…
— Praca jest — powiedziała Marina znużonym głosem, otwierając lodówkę. — Mógłbyś iść na budowę, pracować jako tragarz…
— Daj spokój, Marin — Paweł machnął ręką. — Witia nie jest już młody, musi znaleźć coś w swoim zawodzie. Jest inżynierem, nie robotnikiem fizycznym.
Marina wyjęła z lodówki jogurt — jedyną nietkniętą rzecz. Usiadła przy stole, czując, jak wszystko w niej zaciska się ze zmęczenia i żalu.
— Wiesz, Marinka — ciągnął Witia, łamiąc kawałek chleba — dzwoniłem dziś do jednej firmy. Jest stanowisko, ale pensja śmieszna. Lepiej poczekać na porządną propozycję.
„Poczekać…” Marina poczuła, jak coś w niej pęka. Pracowała po dwanaście godzin dziennie, wracała wyczerpana, a ten facet „czeka na porządną propozycję”! Za jej pieniądze, przy jej stole!
— Nie pracuję dniami i nocami po to, żeby twoi znajomi żyli na nasz koszt! — rzuciła sucho, wstając od stołu.
Paweł zakrztusił się herbatą.
— Marina! Dlaczego znowu zaczynasz? Ten człowiek przechodzi trudny okres, potrzebuje wsparcia…
— Trudny okres? — Marina odwróciła się do męża. — Trzy miesiące trudnego okresu! A ja niby mam lekkie dni? Wstaję o piątej, pracuję do wieczora, a potem wracam do czegoś takiego!
Wskazała na stół pokryty resztkami jej zakupów.
— Jutro nie będę miała co zjeść! To salami kupiłam dla siebie, a wy zjedliście wszystko!
Witia niezręcznie odłożył kawałek chleba.
— Marin, nie złość się… Nie wiedziałem, że to było twoje prywatne…
— Wszystko tutaj jest moje prywatnie! — głos Mariny drżał od powstrzymywanego wyczerpania. — Ja płacę czynsz, ja kupuję jedzenie, ja płacę za prąd! A wy dwaj się tutaj objadacie!
Paweł wstał i podszedł do żony.
— No już, wystarczy, nie denerwuj się. Witia pomoże przy opłatach, jak tylko znajdzie pracę…
— Kiedy on znajdzie pracę? — Marina odsunęła się od męża. — Paweł, nie mam już cierpliwości. Mam dość utrzymywania dorosłego człowieka, który nawet porządnie nie potrafi powiedzieć „dziękuję”.
Witia poczerwieniał.
— Ale ja jestem wam wdzięczny, naprawdę… Tylko że…
— Żadnego „tylko że”! — przerwała Marina. — Od jutra naprawdę szukasz pracy. Jakiejkolwiek! Albo znajdujesz sobie inne miejsce do mieszkania.
W kuchni zapadła cisza. Paweł patrzył na żonę ze zdziwieniem — zwykle znosiła wszystko bez słowa; w najgorszym razie trochę pomarudziła, a potem się uspokajała.
— Marish, czemu się tak denerwujesz? — Paweł spróbował załagodzić sytuację. — Napij się herbaty, uspokój się…
— Jestem spokojna — powiedziała cicho. — Bardzo spokojna. I bardzo zmęczona.
Wzięła jogurt i skierowała się do sypialni. Za jej plecami zostały zmieszane głosy mężczyzn — Paweł coś tłumaczył Witii, a Witia się usprawiedliwiał…
W sypialni Marina usiadła na łóżku i rozpłakała się. Cicho, bez szlochu — łzy po prostu spływały jej po policzkach. Kiedy stała się obca we własnym domu? Kiedy jej zdanie przestało się liczyć?
Rano Marina wstała o zwykłej porze — o piątej. Witia spał na kanapie w salonie, rozciągnięty na całą długość. Jego skarpetki walały się po podłodze; na stoliku kawowym stała pusta butelka po piwie. Po cichu poszła do kuchni, zrobiła sobie kawę z tego, co zostało w słoiku, i wyszła do pracy.
W szpitalu dzień minął jak we mgle. Marina wykonywała swoje obowiązki mechanicznie — zakładała kroplówki, podawała leki, wypełniała dokumenty. Koleżanki kilka razy pytały, czy wszystko w porządku, ale odpowiadała krótko.
