„Nie waż się zanosić prowiantu swojej matce!” — zażądał. Przestałam więc przynosić jego matce zakupy, dżemy i sadzonki. Dacza mojej teściowej zarosła chwastami.

„Nie waż się zanosić jedzenia swojej matce!” — zażądał.

Przestałam więc nosić zakupy, dżemy i sadzonki jego matce. Dacza mojej teściowej zarosła chwastami…

„Nie waż się zanosić jedzenia swojej matce!” — warknął Oleg, odsuwając od siebie na wpół zjedzoną miskę kapuśniaku. „Każdy słoik się liczy, benzyna kosztuje fortunę, a ty wszystko wrzucasz w studnię bez dna. Twoja matka nie jest niepełnosprawna, niech sama idzie do sklepu.”

Olga zamarła z chochlą w ręku. W maleńkiej kuchni ich kawalerki, gdzie każdy centymetr kwadratowy był zastawiony pustymi słoikami na przyszłe przetwory, jego krzyk zabrzmiał wyjątkowo głośno. Spojrzała na swoje dłonie — czerwone, z ziemią wbitą pod paznokcie tak głęboko, że żadne mydło nie mogło jej domyć.

„Oleg, moja mama ma nadciśnienie. Nie może sama wykopywać ziemniaków” — odpowiedziała Olga cicho. „Zaniosłam jej tylko dwa kilo i paczkę twarogu. Poza tym kupiłam to za własne pieniądze.”

„Twoje pieniądze to nasze pieniądze!” — odparł mąż. „Co weekend jeździmy na daczę mojej matki. Nie harujesz na tych grządkach bez powodu — robisz to po to, żeby nasza spiżarnia była pełna zimą. A ty marnujesz zasoby. Więc umowa jest taka: jeśli chcesz nosić jedzenie swojej matce — proszę bardzo, rób to. Ale wtedy już nigdy więcej nie postawisz nogi na daczy Walentyny Pietrowny. Sama będziesz wszystko sadzić, sama plewić, sama kupować sadzonki.”

Oleg skinął głową z zadowoleniem, przekonany, że wygrał. Nie zauważył, jak zwykła iskra zapracowanej troski gasła w oczach jego żony.
 

Nadszedł kolejny weekend. Z przyzwyczajenia Oleg zaczął pakować torby w piątkowy wieczór.

„Ola, widziałaś sekator? Porzeczki trzeba przyciąć” — zawołał z pokoju, który służył jednocześnie za salon i sypialnię.

Olga siedziała spokojnie w fotelu i przeglądała magazyn.

„Nie wiem. Nie jadę na daczę.”

„Co to znaczy? Mama sama sobie nie poradzi. Cały ogród zarósł chwastami po deszczu. I trzeba podlewać — upał jest niemiłosierny.”

„Oleg, to ty postawiłeś warunek. Żadnej pomocy, kropka. Wybrałam odpoczynek. Ogród mojej mamy zarasta chwastami — niech tak będzie. Więc twój też zarośnie. To się nazywa sprawiedliwość.”

Oleg pojechał sam. Wrócił w niedzielę wściekły jak nigdy. Okazało się, że bez metod Olgi praca wcale nie posuwała się do przodu. Walentyna Pietrowna przez cały dzień wydawała rozkazy, a ponieważ Oleg nie był przyzwyczajony do takiej roboty, na dłoniach wyskoczyły mu pęcherze.

Lipiec był upalny. Sadzonki, które zostały na balkonie Olgi, zmarniały — nigdy nie zawiozła ich na daczę. Mieszkanie w mieście stało się dziwnie czyste i… puste. Nie było już stert warzyw na podłodze ani zapachu sterylizowanych słoików i octowej marynaty.

„Mama dzwoniła” — oznajmił Oleg ponurym tonem kilka tygodni później. „Płacze. Mówi, że pomidory zaczynają czernieć, dopadła je zaraza. Trzeba było je opryskać, ale ona nie wie czym. Ola, proszę, przestań się upierać. Pojedźmy jutro jej pomóc.”

„Nie upieram się, Oleg. Po prostu robię to, o co prosiłeś. Czy to nie ty tak martwiłeś się o budżet? No to korzystaj — tyle zaoszczędziliśmy na benzynie. A pomidory… zimą kupimy plastikowe w supermarkecie.”
 

Pod koniec sierpnia dacza Walentyny Pietrowny przedstawiała żałosny widok. Wysokie pokrzywy i komosa dumnie wyrastały ponad krzakami porzeczek, z których jagody w tym roku nie zostały zebrane i po prostu opadły w gęste zielsko. Teściowa, przyzwyczajona wyłącznie do wydawania poleceń, odkryła, że jej „instrukcje” nie robią żadnego wrażenia na chwastach.

