„Piętnaście osób, co najmniej!” — donośny głos Siergieja rozległ się z salonu. „Tak, u nas — po co wydawać pieniądze w restauracji!”
Anna zastygła przy zlewie. Przed nią piętrzyła się góra brudnych talerzy — resztki po wczorajszej kolacji, którą gotowała przez trzy godziny. Ciepła woda spływała po jej dłoniach, a znajomy supeł gniewu ścisnął ją w żołądku.
Siergiej krążył po salonie z telefonem, gestykulując wolną ręką. Na stoliku kawowym stygła jego niedopita herbata — trzecia filiżanka, którą dziś porzucił.
„Sałatka Olivier, śledź pod futrem, coś na ciepło…” — wyliczał swojemu kumplowi. „Ania wszystko zrobi — jest w tym dobra!”
Anna powoli zakręciła kran. Wytarła ręce o fartuch z wyblakłymi słonecznikami — prezent od teściowej na ich ósmą rocznicę ślubu. Usiadła przy stole, zaciskając pięści.
„Znowu wszystko na mojej głowie” — pulsowało jej w skroniach. „A potem powie: «Świetna impreza».”
Anna nadal siedziała przy kuchennym stole, gdy Siergiej skończył rozmowę. W głowie wirowały jej wspomnienia zeszłorocznego Nowego Roku — trzy dni przy kuchni, góry sałatek, pieczona kaczka, domowe ciasta. A potem dwa dni sprzątania, aż plecy bolały ją tak bardzo, że musiała brać środki przeciwbólowe. Siergiej przez cały wieczór pławił się w komplementach: „Ale macie przytulny dom!”
Dwanaście lat razem. Pierwsze lata były inne — wynajmowali kawalerkę na obrzeżach Woroneża i oszczędzali na własny dom. Budowali go sami, spędzając każdy weekend na budowie. Anna razem z nim mieszała zaprawę, nosiła cegły. Kiedy się wprowadzili, byli szczęśliwi — własne gniazdko, duża kuchnia, weranda.
Ale po przeprowadzce coś się zmieniło. Siergiej nagle złapał pasję do „zapraszania gości”. Każde święto oznaczało stół dla piętnastu albo dwudziestu osób.
„Aniut, zobacz!” — Siergiej wszedł do kuchni z notesem. „Policzyłem. Jeśli zrobimy imprezę w domu, wyjdzie prawie o połowę taniej niż w restauracji!”
Anna spojrzała na niego zmęczonymi oczami. Wczoraj siedziała w pracy do dziewiątej — raport kwartalny. Dziś po obiedzie wpadła do swojej matki, Galiny Pietrownej — pomogła jej posprzątać; kobieta wciąż była słaba po operacji.
„Taniej” — powiedziała powoli — „bo mój czas nic nie kosztuje?”
Siergiej zamrugał ze zdziwienia.
„Dlaczego tak mówisz? To ty jesteś panią domu, lubisz gotować. Pamiętasz, jak mama zawsze mówi, że kobieta tworzy ciepło domowego ogniska?”
Anna wstała i podeszła do okna. Za szybą ciemniał lutowy wieczór. Na parapecie stała zwiędła pelargonia — nie było czasu jej podlać.
Anna wyszła na werandę z kubkiem herbaty. Po tej rozmowie lekko drżały jej ręce. Usiadła w starym wiklinowym fotelu — kupili go na promocji zaraz po przeprowadzce. Wtedy wydawało się, że spędzą na tej werandzie tyle wspólnych wieczorów.
Z ogrodu sąsiadów dochodziły dziecięce głosy — bliźniaki Pietrowów bawiły się w chowanego. Ich matka, Swietłana, niedawno otworzyła własny salon fryzjerski. Jej mąż pomógł przy remoncie i zawoził dzieci do szkoły. „A my nie mamy dzieci” — pomyślała Anna. „Najpierw budowaliśmy dom, potem odkładaliśmy… A teraz już za późno.”
Coś pękło jej w piersi i nagle zrobiło się lekko. Jakby ciężki kamień, który nosiła od lat, nagle zniknął. „Dość. Niech sam się tym zajmie.”
Anna wstała i wróciła do domu. Siergiej siedział w salonie i oglądał hokej.
