Warsztat pachniał starym drewnem, lakierem i zatrzymanym czasem. Makar lubił ten zapach. Przypominał mu, że nawet najbardziej skomplikowane zniszczenia można naprawić dzięki cierpliwości i odpowiednim narzędziom. Restaurator dawnych automatów — mechanicznych lalek i zegarów — wykonywał sztukę wymagającą lodowatego opanowania. A jednak dziś jego dłonie lekko drżały, gdy wkładał maleńką zębatkę do mechanizmu złotego pawia z XVIII wieku.
Dzwonek przeciął ciszę. Makar powoli zdjął jubilerską lupę, ostrożnie odłożył pęsetę na aksamitną poduszkę i wyszedł do korytarza. Już wiedział, kto to. Zobaczył je przez wideodomofon, kiedy były jeszcze na dole.
Drzwi otworzyły się szeroko, wpuszczając do sterylnej ciszy mieszkania chmurę ciężkich perfum zmieszanych z tytoniem i pudrem. Na progu stały dwie kobiety. Jedna była wysoka i imponująca, o surowej twarzy pokrytej makijażem niczym wojennymi barwami. To była Inga Pietrowna, jego teściowa. Druga była niższa, nerwowa, z niespokojnymi oczami — jej siostra Polina, ciotka Warwary.
— No proszę, dzień dobry, rodzinko — zagrzmiała Inga, nawet nie udając uprzejmości. Weszła, nie czekając na pozwolenie, i zdjęła buty tak, jakby była u siebie. — Gdzie jest Waria? Dalej śpi? Jak długo zamierza się nad sobą użalać?
Makar zagrodził jej drogę do salonu. Jego szczupła sylwetka w roboczym fartuchu nie powinna być przeszkodą dla kobiety takiej jak ona, ale w jego oczach było tyle lodowatej determinacji, że zawahała się na moment.
— Po co tu jesteście? Żeby prosić o pomoc? — Makar nie wiedział, o co jeszcze mógłby zapytać, choć doskonale rozumiał, dlaczego przyszły. — Żeby przypomnieć mojej żonie, co powiedziałyście jej ostatnim razem? Czy żeby ją dobić?
— Och, nie dramatyzuj, zięciu — zadrwiła Polina, przeciskając się bokiem obok wieszaka. — To sprawa rodzinna. Pilna. Jesteśmy jej matką i ciotką, prawda? Oczywiście, że się o nią martwimy.
— Wasze serca? — powtórzył Makar, a w jego głosie zabrzmiała stal. — Wy nie macie serc, Ingo Pietrowno. Macie pompę, która przepompowuje krew. Warwara nie będzie z wami rozmawiać.
— Nie ty będziesz o tym decydował — powiedziała Inga, poprawiając masywną broszkę na klapie. — Kim ty tu jesteś? Mężem. A ja jestem jej matką. Tej więzi nie da się zerwać. Przesuń się. Przyszłyśmy porozmawiać o spadku po starej Alewtynie. Wari już to teraz niepotrzebne — dzieci nie ma, a przy jej zdrowiu kto wie, czy kiedykolwiek będą. A przecież trzeba jakoś żyć.
Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie i duszące. W Makarze zaczęła kipieć głucha wściekłość, ale nie była to złość, która wybucha krzykiem. To był chłodniejszy impuls, który chciał niszczyć wszystko w milczeniu. Przypomniał sobie dzień, w którym wszystko się zaczęło. Miesiąc wcześniej.
Stało się to, kiedy Makar był w Wiedniu na aukcji części do rzadkich chronometrów. Podróż była zaplanowana od sześciu miesięcy, a Warwara, promienna i szczęśliwa w trzecim miesiącu ciąży, niemal sama wypchnęła go z domu.
— Jedź. To twoja szansa. Dam sobie radę. Mama obiecała przyjść i sprawdzić, co u mnie — powiedziała, głaszcząc jeszcze płaski brzuch.
Nie wiedziała, że dla Ingi Pietrowny „przyjść i sprawdzić” oznaczało przejęcie kontroli.
Inga pojawiła się drugiego dnia po wyjeździe Makara. Potrzebowała pieniędzy. Nie trochę, ale dużej sumy na „interes” swojego ostatniego partnera. Warwara odmówiła — łagodnie, lecz stanowczo. Te pieniądze były odłożone na klinikę i narodziny dziecka.
Wtedy Inga zmieniła taktykę. Metodycznie, niemal sadystycznie, naciskała na wszystkie rany, które znała. Przychodziła każdego wieczoru. Mówiła Warwarze, że Makar w Wiedniu wcale nie jest sam, że jest nieudacznikiem żyjącym z talentu Warwary — a Warwara była znakomitą perfumiarką, znaną z tworzenia zapachów dla prywatnych kolekcjonerów. Mówiła, że dziecko nie było chciane, że prawdopodobnie urodzi się chore, bo „wszyscy w waszej rodzinie są słabi i skazani na zgubę”.
Punkt krytyczny nadszedł w czwartek. Inga i Polina przyjechały z kilkoma robotnikami i uparły się, żeby Warwara pomogła przenosić meble, twierdząc, że stara komoda należy do Ingi i została tylko „pożyczona”. Warwara próbowała powstrzymać tragarzy. Zdenerwowała się, krzyczała, błagała ich, żeby przestali. Inga stała obok, paląc papierosa i strzepując popiół na dywan.
— Nie rób scen. Jesteś egoistką, zupełnie jak twój ojciec. Myślisz tylko o sobie. Ale kiedy trzeba pomóc matce? Nagle masz poranne mdłości? Nie rozśmieszaj mnie. Weź te kartony, są lekkie.
Warwara podniosła pudło. Ostry ból przeszył jej podbrzusze. Zbladła i osunęła się na podłogę.
— Mamo… boli mnie… wezwij karetkę… — wyszeptała.
Inga spojrzała na córkę z jawnym obrzydzeniem.
— No i zaczyna się przedstawienie. Wstawaj, aktoreczko. Nic cię nie boli. Po prostu nie chce ci się pracować.
Nie wezwali karetki przez czterdzieści minut. Dyskutowali, kto będzie musiał zapłacić, jeśli okaże się to „fałszywym alarmem”, a „symulantka” tylko udaje. Polina zaproponowała krople walerianowe. Kiedy Warwara straciła przytomność, a plama zaczęła rozlewać się po jasnym parkiecie, Inga wpadła w panikę — ale nie z powodu córki.
— Cholera, zniszczyła dywan — to były jej pierwsze słowa.
Dziecka nie udało się uratować. Warwara spędziła trzy dni na intensywnej terapii. Makar wrócił pierwszym lotem, porzucając aukcję, ale było za późno. Waria nie płakała. Patrzyła w ścianę suchymi, rozpalonymi oczami. Coś umarło w niej razem z dzieckiem. Cała czułość wobec matki zniknęła.
Warwara znajdowała się teraz w swoim laboratorium — pokoju w głębi mieszkania, przerobionym na perfumiarskie organy. Półki były pokryte setkami flakonów wypełnionych esencjami, absolutami i olejkami. Nie pachniało tu jak w zwykłej perfumerii. Pachniało mokrą ziemią, ozonem po burzy, gorzkim piołunem i spalonym cukrem.
Obok niej siedziała Jana, jej wieloletnia przyjaciółka i koleżanka, właścicielka małej galerii. Jana w milczeniu sortowała paski testowe.
— Ten pachnie lękiem — powiedziała cicho Jana, przykładając pasek do nosa. — Waria, jesteś pewna, że chcesz je zobaczyć?
Warwara stała tyłem do drzwi, mieszając składniki. Jej ruchy były szybkie, precyzyjne, niemal mechaniczne. Miała na sobie surową czarną sukienkę, a włosy ściągnięte w ciasny kok. Nie było w niej nic miękkiego ani domowego.
— Nie chcę ich widzieć, Jano. Chcę je zniszczyć — powiedziała Warwara równym głosem, całkowicie pozbawionym ciepła. — Przyszły po mieszkanie dziadka Wieniamina. Myślą, że jestem złamana. Wierzą, że podpiszę wszystko, byle tylko sobie poszły.
— A Makar? On ich nie wpuści.
— Makar jest zbyt cywilizowany. Do końca pozostanie uprzejmy. Te stworzenia rozumieją tylko siłę. Chciwość odebrała im nawet instynkt samozachowawczy.
Drzwi laboratorium otworzyły się gwałtownie. Na progu stała Inga, a za nią krążyła Polina — przestraszona, ale wciąż chciwa.
— Ach, tu jesteś! Zamknięta ze swoimi śmierdzącymi miksturkami! — warknęła jej matka. — A my tam na zewnątrz tak miło rozmawiałyśmy z Makarem. Waria, musimy porozmawiać. Poważnie.
Warwara powoli się odwróciła. W dłoniach trzymała ciężką szklaną butelkę wypełnioną ciemnym płynem.
— Wynoście się — powiedziała spokojnie.
— Co? — Inga zamrugała, po czym natychmiast nabrała powietrza, gotowa do awantury. — Słuchaj, Polina. Przychodzimy tu z dobrymi intencjami, żeby pomóc, a tak się nas przyjmuje. Posłuchaj mnie uważnie. To mieszkanie, które twój ojciec rzekomo ci zostawił, należy się nam z prawa. Ja znosiłam go przez dziesięć lat. Ja cię wychowałam. A teraz, skoro nie będzie wnuków…
— PRZESTAŃ MÓWIĆ!
To nie był krzyk. To był warkot rannego zwierzęcia.
Makar, stojący za dwiema kobietami, wykonał ruch, jakby chciał interweniować, ale pozostał nieruchomy. Zobaczył, jak Warwara stawia butelkę na stole. Dźwięk szkła uderzającego o drewno zabrzmiał jak wystrzał.
— Nie będzie wnuków? — Warwara podeszła tak blisko, że znalazła się kilka centymetrów od matki. Była niższa, ale w tej chwili zdawała się górować nad Ingą jak urwisko. — A CZYJA TO WINA?
— Cóż, twoje ciało jest słabe, może to genetyczne… — zaczęła Polina, ale umilkła pod spojrzeniem siostrzenicy.
— Genetyczne? — Warwara roześmiała się, a ten śmiech był straszniejszy niż łzy. — Zabiłaś mojego syna. Ty. Swoją chciwością, swoją podłością, swoim obrzydliwym „zniszczyła dywan”.
— Nie waż się nas oskarżać! — wrzasnęła jej matka, czując, że traci kontrolę. — Sama się o to prosiłaś! Nerwowa, histeryczna! Chciałyśmy dla ciebie jak najlepiej! Podpisz mieszkanie nad rzeką i odejdziemy. Potrzebujemy pieniędzy na leczenie Poliny. Ona ma… eee… oznaki czegoś bardzo poważnego!
— Ona wykazuje oznaki braku sumienia — powiedział zimno Makar.
— Zamknij się, pasożycie! — rzuciła Inga.
Nagle Warwara przestała drżeć. Jej twarz zmieniła się w maskę czystej pogardy. Podeszła do stołu, wzięła czerwoną teczkę, na którą Polina rzucała chciwe spojrzenia, i cisnęła ją na podłogę pod nogi matki.
— Chcecie pieniędzy? Chcecie mieszkania? — Głos Warwary zagrzmiał, nabierając siły. — WY, PASOŻYTY! Przez całe życie żyłyście na koszt mojego ojca, a potem na mój! Myślałyście, że będę wiecznie leżeć i płakać? NIE!
Chwyciła chłonny pasek, zanurzyła go w reaktywnym płynie i rzuciła w stronę ciotki. Polina cofnęła się. To nie była już zwykła złość. To była surowa, pierwotna agresja.
— NIENAWIDZĘ WAS! — krzyknęła Warwara, z twarzą wykrzywioną obrzydzeniem. — Nie jesteś matką! Jesteś inkubatorem, który uznał się za boginię! Przyszłaś tu mnie dobić? Myślałaś, że jestem słaba? JESTEM SILNA! Silniejsza, niż twój biedny mały mózg kiedykolwiek zdoła pojąć!
Inga Pietrowna cofnęła się o krok.
— Waria, kochanie, uspokój się, to dla ciebie niedobre… — wyjąkała Polina.
— MILCZ! — Warwara uderzyła dłonią w stół, aż butelki zadźwięczały. — WYNOŚCIE SIĘ! Nie dam wam ani grosza! Ani jednego metra kwadratowego! Zgnijecie we własnej podłości! Odejdźcie, zanim sama was stąd wyrzucę!
— Ty… — syknęła Inga, stopniowo odzyskując odwagę. — Skończysz sama! Kto zechce bezpłodną kobietę taką jak ty? Twój mąż zostawi cię za rok! Matka jest święta! Pozwiemy cię do sądu! Będę domagać się alimentów! Masz obowiązek mnie utrzymywać!
W tej chwili drzwi wejściowe w korytarzu trzasnęły. Rozległy się ciężkie, pewne kroki. Na progu warsztatu pojawiła się sylwetka jedynej osoby, której Inga Pietrowna bała się bardziej niż kogokolwiek innego.
Był to Wieniamin Andriejewicz, ojciec zmarłego męża Ingi i dziadek Warwary. Wspierał się na lasce ze srebrną rączką, ale stał prosto jak stary dąb. U jego boku była jego żona, Agata Siergiejewna, drobniutka kobieta o bystrych oczach, krucha tylko z pozoru.
— Nie będzie żadnego procesu, Ingo — powiedział spokojnie Wieniamin Andriejewicz. — I żadnych alimentów też nie. Takie wsparcie jest dla prawdziwych rodziców w potrzebie. Oszuści trafiają do więzienia. Ale będziemy łaskawi. Po prostu odetniemy wam tlen.
Inga pobladła tak bardzo, że puder na jej twarzy wyglądał jak gips.
— Wieniamin… co ty tu robisz? To są kobiece sprawy…
— To jest sprawa rodzinna — przerwał jej stary człowiek. — Warwaro, dobrze zrobiłaś. Jestem z ciebie dumny. Gniew to paliwo. Spaliłaś mosty i słusznie. A teraz wy dwie słuchajcie uważnie.
Wszedł na środek pokoju, nie zaszczycając byłej synowej spojrzeniem, i zwrócił się do Makara.
— Pokaż im dokument.
Makar otworzył szufladę i wyjął nie czerwoną teczkę, lecz zwykłą niebieską kopertę. Wyciągnął z niej jedną kartkę papieru.
— Ingo Pietrowno, przez wszystkie te lata mieszkała pani w trzypokojowym mieszkaniu przy Prospekcie Mira. Myślała pani, że jest pani właścicielką, prawda? — zapytał z uprzejmym uśmiechem.
— Ono jest moje! Mój mąż mi je zostawił! — oświadczyła Inga.
— Nie — powiedziała Agata Siergiejewna. — Nasz syn, niech Bóg ma go w swojej opiece, był dobry, ale nie głupi. Mieszkanie zostało przekazane do funduszu powierniczego. Beneficjentką jest Warwara. Ty, Ingo, mieszkałaś tam jako… powiedzmy, gość. Na podstawie umowy bezpłatnego użytkowania odnawianej automatycznie co roku.
— Tylko dopóki Warwara tego chciała — dodał Wieniamin. — Tolerowaliśmy cię, dopóki jeszcze odgrywałaś rolę matki. Ale po tym, co wydarzyło się miesiąc temu… Warwaro, podpisz.
Warwara wzięła długopis, który jej podał. Jej ręka już nie drżała. Podpisała papier pewnym ruchem.
— Co to jest? — wychrypiała Polina.
— Wypowiedzenie umowy — wyjaśnił Makar. — Macie dwadzieścia cztery godziny na opuszczenie lokalu. Zamki zostaną wymienione jutro w południe. Ochrona budynku została już poinformowana. Wasze karty dostępu zostaną anulowane.
— Nie macie prawa! Jestem tam zameldowana! — wrzasnęła Inga.
— Twoje tymczasowe zameldowanie wygasło trzy dni temu — oświadczył chłodno dziadek. — Sprawdziłem. Zapomniałaś je odnowić, bo byłaś zbyt zajęta knuciem, jak zdobyć dom za miastem. A przy okazji, mieszkanie, którego dziś się domagałaś — to nad rzeką — Warwara sprzedała tydzień temu. Pieniądze zostały już przekazane fundacji pomagającej wcześniakom.
Zapadła grobowa cisza. Jedynym dźwiękiem było tykanie licznych zegarów wiszących na ścianach warsztatu. Tik-tak. Tik-tak. Czas Ingi Pietrowny dobiegł końca.
— Dokąd mam pójść? — zapytała nagle Inga zagubionym, niemal dziecięcym głosem. Cała jej arogancja, cała bezczelna zbroja rozsypała się w pył. Po raz pierwszy wyglądała jak zgorzkniała stara kobieta, której nikt nie chciał.
— Do swojej siostry — powiedziała Warwara, wskazując Polinę. — Do tego samego małego dwupokojowego mieszkania na przedmieściach. