„Teraz, kiedy masz dwupokojowe mieszkanie, jesteś zobowiązana przyjąć Nadyę do siebie” — rozkazała mi matka.
Później Galya jeszcze długo będzie wspominać tamten poranek — to, jak stała przy oknie z filiżanką zimnej herbaty w dłoniach, patrząc na podwórko, gdzie dozorca powoli grabił zeszłoroczne liście w stosy. W tym monotonnym ruchu było coś kojącego. Mieszkanie zdawało się wciąż pamiętać kroki babci Sergeya, która przeżyła w nim niemal całe swoje życie. Jej kaktusy nadal stały na parapecie — małe, kolczaste, uparte. Galya ich nie wyrzuciła.
Właśnie wtedy zadzwonił telefon.
Wiedziała — choć sama nie rozumiała dlaczego, jeszcze zanim zobaczyła imię na ekranie — że ten telefon zmieni coś ważnego. Jej matka nigdy nie dzwoniła bez powodu. Matka dzwoniła tylko wtedy, gdy czegoś potrzebowała.
— Galochka — powiedziała matka głosem, w którym już od pierwszego słowa brzmiał tak dobrze znany ton wcześniej przygotowanej przemowy. — Słyszałaś o Nadyi?
Nadya była najmłodsza. To wyjaśniało wiele, choć Galya od dawna zabraniała sobie myśleć w ten sposób — to było zbyt wygodne, zbyt proste usprawiedliwienie. Ale fakt pozostawał faktem: Nadyę kochano inaczej. Nie bardziej — nie, matka zawsze temu zaprzeczała — lecz inaczej. Z tą szczególną, niespokojną czułością, jaką okazuje się czemuś kruchému, w obawie, by tego nie złamać.
Galya jeszcze długo będzie wspominać tamten poranek — to, jak stała przy oknie z filiżanką zimnej herbaty w dłoniach, patrząc na podwórko, gdzie dozorca spokojnie grabił zeszłoroczne liście w stosy. W tym monotonnym ruchu było coś kojącego. To mieszkanie zdawało się wciąż pamiętać kroki babci Sergeya, która przeżyła w nim niemal całe swoje życie. Jej kaktusy nadal stały na parapecie — małe, kolczaste, uparte. Galya ich nie wyrzuciła.
Właśnie wtedy zadzwonił telefon.
Wiedziała — w jakiś sposób wiedziała to jeszcze zanim zobaczyła imię na ekranie — że ten telefon zmieni coś ważnego. Jej matka nigdy nie dzwoniła bez powodu. Matka dzwoniła tylko wtedy, gdy czegoś chciała.
— Galochka — powiedziała matka głosem, w którym już od pierwszego słowa pobrzmiewała przygotowana przemowa. — Słyszałaś o Nadyi?
Nadya zawsze była najmłodsza. To wyjaśniało wiele rzeczy, choć Galya od dawna zabraniała sobie myśleć w ten sposób — to było zbyt wygodne, zbyt proste usprawiedliwienie. Ale fakt pozostawał faktem: Nadyę kochano inaczej. Nie bardziej — nie, matka zawsze temu zaprzeczała — lecz inaczej. Z tą szczególną, lękliwą czułością, jaką okazuje się rzeczom kruchym, bojąc się je złamać.
Jako dziecko Nadya płakała głośniej. Jako dorosła również.
Galya wyszła za Sergeya cicho, prawie bez ślubu — podpisali dokumenty, usiedli w kawiarni tylko z najbliższymi i to było wszystko. Matka tego nie pochwalała: jak to możliwe, bez welonu, bez wodzireja, bez tłumu krewnych, przyjaciół i znajomych. Nadya pojawiła się na tym skromnym spotkaniu z kolejnym narzeczonym, głośna i wesoła, skupiając na sobie połowę uwagi, a Galya się nie obraziła. Już dawno przestała obrażać się na siostrę.
Ona i Sergey wynajmowali małą kawalerkę na obrzeżach miasta. Była niewielka, z niskimi sufitami i oknami wychodzącymi na podwórko, gdzie nocami wyły koty. Galya powiesiła w kuchni żółte zasłony, ustawiła ulubione książki na półce i to miejsce stało się niemal przyjemne. Niemal — bo wciąż brakowało pieniędzy, sąsiedzi z góry hałasowali jak słonie, a droga do pracy była długa. Ale byli razem i to wynagradzało całą resztę.
