Mężczyzna z portalu randkowego zadzwonił do mnie o 23:00: „Ugotujesz jutro barszcz? Przychodzą do mnie znajomi”. Właśnie wtedy zrozumiałam, kogo naprawdę potrzebuję w swoim życiu…

Walery napisał do mnie w piątek po południu. Jego profil był zwyczajny: 59 lat, emerytowany pracownik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, mieszkający samotnie w dwupokojowym mieszkaniu, z samochodem. Zdjęcie było w porządku — nie wyglądał młodo, ale był w dobrej formie. Rozmawialiśmy tego wieczoru, nic szczególnego: gdzie pracowałam, czym się teraz zajmuję, dlaczego jestem na portalu. Odpowiadał krótko, ale uprzejmie.

W sobotę rano zadzwonił.

— Ludmiło, dzień dobry. Słuchaj, pomyślałem sobie — może nie ma sensu tego przeciągać? Spotkajmy się dziś naprawdę. Przyjedź do mnie, wyślę ci adres.

Zaskoczył mnie. Zwykle ludzie najpierw spotykają się w neutralnym miejscu, a on od razu zapraszał mnie do siebie.

— Wiktorze, może lepiej najpierw pójdziemy do kawiarni?

— Po co marnować pieniądze? U mnie jest spokojniej, napijemy się herbaty i porozmawiamy. Czy ty się boisz?

Pomyślałam: no dobrze, mam pięćdziesiąt cztery lata, nie jestem małą dziewczynką. Jeśli coś będzie nie tak, wyjdę.

— Dobrze, wyślij mi adres.

Przyjechałam około trzeciej. Mieszkał w starym pięciopiętrowym bloku niedaleko Szcziołkowskiej. Otworzył drzwi w dresowych spodniach i podkoszulku. W korytarzu pachniało kapustą i kocią kuwetą.

— Wejdź, nie krępuj się — powiedział, odsuwając się, żeby mnie przepuścić.
 

Mieszkanie było zagracone. Nie brudne — zagracone. Kartony w korytarzu, stare gazety na półkach, sterta ubrań na kanapie.

— Przepraszam za bałagan — mruknął Wiktor. — Nie miałem czasu posprzątać. Chodźmy do kuchni.

Kuchnia była czystsza. Usiedliśmy przy stole. Nastawił czajnik i wyjął z paczki ciastka.

— No to opowiedz mi o sobie.

Dopiero zaczęłam mówić o swojej pracy, kiedy mi przerwał.

— Powiedz mi, jak sobie radzisz w domu? Umiesz gotować?

Wtedy nabrałam podejrzeń. Ale odpowiedziałam spokojnie.

— Tak, oczywiście, że umiem.

Ożywił się.

— A co na przykład? Barszcz? Kotlety?

— Tak, gotuję wszystko.

Skinął głową.

— Idealnie. Mam już dość samotności. Gotowe pierogi, kasza… Chcę prawdziwego jedzenia.
 

Nic nie powiedziałam. Popijałam herbatę. On mówił dalej.

— Zobacz — powiedział, wskazując na kuchenkę — jest gaz, lodówka działa. Wszystko, czego potrzeba do gotowania. Jedyny problem w tym, że ja nie mam czasu. Rano jadę handlować na targ, wracam późno. Dobrze by było, gdyby ktoś gotował i sprzątał w domu. A ja przynosiłbym pieniądze.

Odstawiłam filiżankę.

— Wiktorze, ty szukasz kobiety czy gospodyni domowej?

Wyglądał na zdziwionego.

— Co masz na myśli, gospodyni domowej? Ja mówię o rodzinie. Prawdziwej. Kobieta zajmuje się domem, mężczyzna zarabia pieniądze.

— A jeśli kobieta też pracuje?

Skrzywił się.

— Po co miałaby to robić? Mam emeryturę i dochód z targu. Dla dwojga wystarczy. Po co masz się męczyć? Zostań w domu, gotuj, sprzątaj. To kobieca praca.

Wstałam.

— Dziękuję za herbatę. Muszę iść.

Zerwał się z miejsca.

— Dokąd idziesz? Dopiero zaczęliśmy!

— Teraz już wszystko zrozumiałam. Do widzenia.

Wyszłam i zamówiłam taksówkę. W drodze powrotnej ciągle zadawałam sobie pytanie: czy on naprawdę wierzy, że rzucę pracę, przeprowadzę się do jego zagraconego mieszkania i zostanę jego osobistą kucharką?
 

O jedenastej wieczorem zadzwonił.

— Ludmiło, dlaczego jesteś obrażona? Przecież nie powiedziałem nic złego.

— Nie jestem obrażona. Po prostu zrozumiałam, że jesteśmy różni.

— Słuchaj, spróbujmy chociaż. Przyjdź jutro ugotować barszcz. Przychodzą do mnie znajomi, chcę ich poczęstować.

Nie wierzyłam własnym uszom.

— Wiktorze, widzieliśmy się jeden raz. Jaki barszcz? Jacy znajomi?

— W czym problem? Umiesz gotować. Ja kupię produkty, ty ugotujesz. Przy okazji poznasz moich znajomych.

Rozłączyłam się. Potem zablokowałam jego numer.

Co zrozumiałam po tym spotkaniu

Później moja przyjaciółka powiedziała mi: „Może byłaś dla niego zbyt surowa? Jest samotny, chce uwagi”. Odpowiedziałam: uwaga działa w obie strony. To, czego on chce, to służąca.
 

Są mężczyźni, którzy szukają partnerki. I są mężczyźni, którzy szukają darmowej gospodyni domowej z funkcjami żony. Wiktor należał do tej drugiej kategorii.

Nie zapytał mnie, jak wygląda moje życie, o czym marzę, co lubię. Interesowała go tylko jedna rzecz: czy umiem gotować, sprzątać i czy jestem gotowa rzucić pracę dla jego wygody.

Dla niego nie byłam kobietą — byłam rozwiązaniem jego codziennych problemów. Nie ma kto gotować? Oto ona, problem rozwiązany. Nie ma kto sprzątać? Oto ona, gotowa się wprowadzić.

A to, że mam własne życie, pracę, zainteresowania — wszystko to nie miało żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to, że umiem zrobić barszcz.

Minęły dwa miesiące. Znowu zobaczyłam jego profil na tym samym portalu randkowym. Zaktualizowany. Teraz widniało tam: „Szukam gospodarczej kobiety, kochającej dom, do poważnego związku. Gotów utrzymywać”.

Zastanawiam się, czy ktoś połknie tę przynętę.
 

Nie wchodzę już na portale randkowe. Uznałam, że lepiej być samej niż z kimś, kto widzi we mnie robota kuchennego na nogach.

Drogie panie, czy zdarzyło wam się spotkać mężczyzn, którzy już od pierwszych minut dawali do zrozumienia, że szukają gospodyni domowej, a nie partnerki?

Panowie, jeśli mieszkacie sami i potrzebujecie pomocy w domu, mówicie o tym na pierwszej randce czy później?