Tamara Iwanowna kroiła sałatkę na kolację, kiedy jej mąż położył przed nią teczkę z dokumentami. Zwykły piątkowy wieczór: ogórki, pomidory, śmietana. Ziemniaki dochodziły na kuchence, a otwarta paczka koperku wypełniała powietrze zapachem.
— Podpisz tutaj i tutaj — rzucił Witalij, wskazując palcem kilka miejsc.
— Co to jest? — otarła ręce o fartuch.
— Och, nic szczególnego, do banku. Refinansuję kredyt. Będzie korzystniej.
— Dlaczego potrzebujesz mojego podpisu?
— Jesteś współkredytobiorczynią. Zapomniałaś? Kiedy kupowaliśmy samochód, podpisywaliśmy wszystko razem.
Tamara wzięła dokumenty i zaczęła czytać. Witalij nerwowo stukał palcami o stół.
— Tamara, nie czytaj! Już prawie ósma, notariusz zamyka o dziewiątej. No już, pospiesz się!
— Poczekaj, przeczytam.
— Na litość boską, Tamara! Jesteśmy razem od dwudziestu sześciu lat, naprawdę mi nie ufasz?
Ufała mu. Zawsze mu ufała. Ale przez ostatnie sześć miesięcy coś się zmieniło. Witalij stał się nerwowy, skryty. Zawsze nosił telefon przy sobie, nawet pod prysznic. Wieczorami „zostawał dłużej w pracy”, choć jego szef, Siemionyć, dał do zrozumienia, że od ponad roku w piątki kończą wcześniej.
— Ufam ci. Ale przeczytam — powiedziała uparcie.
Usiadła przy stole i zapaliła lampkę biurkową. Czcionka była drobna, ale czytelna. Umowa sprzedaży… Stop. Jakiej sprzedaży?
Czytała uważnie, przesuwając palcem po linijkach. Ich trzypokojowe mieszkanie w centrum miasta miało zostać sprzedane za piętnaście milionów. Kupująca: niejaka Karina Eduardowna Mielnikowa, trzydzieści dwa lata.
Serce ścisnęło jej się boleśnie. Tamara przewróciła stronę. Dalej była kolejna umowa — kupno kawalerki w Biriulowie za cztery miliony. Kupujący: ona i Witalij.
— Co to znaczy? — podniosła wzrok na męża.
Witalij najpierw się zaczerwienił, potem zbladł.
— No… to… chciałem ci zrobić niespodziankę. Sprzedamy duże mieszkanie i kupimy mniejsze. Różnica to jedenaście milionów. Kupimy za to daczę, nowy samochód. Po co nam takie duże mieszkanie we trójkę? Nasz syn jest w Ameryce, i tak nigdy nie wraca.
— A kim jest ta Karina Mielnikowa?
— Agentką nieruchomości. Ona się wszystkim zajmuje.
Tamara wyciągnęła telefon i wpisała nazwisko w wyszukiwarkę. Karina Mielnikowa, trenerka fitness, profil w mediach społecznościowych. Zdjęcia: młoda, ładna, w sportowym topie i legginsach. A tu zdjęcie z restauracji. Przy stoliku obok, z profilu, ale rozpoznawalny bez trudu — Witalij.
— Trenerka fitness została agentką nieruchomości? — zapytała Tamara spokojnie.
— Co? Ach, tak, robi jedno i drugie.
— Witalij, nie kłam. Nie jestem idiotką. Chcesz sprzedać nasze mieszkanie, kupić mi norę w Biriulowie, a resztę pieniędzy oddać… jej?
— Tamara, mylisz się!
— Widzę wszystko doskonale. Spotykasz się z nią?
Witalij opadł na krzesło.
— Tak. Od sześciu miesięcy. Tamara, spróbuj zrozumieć, mam pięćdziesiąt pięć lat. To moja ostatnia szansa, żeby pożyć dla siebie.
— A ja? Te dwadzieścia sześć lat razem nic nie znaczy?
— Dostaniesz mieszkanie. Całkiem porządne dwa pokoje. Masz emeryturę, dasz sobie radę.
— Co za hojność. A jedenaście milionów pójdzie do młodej piękności?
— Nie bądź taka cyniczna. Ja też mam prawo do szczęścia!
Tamara powoli wstała, podeszła do kuchenki i wyłączyła gaz. Ziemniaki rozgotowały się na puree. Starannie odcedziła wodę i postawiła garnek na stole.
— Chcesz kolację?
— Tamara, podpiszesz te papiery?
— Zastanowię się. Daj mi czas do poniedziałku.
— Ale notariusz…
— Do poniedziałku, Witalij. To nie są papiery, które podpisuje się z zamkniętymi oczami.