Tymczasem Nadya żyła tak, jak miała w zwyczaju — lekko i beztrosko. Jeden narzeczony zastępował drugiego z godną podziwu regularnością. Za każdym razem była to wielka miłość; za każdym razem wszystko kończyło się tragedią o rozmiarach wszechświata. Galya słuchała przez telefon szczegółów każdego nowego rozstania, mówiła właściwe słowa, odkładała słuchawkę i wracała do swojego spokojnego, cichego życia.
Potem zmarła babcia Sergeya.
Dowiedział się o tym późnym wieczorem, kiedy już szykowali się do snu. Sergey siedział na łóżku z telefonem w dłoni, a Galya zobaczyła, że coś się w nim zmienia — nie smutek, nie, nie byli blisko z jego babcią, rzadko ją widywali — lecz coś innego. Zaduma. Cichy wstrząs wobec faktu, że ludzie odchodzą, a po nich zostają nie tylko wspomnienia.
Babcia zostawiła mu mieszkanie.
Dwupokojowe mieszkanie w dobrej dzielnicy, w budynku z wysokimi sufitami i szerokimi parapetami. Kiedy weszli tam po raz pierwszy — Sergey z kluczami w dłoni, Galya z sercem zawieszonym gdzieś wysoko — od razu poczuła, że tutaj można oddychać. Naprawdę, pełną piersią. Pokoje były niewielkie, ale były dwa. To było jak prawdziwe bogactwo, niemal niewiarygodne.
— To będzie gabinet — powiedział Sergey, stojąc w mniejszym pokoju. — Albo pracownia. Albo po prostu pokój, w którym można pobyć samemu.
Galya skinęła głową. Wyobraziła sobie, jak ustawia tutaj fotel przy oknie i czyta wieczorami, podczas gdy Sergey ogląda swoje filmy w dużym pokoju. Małe marzenia, zabawne, zwyczajne — ale okazało się, że właśnie na tym polega szczęście.
Przeprowadzili się miesiąc później. Matka pomogła — przyszła, przesuwała meble, dawała rady, o które nikt nie prosił. Przechodziła przez pokoje, zajrzała do kuchni, zatrzymała się przy oknie.
— Ładnie tu — powiedziała tonem, który Galya znała aż za dobrze. Tonem oznaczającym, że rozmowa nie została zakończona.
Nadya wróciła mieszkać do matki pod koniec jesieni. Galya dowiedziała się o tym z krótkiej wiadomości: „Z Dimą koniec. Jestem w domu”. Dima był chyba już trzecim albo czwartym w ostatnim czasie — Galya uczciwie próbowała pamiętać imiona, ale wszystkie zaczynały jej się mieszać. Odpisała kilka słów współczucia i postanowiła, że tym razem nie będzie długich rozmów telefonicznych. Miała wystarczająco dużo spraw: nie rozpakowali jeszcze wszystkich pudeł, trzeba było naprawić hydraulikę w łazience, a Galya wreszcie zapisała się na kursy, o których od dawna marzyła.
Ale potem matka zadzwoniła ponownie.
— Galochka — powiedziała tym samym przygotowanym głosem. — Słyszałaś o Nadyi?
— Tak. Jest u ciebie. Jak się czuje?
Pauza. Matka umiała posługiwać się pauzą — była to jej broń, jej sposób na wzbudzenie w drugim człowieku niepokoju.
— Jest w ciąży — powiedziała w końcu matka.
Galya odstawiła filiżankę na parapet. Kaktusy patrzyły na nią obojętnie.
— Z kim?
Znowu pauza.
— Ona… nie jest do końca pewna.
Galya zamknęła oczy. Za oknem dozorca nadal grabił liście. Świat nie zmienił się ani odrobinę — tylko w niej coś się przesunęło, ciężkie przeczucie.
— Mamo, i co teraz?