Podczas przerwy obiadowej do pokoju personelu weszła przełożona pielęgniarek, Lena.
— Marin, dzisiaj nie jesteś sobą. Problemy w domu?
— Coś w tym rodzaju — odpowiedziała Marina zmęczonym tonem. — Jestem całkowicie wyczerpana.
Lena usiadła obok niej.
— Posłuchaj, nie chciałabyś czegoś zmienić? Mam znajomą w Jekaterynburgu; zaprasza cię do prywatnej kliniki. Pensja półtora raza wyższa, bardzo dobre warunki…
— Do Jekaterynburga? — Marina podniosła wzrok. — To daleko…
— No właśnie, może to lepiej? Czasem trzeba zacząć życie od nowa, wiesz?
Te słowa zabrzmiały w niej dziwną ulgą. Zacząć od nowa… A gdyby spróbowała?
— Daj mi kontakt — poprosiła, sama zaskoczona sobą. — Zobaczę.
Marina wróciła do domu o ósmej wieczorem. W mieszkaniu było cicho — Paweł oglądał telewizję, Witia czytał książkę. Kiedy ją zobaczyli, obaj uśmiechnęli się trochę winowajczo.
— Marish, Witia i ja pomyśleliśmy… — zaczął Paweł. — Może na razie mógłby wziąć jakąś dorywczą pracę? Chociaż jako kurier albo coś takiego…
Witia skinął głową.
— Tak, chętnie. Muszę tylko znaleźć coś odpowiedniego…
— Odpowiedniego… — powtórzyła Marina, kierując się do sypialni.
Przebrała się, usiadła przy komputerze i wybrała numer, który dała jej Lena. Długo się wahała, ale w końcu zadzwoniła.
— Halo, Jelena Wiktorowna? Tu Marina Sokołowa, pielęgniarka z Nowosybirska. Lena Pietrowa dała mi pani numer…
Rozmowa trwała pół godziny. Jekaterynburg, nowa klinika, dobre warunki, pensja naprawdę wyższa… Mogła przyjechać na rozmowę za tydzień.
— Zastanowię się — powiedziała do telefonu. — Oddzwonię jutro.
Po odłożeniu słuchawki długo siedziała przy oknie. A gdyby tak? A gdyby zostawiła wszystko i wyjechała? Paweł mógłby sobie poradzić ze swoim kumplem. Nikt jej tu nie zatrzymywał…
Ktoś zapukał do drzwi.
— Marin, mogę?
Paweł wszedł, nerwowo przestępując z nogi na nogę.
— Rozmawialiśmy z Witią. Jutro będzie szukał pracy. Poważnie, bez wymówek.
— Dobrze — odpowiedziała Marina obojętnie.
— Dlaczego jesteś taka… zdystansowana? Wczoraj zrozumiałem, że miałaś rację. Naprawdę posunęliśmy się za daleko…
Marina spojrzała na męża. Znajoma twarz, ale w jakiś sposób obca. Kiedy ostatnio rozmawiali o czymś ważnym? Kiedy ostatnio rozmawiali ze sobą od serca?
— Paweł, czy ty mnie kochasz? — zapytała nagle.
Wyglądał na zaskoczonego.
— Oczywiście, że cię kocham! Co to za pytanie…
— A jak to pokazujesz?
— No… jak… Mieszkamy razem, jesteśmy rodziną…
— Pracuję po dwanaście godzin dziennie — powiedziała Marina powoli. — Wracam wyczerpana, a ty nawet nie pytasz, jak się czuję. Ale dla swoich przyjaciół zawsze znajdujesz czas, jedzenie, uwagę…
Paweł usiadł na brzegu łóżka.
— Marish, myślałem, że ci to nie przeszkadza… Witia przechodzi trudny okres…
— A ja? — Marina odwróciła się do męża. — Czy ty rozumiesz, jak to jest codziennie widzieć śmierć, ból, ludzkie cierpienie? Chcę w domu ciszy, spokoju… A nie wieczornych popijawek.
Paweł spuścił głowę.
— Nie pomyślałem o tym… Przepraszam.
— Zaproponowano mi pracę w Jekaterynburgu — powiedziała Marina cicho.
Głowa męża gwałtownie się uniosła.
— Co?
— Dobrą pracę. Dobrze płatną. Zastanawiam się, czy tam nie pojechać.
— Jak możesz tak po prostu wyjechać? A my? A…
— Jakie „my”? — Marina uśmiechnęła się gorzko. — Ty żyjesz swoim życiem; masz swoich przyjaciół, swoje plany… A ja żyję tylko pracą. I utrzymywaniem waszej małej spółki.
Paweł wstał i zaczął chodzić po pokoju.
— Ale możemy to zmienić! Nie wiedziałem, że jest ci aż tak ciężko…
— Paweł, mam czterdzieści dwa lata — powiedziała zmęczonym głosem. — A czuję się, jakbym miała osiemdziesiąt. Bo oprócz pracy i obowiązków domowych nie mam nic. Ani radości, ani planów…
— A dziecko? — zapytał nagle Paweł. — Przecież chcieliśmy mieć dzieci…
Marina znieruchomiała. Tak, chcieli. Jakieś pięć lat temu. Ale potem odkładali to na później — praca, pieniądze, zawsze coś…
— Jakie dziecko? — powiedziała cicho. — My nawet nie mamy czasu dla siebie…
Następne dni minęły w dziwnym napięciu. Witia naprawdę chodził po różnych miejscach pracy — wychodził rano, wracał wieczorem z opowieściami o rozmowach kwalifikacyjnych. Paweł stał się bardziej uważny — pytał, jak minął jej dzień, nawet dwa razy zrobił kolację.
Ale Marina jakby oddzieliła się od wszystkiego niewidzialną barierą. Sprzątała, odpowiadała na pytania, ale wewnątrz czuła, że już pakuje walizki.
W czwartek Witia wrócił do domu wyjątkowo przygnębiony.
— No i koniec, ludzie, naprawdę jest kiepsko. Znalazłem pracę w warsztacie samochodowym, ale okres próbny trwa trzy miesiące, a pensja jest śmieszna…
— To już coś — wzruszyła ramionami Marina.
— Daj spokój, Marin! Za takie pieniądze nawet jedzenia nie kupisz! Myślę, że będę dalej szukał…
Marina odłożyła książkę, którą czytała.
— Witia, rozumiesz, że ja od pół roku żyję właśnie z taką „śmieszną” kwotą? Po opłaceniu rachunków i kupieniu jedzenia zostaje mi dokładnie taka „śmieszna” reszta.
— To co innego… — mruknął Witia. — Jesteś kobietą, potrzebujesz mniej…
Marina wstała z kanapy.
— Mniej potrzebuję? Witia, ty mówisz poważnie?
Paweł próbował się wtrącić.
— Witiok, co ty wygadujesz? Co ma do tego bycie kobietą?
— Daj spokój, Paszka — machnął ręką Witia. — Kobietom jest łatwiej, nie są tak wymagające. Mężczyzna potrzebuje pewności, perspektyw…
Marina znów poczuła, jak coś się w niej rozrywa. Ten człowiek mieszkał u nich od trzech miesięcy, jadł ich jedzenie, korzystał z ich gościnności — i jeszcze miał czelność mówić coś takiego!
— Wiesz co — powiedziała cicho, ale bardzo wyraźnie. — Jutro zaczynasz pracę w warsztacie. Albo szukasz sobie innego miejsca do mieszkania. Innej opcji nie ma.
— Marin, no weź… — wyjąkał Witia. — Nie chciałem cię urazić…
— Celowo czy nie — nie obchodzi mnie to. Jestem zmęczona niewdzięcznością i chamstwem we własnym domu.
Ruszyła do sypialni, po czym odwróciła się jeszcze w progu.
— I jeszcze jedno. Trzy miesiące opłat — dwadzieścia tysięcy. Możesz zapłacić teraz albo w ratach, ale do końca miesiąca.
Drzwi sypialni trzasnęły, zostawiając w salonie dwóch osłupiałych mężczyzn.
W piątek rano Witia wciąż był w domu, ale Marina nawet się do niego nie odezwała. Przygotowała się do pracy i wyszła bez śniadania.
W szpitalu czekała na nią Lena.
— I co, przemyślałaś propozycję?
— Tak — skinęła głową Marina. — Mogę dostać więcej szczegółów? Do kiedy potrzebujesz odpowiedzi?
— Do poniedziałku. Jeśli się zgodzisz — we wtorek rozmowa przez Skype’a, a za tydzień możesz zaczynać.
— Tak szybko?
— Pilnie potrzebują doświadczonej pielęgniarki. Poprzednia poszła na urlop macierzyński.
Marina zamyśliła się. Tydzień… Bardzo szybko. Ale może właśnie to było dobre — wyrwać się z tej sytuacji?
— Len, a mieszkanie tam?
— Na początku możesz zamieszkać w hotelu dla pielęgniarek. Potem znajdziesz własne lokum.
Hotel pracowniczy… Po własnym mieszkaniu byłoby trudno. Ale — bez Witii, bez wyrzutów, bez nikogo na utrzymaniu…
— Dobrze — zdecydowała. — Dam ci ostateczną odpowiedź do poniedziałku.
Wróciła do domu o wpół do siódmej. Witia siedział na kanapie z przygnębioną miną; Paweł nerwowo chodził tam i z powrotem.
— Marin — mąż od razu podszedł do niej — Witia postanowił pojechać do matki do Omska. Wyjeżdża jutro.
— Dobrze — odpowiedziała spokojnie.
— A co do pieniędzy… Nie może teraz zapłacić całej kwoty, ale obiecuje przelewać w ratach…
— Paweł — przerwała mu. — To mnie nie interesuje. Niech sam sobie radzi.
Witia podniósł wzrok.
— Marin, naprawdę nie chciałem cię urazić… To o kobietach — powiedziałem głupotę…
— Witia — powiedziała Marina zmęczonym tonem. — Zapomnijmy o tym, dobrze?
Poszła do kuchni, wyjęła jedzenie z lodówki i zaczęła przygotowywać kolację. Za plecami słyszała przyciszone męskie głosy — wyraźnie o czymś rozmawiali.
— Marich — Paweł podszedł bliżej. — Możemy porozmawiać?
— Mów.
— Naprawdę pojedziesz do Jekaterynburga?
Marina nie odpowiedziała od razu. Czy naprawdę zamierzała wyjechać? A może to była tylko próba dotarcia do męża?
— Nie wiem — przyznała szczerze. — Może.
— A jeśli ja też się zmienię? Jeśli zaczniemy żyć inaczej?
— Inaczej, czyli jak?
— No… żebyś nie pracowała aż tyle. Żebyśmy mieli czas dla siebie…
Marina odłożyła nóż.
— Paweł, zamierzasz pracować?
Mąż zawahał się. Od dwóch lat siedział w domu — najpierw po zwolnieniu, potem „szukał siebie”, potem „rozważał opcje”… Żyli z pensji Mariny i jego niewielkiego zasiłku.
— Myślałem… może mógłbym założyć własną firmę…
— Za jakie pieniądze?
— No, wziąć kredyt…
— I ja mam go spłacać?
Paweł spuścił głowę.
— Marin, musimy przecież jakoś żyć…
— Dokładnie — żyć. A nie przetrwać z jednej pensji.
Wróciła do przygotowywania kolacji. Myśli krążyły jej po głowie… A jeśli naprawdę znajdzie pracę? A jeśli spróbują naprawić swój związek?
— Paweł, powiem szczerze — powiedziała, nie odwracając się. — Nie mam już siły na eksperymenty. Jeśli chcesz zachować tę rodzinę — pokaż to czynami. Idź do pracy. Jako stróż, sprzątacz, obojętnie. Muszę po prostu zobaczyć, że chcesz próbować. Dla nas.
— A Jekaterynburg?
— Daj mi tydzień do namysłu.
Witia wyjechał w sobotę rano. Paweł odprowadził go na dworzec autobusowy i wrócił ponury.
— Obiecał przelewać po tysiąc miesięcznie — powiedział żonie.
— Mhm — odpowiedziała Marina obojętnie.
Posprzątała mieszkanie — wyprała pościel po Witii, umyła naczynia, starła plamy po piwie ze stołu. Bez tej dodatkowej obecności mieszkanie wydawało się większe i jaśniejsze.
— Marin, może gdzieś dziś wyjdziemy? — zaproponował Paweł. — Do kina albo po prostu na spacer?
— Jestem zmęczona — powiedziała. — Chcę po prostu zostać w domu.
Zjedli kolację w milczeniu. Paweł próbował rozpocząć rozmowę, ale wychodziło to niezręcznie.
— Pamiętasz — powiedział, popijając herbatę — jak jeździliśmy w weekendy do twoich rodziców? Twoja mama robiła te naleśniki…
— Pamiętam — skinęła głową Marina.
— Dawno tam nie byliśmy…
— Ty ich właściwie nie lubisz.
— Nie, to nie tak… Po prostu nie mieliśmy czasu…
Marina spojrzała na męża uważnie. Kiedy nie mieli czasu? Kiedy ona pracowała po dwanaście godzin, a on siedział w domu z przyjaciółmi?
— Paweł, przestań. Nie udawaj, że wszystko było dobrze. Od dawna nie jest dobrze.
— Ale możemy to naprawić…
— Tak, możemy — przytaknęła. — Ale tylko jeśli naprawdę tego chcesz. Nie dlatego, że boisz się zostać sam.
W poniedziałek rano Paweł wstał wcześnie — razem z Mariną.
— Dzisiaj idę szukać pracy — powiedział przy śniadaniu. — Poważnie.
— Dobrze — odpowiedziała.
— I nieważne jakiej. Byle przynosiła pieniądze.
Marina skinęła głową, dopijając kawę. W kieszeni miała numer kliniki w Jekaterynburgu. Wieczorem musiała dać odpowiedź.
Wciąż nie wiedziała, co powie.
W pracy Lena kilka razy pytała ją o decyzję, ale Marina odpowiadała wymijająco. W porze obiadu w głowie zrobiło jej się jaśniej — zrozumiała, że chce dać Pawłowi szansę. Ostatnią szansę.
O szóstej wieczorem zadzwoniła do kliniki.
— Jelena Wiktorowna? Tu Marina Sokołowa. Postanowiłam na razie zostać w Nowosybirsku. Jeśli państwa oferta będzie aktualna później…
— Oczywiście, Marina. Proszę kontaktować się w każdej chwili; zawsze chętnie przyjmiemy dobrych specjalistów.
Marina wróciła do domu o wpół do ósmej. Paweł siedział w kuchni z jakimiś papierami.
— Jak poszło? — zapytała, zdejmując kurtkę.
— Znalazłem pracę — powiedział, podnosząc wzrok. — Kierowca taksówki. Zaczynam jutro.
— Naprawdę?
— Naprawdę. Pieniądze nie są ogromne, ale stałe. I czasem są napiwki.
Marina usiadła obok niego.
— Jak podjąłeś tę decyzję?
Paweł przez chwilę milczał.
— Zrozumiałem, że cię tracę. I że żadna praca nie jest gorsza niż utrata rodziny.
— Paweł…
— Nie, pozwól mi skończyć. Myślałem o tym cały dzień, biegając po mieście w poszukiwaniu pracy. Myślałem, jaki byłem egoistyczny. Ty się wykańczasz, żeby nas utrzymać, a ja jeszcze mam wymagania…
Marina wzięła go za rękę.
— Postanowiłam zostać.
— Naprawdę? — w głosie Pawła zabrzmiała nadzieja.
— Ale pod pewnymi warunkami — dodała stanowczo. — Koniec z przyjaciółmi na naszym utrzymaniu. Nikogo nie karmimy i nie przyjmujemy pod dach na własny koszt. A obowiązki domowe dzielimy sprawiedliwie.
— Zgoda — Paweł szybko skinął głową.
— I jeszcze jedno. Znowu zaczynamy się ze sobą spotykać. Chodzić do kina, rozmawiać, spędzać czas tylko we dwoje.
— Oczywiście! Naprawdę chcę, żebyśmy odzyskali równowagę.
Marina spojrzała mężowi w oczy. Zobaczyła w nich szczerość i gotowość do zmiany. Może naprawdę im się uda?
— Więc zaczniemy jutro — powiedziała. — Po twojej pierwszej zmianie pójdziemy na kolację. Uczcimy nowy początek.
Paweł zaczął pracować jako taksówkarz i ku własnemu zaskoczeniu polubił tę pracę. Opowiadał Marinie o pasażerach, o mieście, które odkrywał na nowo, i o tym, jak przyjemnie jest zarabiać pieniądze.
Pierwszą wypłatę wydał na zakupy i sam przygotował uroczystą kolację. Kiedy Marina wróciła z pracy, zobaczyła nakryty stół i zapalone świece.
— Co to takiego? — zapytała zaskoczona.
— Chciałem zrobić ci niespodziankę — powiedział Paweł, zawstydzony. — Dziękuję, że we mnie wierzysz.
Podczas kolacji rozmawiali o wszystkim — o pracy, planach, o tym, czego brakowało w ich relacji. Po raz pierwszy od dawna Marina poczuła, że znów są parą, a nie dwojgiem obcych ludzi dzielących jedno mieszkanie.
— Wiesz — powiedziała, sącząc wino — coś zrozumiałam. Miłość to nie tylko uczucia. To czyny — każdego dnia.
— Zgadzam się — skinął głową Paweł. — I obiecuję, że od teraz moje czyny będą ciebie godne.
Marina uśmiechnęła się — po raz pierwszy od miesięcy naprawdę szczęśliwie.
— Więc wszystko będzie dobrze.
Minęło sześć miesięcy. Ich życie zmieniło się radykalnie — Paweł pracował, pomagał w domu, a weekendy spędzali razem. Marina dostała mniej wymagające stanowisko w tym samym szpitalu; pensja była niższa, ale miała czas dla siebie i dla rodziny.
Pewnego wieczoru, kiedy oglądali telewizję, Paweł powiedział:
— Wiesz, co zrozumiałem? Szczęście jest wtedy, kiedy nie wstydzisz się patrzeć w oczy osobie, którą kochasz.
Marina odłożyła magazyn, który przeglądała, i odwróciła się do męża.
— Pamiętasz, jak krzyczałam przez twoich znajomych, którzy żyli na nasz koszt?
— Oj, pamiętam — zaśmiał się Paweł. — Byłaś jak wściekła tygrysica.
— Tak bardzo się bałam, że rozstaniemy się na dobre… — przyznała. — Każdego dnia myślałam: jeszcze trochę i odejdę.
Paweł wziął ją za rękę.
— Cieszę się, że tego nie zrobiłaś. I że ja w porę się opamiętałem.
Za oknem padał śnieg. Przytulne mieszkanie, ciepłe światło lampy, dwoje ludzi, którzy na nowo uczyli się być razem szczęśliwi. Marina przytuliła się do ramienia męża i pomyślała: czasem trzeba dojść do granicy, żeby zrozumieć, co naprawdę jest ważne.
— Paszka, a może jednak spróbujemy mieć dziecko? — zapytała cicho.
Paweł zaniemówił.
— Poważnie?
— Dlaczego nie? Mam czterdzieści dwa lata, ale jeszcze nie jest za późno… A teraz, kiedy oboje pracujemy, kiedy mamy dla siebie czas…
— Bardzo tego chcę — powiedział, całując ją w czubek głowy. — Bardzo, bardzo mocno.
Siedzieli w ciszy, snując plany na przyszłość. Przyszłość, która mogłaby nie istnieć, gdyby nie to pamiętne zdanie wypowiedziane w chwili wyczerpania przez zmęczoną kobietę: „Nie pracuję dniami i nocami po to, żeby twoi znajomi żyli na nasz koszt!”
Czasem najważniejsze słowa rodzą się ze zwykłego zmęczenia. A jeśli zostaną usłyszane na czas, mogą uratować całą rodzinę.
Miesiąc później Witia wysłał wiadomość: „Znalazłem pracę jako inżynier w Omsku. Niedługo przeleję pieniądze za opłaty. Dziękuję, że nie wyrzuciliście mnie od razu”.
Marina pokazała wiadomość Pawłowi.
— Wygląda na to, że jemu też wyszło to na dobre.
— Tak, czasem kopniak w tyłek to najlepsza motywacja — roześmiał się jej mąż.
A rok później naprawdę urodził im się syn. Marina poszła na urlop macierzyński; Paweł kupił własny samochód i zaczął pracować jako niezależny taksówkarz.
Nocami, kiedy karmiła dziecko, czasem wracała myślami do dnia, w którym prawie się załamała. Jak dobrze, że znalazła w sobie siłę, by powiedzieć prawdę. Jak dobrze, że jej mąż potrafił ją usłyszeć.
— Wiesz, mój malutki — szeptała do małego Andriuszy — mama prawie zrobiła głupstwo. Na szczęście zatrzymała się w porę.
Dziecko cicho pochrapywało, wygodnie wtulone w jej ramiona. A za ścianą spał Paweł — zmęczony po pracy, ale szczęśliwy. Ich rodzina odbudowała się. Wbrew wszystkiemu, odbudowała się.