Poszedł spać wściekły. Tamara została w kuchni. Wyjęła starego laptopa — tego, którego syn podarował jej pięć lat wcześniej. Zaczęła szukać informacji o Karinie Mielnikowej.
Znalazła ich sporo. Trenerka fitness w elitarnym klubie. Dwukrotnie zamężna. Obaj mężowie byli wyraźnie starsi. Pierwszy — biznesmen; rozwiedli się po dwóch latach, ona dostała mieszkanie. Drugi — lekarz; rozwiedli się po roku, a ona w sądzie wywalczyła samochód i daczę.
Schemat był oczywisty. Łowczyni zamożnych mężczyzn.
Rano Tamara wstała wcześniej niż zwykle. Przygotowała śniadanie — omlet, kawę, tosty. Witalij był zaskoczony.
— Dlaczego już nie śpisz?
— Jadę do przyjaciółki. Marina jest w szpitalu, chcę ją odwiedzić.
— A papiery?
— W poniedziałek, Witalij. Nie naciskaj mnie.
Nie pojechała do przyjaciółki. Poszła do adwokata. Znalazła go w internecie dzięki opiniom — Oleg Pietrowicz, specjalista od prawa rodzinnego.
— Widzi pani, Tamaro Iwanowno — wyjaśnił prawnik — mieszkanie zostało kupione w trakcie małżeństwa, więc jest majątkiem wspólnym. Nie może go sprzedać bez pani zgody. Ale jeśli pani podpisze…
— Nie podpiszę. Co może wtedy zrobić?
— Może wystąpić o rozwód. Przy podziale majątku otrzyma pani połowę. To siedem i pół miliona ze sprzedaży mieszkania.
— A jeśli odmówię zgody na sprzedaż?
— Wtedy sąd może nakazać sprzedaż. Ale to długi proces. Co najmniej sześć miesięcy, może rok.
— Rozumiem. A jeśli on… spróbowałby podrobić mój podpis?
— To przestępstwo. Oszustwo na dużą skalę. Nawet do dziesięciu lat.
Tamara podziękowała i wyszła, pogrążona w myślach. Wracając do domu, zatrzymała się w banku, żeby sprawdzić konta. Ich wspólne konto było prawie puste — zostało na nim około dwudziestu tysięcy. A przecież było tam ponad trzysta tysięcy; odkładali na wakacje.
To, gdzie zniknęły pieniądze, było oczywiste. Wydał je na Karinę. Na restauracje, prezenty.
W domu Witalija nie było. Na stole leżała kartka: „Pojechałem na daczę do Liochy. Wrócę jutro”.
Do Liochy. Oczywiście. Od sześciu miesięcy Liocha był wygodną wymówką.
Tamara usiadła przy komputerze. Weszła na profil Kariny w mediach społecznościowych. Karina wrzuciła nowe zdjęcie — selfie z siłowni. Podpis: „Wielkie zmiany nadchodzą! Intryga!”
Komentarze koleżanek:
„Znowu wychodzisz za mąż?”
„Karina, ty łowczyni!”
„Ktoś ma szczęście!”
Odpowiedź Kariny: „Dziewczyny, tym razem to serio. Facet jest zamożny, ma mieszkanie w centrum. Wkrótce parapetówka!”
Mieszkanie w centrum. Ich mieszkanie.
Tamara zrobiła zrzuty ekranu. Potem zadzwoniła do syna w Ameryce — na szczęście tam był jeszcze poranek.
— Cześć, mamo! Jak się masz?
— Alosza, mam problem. Twój ojciec chce sprzedać mieszkanie.
— Dlaczego?
Opowiedziała mu wszystko. Syn słuchał w milczeniu, a potem zaklął po angielsku.
— Mamo, tylko niczego nie podpisuj! Kupię bilety i przylecę.
— Nie, Alosza. Sama się tym zajmę.
— Mamo, jesteś za dobra. Tata cię do tego zmusi.
— Nie zmusi. Mam plan.
Wieczorem plan był już dopracowany. Prosty, ale skuteczny.
W niedzielę Witalij wrócił w doskonałym nastroju, pachnąc cudzymi perfumami.
— No i co? Przemyślałaś?
— Tak. Witalij, porozmawiajmy szczerze. Chcesz rozwodu?
— Ja… nie wiem. Może.
— Z powodu Kariny?
— Skąd wiesz o Karinie?
— Wiem o niej dużo. Wiem, że jest trenerką fitness. Że ma trzydzieści dwa lata. Że miała już dwóch mężów, których oskubała.
— To plotki!