— Teraz, kiedy masz dwupokojowe mieszkanie, jesteś zobowiązana przyjąć Nadyę do siebie — oznajmiła matka głosem wyroku. — Jest w delikatnej sytuacji. Potrzebuje dobrych warunków.
Galya powiedziała „nie” spokojnym, opanowanym głosem. Potem powtórzyła — już mniej spokojnie. Następnie przez dwadzieścia minut słuchała, jaka jest nieczuła, że Nadya jest jej siostrą, że rodzina jest najważniejsza, że tylko bliscy pomagają w trudnych chwilach i że pewnego dnia ona też poprosi o pomoc i przypomni sobie tę rozmowę.
Nie ustąpiła. Rozłączyła się. Ręce lekko jej drżały.
Sergey wrócił z pracy i zastał ją w kuchni.
— Co się stało?
Galya mu opowiedziała. Słuchał w milczeniu, tylko lekko zmarszczył brwi.
— Dobrze zrobiłaś, że odmówiłaś — powiedział w końcu.
— Ona nie odpuści.
— Wiem.
Oboje to wiedzieli. Matka Galyi należała do ludzi, których słowo „nie” nie zatrzymuje, lecz jedynie zmusza do szukania obejścia.
Obejście pojawiło się dwa tygodnie później.
W sobotni poranek zadzwonił dzwonek do drzwi. Galya otworzyła — i zobaczyła na progu matkę, Nadyę oraz dwie wielkie walizki.
— Jesteśmy tylko na chwilę — powiedziała matka, już wchodząc do przedpokoju. — Dopóki Nadya się nie urządzi.
Nadya stała trochę z tyłu — w zbyt dużym swetrze, z miną osoby, która czuje się niezręcznie, ale nie aż tak, by odwrócić się i odejść. Schudła. A może nie — po prostu wyglądała inaczej, jakby była pognieciona.
— Mamo — powiedziała Galya. — Już o tym rozmawiałyśmy.
— Ja nie — odparła matka i wciągnęła jedną z walizek do korytarza.
Sergey wyszedł z kuchni z filiżanką kawy w dłoni. Spojrzał na walizki. Spojrzał na Galyę. Galya wpatrywała się w ścianę.
— Cześć, Nadya — powiedział równym tonem.
— Cześć, Seryozha — odpowiedziała. W jej głosie było coś błagalnego.
Matka została jeszcze godzinę — wypiła herbatę, powiedziała, że mieszkanie jest ładne, że babcia Sergeya była mądrą kobietą, że drugi pokój i tak stoi pusty, a kobiety w ciąży potrzebują spokoju. Potem wyszła, zostawiając po sobie Nadyę, walizki i duszącą ciszę.
Pierwsze dni były prawie do zniesienia. Nadya zajęła drugi pokój, wstawała późno, rzadko wchodziła do kuchni, kiedy był tam Sergey. Galya łapała się na tym, że chodzi po własnym domu cicho, jakby przepraszała za swoje istnienie. To było znajome uczucie — z dzieciństwa, z czasów, gdy Nadya płakała, a Galya starała się nie przeszkadzać.
Potem Nadya się rozgościła.
Zaczęła zostawiać po sobie brudne naczynia. Nie specjalnie — po prostu ich nie zauważała. Zajmowała łazienkę na niezrozumiale długie okresy. Głośno rozmawiała przez telefon, głośno się śmiała, głośno też płakała. Pewnego razu o trzeciej nad ranem Galya obudziła się przez dźwięki serialu — zza zamkniętych drzwi, ale i tak wyraźnie słyszalne.
Sergey milczał. Galya była mu za to wdzięczna i jednocześnie się tego bała. Bała się, że pewnego dnia jego cierpliwość się skończy.
— Jak się trzymasz? — pytał czasem wieczorami.
— Dobrze.
— Galya.
— Daję radę.
Patrzył na nią, a ona odwracała wzrok.
Tymczasem Nadya opowiadała o ciąży z dziwną niespójnością. Czasami mówiła, że zdecydowanie postanowiła zatrzymać dziecko. Czasami, że jeszcze się zastanawia. Czasami nagle twierdziła, że lekarz powiedział jedno, a potem okazywało się, że było zupełnie inaczej. Daty się nie zgadzały. Szczegóły wciąż się zmieniały. Galya to zauważała, zapamiętywała i nic nie mówiła.
Pewnego dnia zapytała ostrożnie, niby mimochodem, kiedy razem zmywały naczynia:
— Nadya, byłaś u lekarza?
— No tak.
— I co powiedzieli?
— Że wszystko w porządku — odpowiedziała siostra, chwytając ręcznik.
— A który to tydzień?
Cisza. Krótka, ale Galya ją poczuła.
— Jeszcze dokładnie nie ustalili — powiedziała Nadya. — Są różne sposoby liczenia.
Koniec nadszedł niespodziewanie — jak zawsze. Galya wróciła do domu wcześniej niż zwykle. W korytarzu potknęła się o torbę Nadyi, z której wypadło kilka rzeczy. Schyliła się, żeby je podnieść — i zobaczyła wśród kosmetyków, kluczy i pogniecionych paragonów małe kartonowe pudełko. Test ciążowy. Niezużyty.
Galya długo stała z tym pudełkiem w dłoni. Potem włożyła je z powrotem do torby, poszła do kuchni i nastawiła czajnik.
Nadya wyszła pół godziny później — świeża, z mokrymi włosami, w dobrym humorze.
— O, już wróciłaś? Dziś wcześnie.
— Nadya — powiedziała Galya. — Musimy porozmawiać.
Coś w jej głosie sprawiło, że siostra się zatrzymała.
— Jesteś w ciąży?
— Galya, co to za pytanie…
— Po prostu odpowiedz.
Nadya patrzyła na nią przez kilka sekund. Potem spuściła oczy.
— Jeszcze nie jestem do końca pewna.
— Kupiłaś test. Nadal go nie użyłaś.
— Ja…
— Nadya.
Cisza przeciągnęła się, zgęstniała, stała się niemal namacalna.
— No więc… — zaczęła Nadya i nagle wybuchnęła płaczem. Szybkim, kontrolowanym, takim, jaki potrafią tylko ci, którzy często to ćwiczyli. — Ty nie rozumiesz, jak bardzo było mi źle. Mama zawsze ci pomagała, masz Seryozhę, masz… — Wykonała gest w stronę ścian, sufitu, okna. — Wszystko. A ja nie mam nic. Dima odszedł i jestem całkiem sama. Chciałam tylko, żeby ktoś choć trochę się nade mną pożałował.
— Nie jesteś w ciąży — powiedziała twardo Galya.
Nadya otarła łzy wierzchem dłoni.
— Prawdopodobnie nie. Prawie na pewno nie.
Galya wstała i nalała sobie herbaty, choć wcale nie miała na nią ochoty. Po prostu musiała czymś zająć ręce.
— Wprowadziłaś się do nas z walizkami, zajęłaś pokój, mieszkałaś tutaj… — Nie powiedziała, jak długo. — I przez cały ten czas wiedziałaś, że żadnej ciąży nie ma?
— Na początku myślałam, że może jest. Nie byłam wcale pewna. A potem… no, jakoś tak wyszło.
— Jakoś tak wyszło — powtórzyła cicho Galya.
Sergey wrócił do domu, kiedy Nadya była już zamknięta w swoim pokoju. Galya siedziała w kuchni z filiżanką wystygłej herbaty — dokładnie tak jak rano, tylko jej nastrój był zupełnie inny. Opowiedziała mu wszystko. Słuchał, nie przerywając.
Potem wstał i podszedł do okna. Stał tam długo.
— Galya — powiedział w końcu. — Ona wraca do twojej matki.
— Seryozha…
— Nie, posłuchaj mnie. — Odwrócił się, a w jego głosie było coś — nie gniew, nie irytacja, lecz coś bardziej stanowczego, bardziej opanowanego. — Rozumiem, że to twoja siostra. Rozumiem, że jest ci niezręcznie. Ale spójrz na siebie. Chodzisz po własnym domu jak gość. Nie śpisz. To jest twój dom, Galya. Nasz dom. I nie chcę tutaj tego cyrku.
— Mama powie, że ją porzuciliśmy.
— Twoja matka przyprowadziła ją tutaj wbrew naszej woli. Bez uprzedzenia. Postawiła nas przed faktem dokonanym. — Pokręcił głową. — I to po tym, jak już powiedziałaś jej „nie”.
— Ale Nadya i tak jest sama…
— Galya. — Podszedł, usiadł obok niej i wziął ją za rękę. — Ona nie jest w ciąży. Jest zdrowa. Ma matkę, która ma mieszkanie. Tam mieszkała i tam powinna teraz być — nie tutaj. Nie mówię tego z okrucieństwa. Mówię to, bo widzę, jak bardzo cierpisz, a ty nie chcesz się do tego przyznać, bo to twoja siostra.
Galya spojrzała na ich splecione dłonie.
— To ty jesteś właścicielem mieszkania — powiedziała w końcu cicho, jakby testowała to słowo.
— Mieszkamy tu oboje. Ale jeśli to ci pomoże — tak, prawnie to moje mieszkanie. I nie chcę, żeby mieszkała w nim osoba, która kłamała nam od pierwszego dnia.
Rozmowa była trudna. Nadya przyjęła ją z czymś w rodzaju fałszywej urazy, teatralnej i przygotowanej, jak aktorka, która wiedziała, że ta scena prędzej czy później nadejdzie. Płakała, mówiła, że nikt jej nie kocha, że wszystkim zawsze przeszkadza, że wiedziała o tym od zawsze. Galya słuchała i czuła — po raz pierwszy od lat — nie poczucie winy, lecz zmęczenie. Czyste, uczciwe zmęczenie tym niekończącym się przedstawieniem.
— Nadya — powiedziała w pewnym momencie. — Przestań.
Nadya umilkła — zaskoczona, jakby się tego nie spodziewała.
— Kocham cię. Jesteś moją siostrą i kocham cię. Ale to, co zrobiłaś, nie było w porządku. Ani wobec nas, ani wobec samej siebie. Jesteś dorosła. Nie możesz tworzyć stanu wyjątkowego za każdym razem, kiedy jest ci źle, żeby wszyscy rzucali się cię ratować.
— Łatwo ci mówić, kiedy masz wszystko.
— Mam to, co sama zbudowałam. Powoli i bez dramatu. To coś innego.
Nadya nic nie powiedziała.
— Musisz wrócić do mamy — powiedziała Galya. — Tam będzie dla ciebie lepiej. Mama cię kocha, jest tam miejsce i będziesz mogła spokojnie uporządkować swoje sprawy. Ale nie tutaj. Tutaj to niemożliwe.
Po tym matka dzwoniła jeszcze kilka razy. Powtarzała wciąż to samo — o braku serca, o rodzinie, o tym, że Galya kiedyś tego pożałuje. Galya słuchała, odpowiadała krótko, nie wdawała się w dyskusje. W pewnym momencie zrozumiała, że to już do niej nie dociera — tylko słowa, tylko hałas.
Nadya została u nich jeszcze trzy dni — dopóki nie spakowała walizek. Przed wyjściem niezręcznie objęła Galyę w przedpokoju, bokiem, tak jak robią to ludzie, którzy tak naprawdę się nie pogodzili, ale nie chcą też rozstawać się w całkowitej kłótni.
— Masz rację — powiedziała w korytarzu, nie patrząc na nią. — Chyba.
— Idź jeszcze raz do lekarza — odpowiedziała Galya. — Po prostu żebyś miała pewność, że wszystko jest w porządku.
Nadya skinęła głową i wyszła.
Tego samego wieczoru Galya usiadła w fotelu przy oknie w małym pokoju. Wreszcie kupili ten fotel — niedawno, tani, ale wygodny model. Czytała książkę, a za ścianą cicho grał telewizor — Sergey oglądał jeden ze swoich filmów. Kaktusy na parapecie stały tak, jakby nic się nie wydarzyło.
Galya odłożyła książkę i przez chwilę po prostu siedziała — w ciszy, w swoim pokoju, u siebie. Na zewnątrz ktoś szedł ulicą, świeciła latarnia, gdzieś w oddali rozległ się dźwięk klaksonu. Wszystko było zwyczajne i dobre.