Punkt kulminacyjny nastąpił w środę, kiedy telefon Olega nie przestawał dzwonić. Tego wieczoru wrócił do domu wyjątkowo cichy.

„Ola, mama prosiła, żebym ci powiedział…” Zawahał się, szukając słów. „Krótko mówiąc, powiedziała: ‘Oddaj mi Olgę, bez niej jestem zgubiona’. Nawet ziemniaki gniją w ziemi, bo nikt nie przyjechał ich obsypać. Mówi, że sama jest gotowa zawozić warzywa twojej matce, bylebyś tylko wróciła.”

Olga spojrzała na niego, unosząc brew.

„Sama będzie je zawozić? To już postęp. Dobrze, pojedziemy w sobotę. Zobaczymy, co zostało z twoich ‘zasobów’.”

Kiedy przyjechali na działkę, Walentyna Pietrowna przywitała ich przy furtce. Wyglądała na kompletnie załamaną. Ogród przypominał pole bitwy: powalone tyczki, sczerniałe pędy ogórków i chwasty wysokie niemal jak człowiek.

„Oleńko, kochanie, wejdź” — pośpieszyła teściowa. „Postawiłam samowar na werandzie. Musimy porozmawiać.”

Olga weszła do domu, spodziewając się zwykłych skarg na złe zdrowie i próśb, by natychmiast chwyciła za motykę. Ale na werandzie czekała ją niespodzianka. Przy stole siedziała jej własna matka i spokojnie piła herbatę z ładnej filiżanki.
 

Olga zamarła, patrząc raz na jedną, raz na drugą kobietę.

„Mamo? Co ty tutaj robisz?”

Jej matka uśmiechnęła się, zagryzając domową marmoladę.

„No cóż, Olu, przyszłam odwiedzić Walę. Spotkałyśmy się ostatnio w przychodni i porozmawiałyśmy. Okazuje się, że mamy całkiem sporo wspólnego. Na przykład żadna z nas nie lubi, kiedy nasze dzieci zaczynają uważać się za ‘panów życia’.”

Walentyna Pietrowna usiadła obok niej i położyła rękę na ramieniu synowej.

„Olu, wybacz Olegowi, to głupiec. Powiedział mi, że nie chcesz przyjeżdżać, bo ‘masz dość zdzierania sobie pleców’. A twojej matce powiedział, że w weekendy jesteś zajęta nową pracą. Nadal siedziałybyśmy każda w swoim kącie, gdybyśmy przypadkiem się nie spotkały.”

Oleg, stojący w progu, zaczął powoli cofać się, ale pod surowym spojrzeniem obu kobiet zamarł w miejscu.

„A więc” — kontynuowała teściowa — „porozmawiałyśmy i podjęłyśmy decyzję. Postanowiłam sprzedać tę daczę. Nie mam już siły. A za te pieniądze twoja mama i ja kupimy bliźniak na wsi, bliżej miasta. Ogród będzie tam mały — w sam raz dla nas dwóch. Kilka grządek dla przyjemności.”
 

„A my?” — zdołał wykrztusić Oleg.

„A wy, mój synu” — powiedziała Walentyna Pietrowna, patrząc na niego z ledwo ukrywanym sarkazmem — „od tej pory będziecie robić zakupy w supermarkecie. Skoro jesteś taki oszczędny i tak bardzo martwisz się ceną benzyny. Ola i ja już się dogadałyśmy: będzie przyjeżdżała do nas odpoczywać, leżeć na leżaku. A ty, jeśli będziesz chciał jagód, zapłacisz według cennika — jak w supermarkecie. Z amortyzacją naszej pracy wliczoną w cenę.”

Olga spojrzała na męża i po raz pierwszy od dawna roześmiała się. Okazało się, że najlepsza zemsta nie polega na tym, by wszystko porzucić, lecz na tym, że ludzie, których uważałeś za „zasób”, jednoczą się i całkowicie wykreślają cię ze swoich rachunków.

Tamtej niedzieli, po raz pierwszy od dziesięciu lat, Olga nie przywiozła do domu ani jednego słoika. W bagażniku była tylko jej torebka i bukiet polnych kwiatów podarowany przez dwie najważniejsze kobiety w jej życiu.
 

W następnym tygodniu Oleg wrócił do domu z workiem ziemniaków kupionych w sklepie: małych, brudnych i w połowie zgniłych. Olga spojrzała na paragon i zauważyła sucho:

„Dość drogo, Oleg. Może powinieneś zadzwonić do swojej matki? Słyszałam, że jej tegoroczne plony są warte uwagi. Tylko że teraz wejście jest płatne. Dla ciebie — podwójna stawka za szkodliwość.”