— To fakty. Fakty, które można sprawdzić. Witalij, ona cię wykorzystuje.
— Nie rozśmieszaj mnie! Ona mnie kocha!
— Ona kocha twoje pieniądze. A raczej nasze pieniądze. Mieszkanie warte piętnaście milionów.
— Po prostu jesteś zazdrosna!
— Nie. Żal mi ciebie. Ale to twoja decyzja. Proponuję więc: rozwód i uczciwy podział majątku. Sprawiedliwie i zgodnie z prawem. Siedem i pół miliona dla ciebie, siedem i pół miliona dla mnie.
— Ale… ja potrzebuję całej kwoty!
— Dla Kariny? Niech poczeka. Jeśli cię kocha, poczeka.
Witalij zaczął chodzić tam i z powrotem po kuchni.
— Ona tego nie zrozumie! Myśli, że jestem bogaty!
— I jesteś. Siedem i pół miliona to piękny majątek.
— Tamara, podpisz papiery! Oddam ci później!
— Nie.
— Ja… mogę ci narobić problemów!
— Na przykład?
— Powiem, że jesteś niezdolna do podejmowania decyzji. Że masz problemy z pamięcią. Znam psychiatrę, który…
Tamara wyciągnęła telefon i włączyła dyktafon.
— Proszę powtórzyć. Czy pan mi właśnie grozi?
Witalij znieruchomiał na widok telefonu.
— Ty… ty to nagrywasz?
— Tak. Na wszelki wypadek. Wiesz, co grozi komuś, kto świadomie organizuje fałszywą ekspertyzę psychiatryczną? A za groźby?
W poniedziałek rano Tamara poszła na policję. Złożyła zawiadomienie o próbie oszustwa. Dołączyła dokumenty, zrzuty ekranu z profilu Kariny i wyjaśniła całą sytuację.
— Widzi pani — powiedział śledczy — na razie nie ma jeszcze przestępstwa. Nie podpisała pani dokumentów.
— Ale on może podrobić mój podpis.
— Może. Ale jeszcze tego nie zrobił. Przyjmiemy pani zeznanie i sprawdzimy sprawę. To wystarczy, żeby go powstrzymać.
Wieczorem Witalij był blady jak ściana.
— Tamara, co ty zrobiłaś? Dzwonił do mnie śledczy!
— Zabezpieczyłam się. Na wypadek gdybyś postanowił podrobić mój podpis.
— Nigdy bym tego nie zrobił…
— Nigdy nie mów nigdy. Witalij, składam pozew o rozwód. Jutro. I jeszcze jedno — nagrałam wszystkie nasze rozmowy. Te, w których przyznajesz się do romansu z Kariną i te, w których grozisz mi psychiatrą. To się nazywa szantaż, tak przy okazji.
Witalij zapadł się w sobie jak przekłuty balon.
— Czego chcesz?
— Sprawiedliwości. Uczciwego podziału majątku. I alimentów.
— Jakich alimentów? Nasz syn ma dwadzieścia pięć lat!
— Alimentów na żonę. Przez dwadzieścia sześć lat nie pracowałam, zajmowałam się domem i tobą. Prawo mówi, że mam do tego prawo.
— Ale… Karina…
— Co Karina? Powiedz jej prawdę. Że nie jesteś milionerem. Że masz byłą żonę, która zabiera połowę. Jeśli cię kocha, zaakceptuje to.
Rozwód przebiegł szybko. Witalij nie stawiał oporu — bał się skandalu i sprawy karnej. Sprzedali mieszkanie i podzielili pieniądze.
Tamara kupiła dwupokojowe mieszkanie w dobrej dzielnicy. Nie w centrum, ale blisko metra, parku i sklepów. Za resztę zrobiła remont, kupiła nowe meble i jeszcze odłożyła trochę pieniędzy na nieprzewidziane wydatki.
Witalij kupił kawalerkę. Kiedy Karina odkryła, że nie jest tak bogaty, jak się wydawało, zniknęła. Usunęła go ze znajomych i zablokowała jego numer.
Trzy miesiące później zadzwonił do Tamary.
— Możemy się spotkać?
Spotkali się w kawiarni. Witalij wyglądał starzej, na zmęczonego i zużytego.
— Tamara, wybacz mi. Jestem idiotą.
— Wiem.
— Karina mnie zostawiła. Jak tylko dowiedziała się o podziale majątku.
— Przewidywalne.
— Mogę wrócić?
— Nie, Witalij. Nie możesz.
— Ale byliśmy razem tyle lat!
— Byliśmy. A ty byłeś gotów zamknąć mnie w szpitalu psychiatrycznym dla młodej piękności. Pamiętasz?
— Nie mówiłem tego serio…
— Owszem, mówiłeś bardzo serio, Witalij. Wiesz, właściwie jestem ci wdzięczna.
— Za co?
— Za lekcję. Zrozumiałam, że nie można ufać ślepo. Nawet najbliższym. A może zwłaszcza im.
— Tamara, daj mi jeszcze jedną szansę!
— Nie. Idź żyć swoim życiem. A ja będę żyła swoim.
Minął rok. Tamara pracuje jako administratorka w centrum medycznym. Pensja jest skromna, ale wystarczająca. Najważniejsze, że jest wśród ludzi; że jest potrzebna.
Wieczorami chodzi na kursy — uczy się angielskiego. Zawsze o tym marzyła, ale Witalij śmiał się: „Po co ci to w twoim wieku?”
W grupie poznała Michaiła — wdowca, nauczyciela historii. Inteligentnego, spokojnego, godnego zaufania.
— Tamaro Iwanowno, czy mogę zaprosić panią na kawę? — zapytał ją po zajęciach.
— Może pan — uśmiechnęła się.
Usiedli w małej kawiarni i rozmawiali o książkach, podróżach, życiu.
— Wiesz — powiedział Michaił — podziwiam cię.
— Za co?
— Za twoją siłę. Nie każda kobieta potrafiłaby zrobić to, co ty. Rozwieść się w wieku pięćdziesięciu czterech lat i zacząć nowe życie.
— A co miałam zrobić? Pozwolić się oszukiwać?
— Wiele kobiet tak robi. Ze strachu przed samotnością.
— Samotność nie jest tak straszna jak życie ze zdrajcą.
Alosza przyjechał na Nowy Rok. Przywiózł prezenty i przedstawił swoją dziewczynę — Amerykankę rosyjskiego pochodzenia.
— Mamo, jesteś niesamowita! Mieszkanie jest świetne, a ty wyglądasz wspaniale!
— Staram się, synku.
— A tata?
— Nie wiem. Nie rozmawiamy.
— I dobrze. Nie zasługuje na ciebie.
Witalij czasem dzwoni. Narzeka na samotność, zdrowie, życie. Tamara słucha grzecznie, współczuje, ale nie spieszy się z pomocą.
To jego problemy. Sam wybrał tę drogę.
A ona ma własne życie. Pracę, naukę, nowe znajomości. I Michaiła, który nosi jej torbę po zajęciach i czyta jej wiersze Brodskiego.
— Żałujesz? — zapytał ją kiedyś.
— Czego miałabym żałować?
— Swojego dawnego życia. W końcu dwadzieścia sześć lat to długo.
— Nie. Jest takie powiedzenie: „Lepiej straszny koniec niż strach bez końca”. Wybrałam koniec. I początek.
— To mądre.
— Nie. To zwykły instynkt przetrwania. Gdybym podpisała tamte papiery, wylądowałabym na ulicy. W najlepszym razie — w Biriulowie. W najgorszym — bez niczego.
— Ale nie podpisałaś.
— Nie podpisałam. Przeczytałam wszystko, każdą literę. I to mnie uratowało.
Wiosną ona i Michaił pojechali do Pragi. To był pierwszy raz, kiedy Tamara wyjechała za granicę. Spacerowali po Starym Mieście, pili kawę w małych kawiarniach i słuchali ulicznych muzyków.
— Jesteś szczęśliwa? — zapytał Michaił.
— Tak. A ty?
— Ja też. Wiesz, myślałem, że moje życie się skończyło. Po śmierci żony byłem pewien, że zostało mi już tylko czekać na koniec. Potem spotkałem ciebie — i zrozumiałem, że życie dopiero się zaczyna.
— W naszym wieku?
— A co ma do tego wiek? Dusza się nie starzeje. Uczucia też nie.
Tamara wzięła go pod ramię. Przeszli przez Most Karola i wypowiedzieli życzenia.
Jakie życzenie? Proste — żeby nikt już nigdy nie próbował jej oszukać. Żeby zawsze miała przy sobie uczciwych ludzi. Żeby jej syn był szczęśliwy.
I żeby Michaił pozostał przy niej. Dobry, uczciwy, szczery.
A Witalij… Witalij dostał dokładnie to, na co zasłużył. Samotność, małą kawalerkę i pamięć o tym, że zamienił wierną żonę na młodą karierowiczkę.
Czy to sprawiedliwe? Całkowicie.
Czy okrutne? Ani trochę.
Ludzie po prostu zbierają to, co sami wybierają.
A Tamara wybrała godność. I wygrała —
Czytając każdą literę. Zwłaszcza drobny druk.