„Sierioga” — zatrzymała się w progu. „Jeśli chcesz, świętuj urodziny w domu. Ale ja nie gotuję. Nawet sałatki nie pokroję.”
Oderwał wzrok od ekranu i uśmiechnął się kpiąco:
„No daj spokój, Aniut. Obraziłaś się? Nie wytrzymasz, jak wszystko zacznie się sypać. Znam cię — pomarudzisz, a i tak wszystko zrobisz. Masz złote ręce!”
Anna patrzyła na niego w milczeniu. Na ekranie krążek wpadł do bramki, a komentator krzyczał. Siergiej machnął lekceważąco ręką i znów odwrócił się do meczu:
„Nie dąsaj się, będzie dobrze. Jesteś moją mądrą dziewczyną.”
Odwróciła się i poszła do sypialni. Położyła się bez rozbierania i naciągnęła na siebie pled. W ciemności uśmiechnęła się — po raz pierwszy od dawna czuła się wolna. Decyzja została podjęta i wiedziała, że nie ma już odwrotu.
Sobota rano. Do urodzin Siergieja zostały dwa dni. Anna siedziała przy kuchennym stole, a okruchy po śniadaniu wciąż leżały na blacie. W rękach trzymała kolorowy magazyn, obok stała trzecia już zimna filiżanka kawy. Siergiej wpadł do kuchni z notesem i długopisem. Koszulka kleiła mu się do pleców, grzywka była mokra — od godziny biegał po mieszkaniu, robiąc listy.
„Aniut, gdzie jest twoja lista? Co trzeba kupić?” — przeglądał notatki. „Ile sałatki na piętnaście osób? Trzy kilo? Pięć?”
„Nic mnie to nie obchodzi” — powiedziała Anna, przewracając stronę magazynu i oglądając przepis na ciasto. „Mówiłam ci — nie biorę w tym udziału.”
Długopis potoczył się po podłodze. Notes bezwładnie zwisał mu w dłoni.
„Ty mówisz poważnie? Goście już zaproszeni!” — jego głos przeszedł w krzyk. „Przyjdzie cały dział, a Dima i Natasza specjalnie jadą z Moskwy!”
„To twoje święto. Twoi goście” — dopiła kawę.
„Ty… jesteś zdrajczynią!” — jego pięść grzmotnęła w stół, aż solniczka podskoczyła. „Dwanaście lat razem i tak właśnie ty—”
Anna wstała, zamknęła magazyn. Zdjęła z haczyka przy drzwiach torebkę i sprawdziła klucze.
„Dokąd idziesz?”
„Do mamy. Przynajmniej dopóki twoja impreza się nie skończy.”
Zamek szczęknął. W mieszkaniu zapadła cisza.
Niedziela, jedenasta wieczorem. Siergiej siedział w kuchni pośród toreb z zakupami — mięso, warzywa, majonez. Coś skwierczało na kuchence i zaczynało się przypalać. Chwycił telefon.
„Mamo, pomóż mi, nie daję rady!” — w jego głosie słychać było panikę. „Goście przychodzą jutro!”
Godzinę później zadzwonił dzwonek. Przyjechały jego matka, Nadieżda Iwanowna, i siostra Lena. Matka w kwiecistym szlafroku narzuconym na nocną koszulę, Lena w dresie — obie z torbami.
„Ale cię rozpuściła” — mruknęła Nadieżda Iwanowna, otwierając lodówkę. „Przynajmniej wcześniej dobrze gotowała — była gospodynią.”
W domu pachniało przypalonym mięsem. Lena kroiła warzywa, mamrocząc pod nosem. Siergiej siedział przy stole z głową ukrytą w dłoniach.
Urodziny. Południe. Pierwsi goście już dzwonili do drzwi. Nadieżda Iwanowna, ocierając czoło, wykładała nierówne plasterki kiełbasy. Sałatka Olivier wyszła za rzadka — mama dała za dużo majonezu.
„Za bardzo ją rozpieściłeś, Sierioga” — syknęła Lena, wyciągając z piekarnika spalonego kurczaka.
W salonie zebrało się około dziesięciu osób. Dima, który przyjechał z Moskwy, zapytał niezręcznie:
„Gdzie jest Anna? Chora?”
„Pojechała do matki” — wymamrotał Siergiej, nalewając wódkę. „Wznieśmy toast za nasze spotkanie!”
Toast zawisł w powietrzu. Żona księgowego, Marina, spróbowała śledzia pod futrem i skrzywiła się — buraki były niedogotowane.
„Anny był lepszy” — szepnęła do koleżanki.
Siergiej wymusił uśmiech, kieliszek za kieliszkiem. Wieczorem język już mu się plątał. Goście wymienili spojrzenia — nigdy wcześniej tak bardzo się nie upił.
Nadieżda Iwanowna opadła na kanapę, trzymając się za krzyże:
„Dość, nie mam już siły. Naczynia umyjecie sami.”
Siergiej poszedł do kuchni. W zlewie i na stole piętrzyły się stosy talerzy. Resztki jedzenia, sos rozlany na obrusie. Opadł na krzesło i chwycił się za głowę.
Z salonu dochodziły śmiechy — goście już opowiadali żarty bez niego. „To moje święto, a nie ma w nim żadnej radości” — dudniło mu w skroniach.
Siedział w ciemnej kuchni, słuchając cudzej wesołości. Na stole leżał jego notes z wyliczeniami — oszczędności obróciły się przeciwko niemu. Telefon milczał. Anna nie zadzwoniła.
Wtorek rano. Anna wróciła do domu od matki. W przedpokoju potknęła się o pustą butelkę. W powietrzu unosił się kwaśny zapach jedzenia i dym papierosowy. W salonie — sterty śmieci, popielniczki pełne petów, czyjaś zapomniana kurtka na kanapie.
Kuchnia wyglądała jak pole bitwy po bombardowaniu. Lepiąca się podłoga, stosy brudnych naczyń, kawałki sałatki Olivier pływające w zlewie. Na kuchence — patelnia z zastygłym tłuszczem.
Na stole, pośród okruchów, leżał zmięty T-shirt Siergieja i jego ładowarka. Męża nigdzie nie było.
Anna wybrała jego numer — nie odebrał. Zadzwoniła do teściowej.
„Jest u nas” — wyszeptała Nadieżda Iwanowna. „Siedzi tu już dwa dni, mówi, że musi pomyśleć. Aneczko, może moglibyście porozmawiać? Pogodzić się?”
„Niech myśli” — odpowiedziała Anna i rozłączyła się.
Przeszła przez zdemolowane mieszkanie i otworzyła laptopa. Pół godziny później przyjechała ekipa sprzątająca — dwie kobiety z profesjonalnym sprzętem.
„Ojej, tu są co najmniej cztery godziny roboty” — zagwizdała starsza.
„Proszę działać. Płacę” — powiedziała Anna, podając kartę.
Podczas gdy kobiety sprzątały jej mieszkanie, siedziała na balkonie z kubkiem herbaty. Na telefonie wyświetlały się nieodebrane połączenia od Siergieja. Nie oddzwoniła.
Dwa tygodnie później Anna usłyszała klucz obracający się w zamku. W progu stał Siergiej — niewyspany, nieogolony, z torbą w ręku.
„Cześć” — powiedział, przestępując z nogi na nogę. „Mogę wejść?”
Odsunęła się. Wszedł do salonu i usiadł na kanapie.
„Przez te dwa tygodnie dużo myślałem… Przepraszam. Byłem idiotą. Myślałem, że oszczędzam pieniądze, a wyszło, jak wyszło…” Potarł twarz. „Nie jesteś zwierzęciem pociągowym. Jesteś moją żoną. Teraz to rozumiem.”
Anna usiadła naprzeciwko.
„I co teraz?”
„Spróbujemy jeszcze raz? Bez tej głupiej mani oszczędzania. Mama mówi, że urodziny dobrze się robi w restauracji «Praga». Może twoje urodziny urządzimy tam?”
„Zobaczymy” — powiedziała, wstając. „Napijesz się herbaty?”
„Tak.”
Minął rok. Urodziny Anny świętowali w „Pradze” — kelnerzy, muzyka na żywo, ani jednego brudnego talerza. Siergiej wzniósł kieliszek:
„Za moją żonę, która nauczyła mnie jednej prostej rzeczy — święto powinno być świętem dla wszystkich.”
Goście zaczęli klaskać. Anna się uśmiechnęła — naprawdę, po raz pierwszy od dawna.
Od tamtej pory wszystkie uroczystości obchodzili w restauracji. Kosztowało to więcej, ale nie było już kłótni.