Przez trzy dni Maria szorowała każdy zakamarek domu, jakby jej wrogiem nie był kurz, lecz sam czas — czas, który oddzielił ją od syna. Budziła się przed świtem, choć autobus miał przyjechać do wsi dopiero po obiedzie. I tak nie mogła spać. Andriej wracał do domu po pięciu latach spędzonych w Niemczech. Przez te pięć lat widziała go tylko na kilku zdjęciach i podczas rozmów wideo, które bez przerwy się urywały z powodu słabego internetu.
W kuchni pod czystą ściereczką rosło ciasto na wielkanocne babki. Poprzedniego wieczoru przygotowała farsz do gołąbków i zawijała je jeden po drugim do późnej nocy. Od wielu godzin dusiły się na małym ogniu, napełniając dom zapachem dzieciństwa Andrieja. Przygotowała też bułeczki z twarogiem — jego ulubione od najmłodszych lat.
Maria spojrzała na siebie w lustro w sypialni. Starannie uczesała włosy i założyła nową chustkę kupioną specjalnie na jarmarku. Przyjrzała się drobnym zmarszczkom wokół oczu. Pięćdziesiąt osiem lat odcisnęło na niej swoje piętno — praca w polu, prowadzenie domu i ból tęsknoty za jedynym synem.
„Czy mnie rozpozna?” — pomyślała, po czym roześmiała się z tej głupiej myśli. Przecież wciąż była jego matką. Ale on? Czy Niemcy go zmieniły? Czy nadal mówił po rosyjsku tak samo jak dawniej? Czy będzie się wstydził starego domu i zakurzonych wiejskich ulic?
Przez cały dzień sąsiedzi przechodzili obok bramy, udając, że mają jakieś sprawy do załatwienia, lecz w rzeczywistości chcieli tylko zerknąć na przygotowania. „To powrót Andrieja, syna Marii” — szeptali. „Ustawił się u Niemców.”
Tylko ci, którzy wychowali dzieci i patrzyli, jak odchodzą w daleki świat, wiedzą, jak każdy dzień oczekiwania potrafi zamienić się w małą wieczność.
Około południa zaczęła nakrywać do stołu w przednim pokoju — tym, którego używano tylko od święta. Haftowany obrus, lśniące sztućce, najpiękniejsze talerze z kredensu, który przez lata stał zamknięty i pokryty kurzem. Na środku stołu, w kryształowym wazonie, postawiła świeże kwiaty z ogrodu.
Kiedy skończyła, wyszła na podwórze i usiadła na ławce pod jabłonią. Stamtąd mogła widzieć główną drogę i usłyszeć, kiedy autobus zatrzyma się w centrum wsi. Do przyjazdu zostało jeszcze kilka godzin, ale była gotowa czekać. Jej serce biło jak serce młodej dziewczyny przed pierwszą randką.
Ilu rodziców takich jak ona czeka w rosyjskich wsiach? Ile matek odlicza dni pomiędzy rzadkimi wizytami dzieci, które wyjechały? Żadne poświęcenie nie wydawało się zbyt wielkie, jeśli tylko jej syn miał żyć lepiej, a jednak cena samotności bywała czasem nie do zniesienia.
Około czwartej usłyszała w oddali klakson autobusu. Wstała, wygładziła sukienkę, przeczesała dłonią włosy. Przez chwilę stała nieruchomo, jakby chciała zaczerpnąć siły z ziemi pod stopami, po czym ruszyła w stronę bramy.
Autobus zatrzymał się w centrum, wzbijając chmurę kurzu. Wysiadło kilka osób — starsza kobieta z torbami, dwóch nastolatków, mężczyzna w średnim wieku. I wreszcie wysoki młody mężczyzna w ciemnoniebieskim garniturze, z walizką w jednej ręce i bukietem kwiatów w drugiej.
Maria znieruchomiała. To był on, a jednak w pewnym sensie już nie on. Wyższy, niż go zapamiętała, szczuplejszy, z krótko ostrzyżonymi włosami i postawą, przez którą wydawał się obcy na tle wiejskiego krajobrazu. Przez moment ogarnęła ją fala niepewności.
Ale wtedy młody mężczyzna podniósł wzrok. Jego oczy rozjaśniły się, a uśmiech odmienił twarz. Postawił walizkę na ziemi i pobiegł w jej stronę.
— Mamo! — zawołał z daleka.
I nagle elegancki garnitur przestał mieć znaczenie. To był jej chłopiec, biegnący do domu po szkole; nastolatek, który pomagał w ogrodzie; młody mężczyzna, który obiecał wrócić, bez względu na to, dokąd los go poniesie. W jego oczach odnalazła to samo ciepło, tę samą miłość.
Kiedy dobiegł do niej, Andriej zatrzymał się na sekundę, jakby chciał się jej przyjrzeć, upewnić się, że to naprawdę ona. Potem objął ją tak mocno, że aż zabrakło jej tchu.
— Mamo — szepnął, wtulając twarz w jej ramię. — Moja kochana.
Maria poczuła, jak łzy spływają jej po policzkach. Nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa. Ściskała go tak mocno, jak wtedy, gdy był mały i bała się zgubić go w tłumie. Pachniał inaczej — drogą wodą kolońską i obcymi krajami — ale wciąż był tym samym chłopcem.
— Chodźmy do domu — powiedziała w końcu, ocierając łzy. — Czekałam.
Andriej podał jej bukiet — białe róże. Wziął walizkę i wyciągnął do niej rękę. Razem ruszyli wiejską ulicą w stronę domu, który czekał na nich z otwartymi oknami i nakrytym stołem, gotowym na powrót syna.
Kiedy szli powoli zakurzoną drogą, Maria czuła, jak lata samotności topnieją niczym śnieg w wiosennym słońcu. Nieważne było, jak długo zostanie. Nieważne, czy znów wyjedzie. W tej chwili był tutaj, obok niej, a świat był doskonały.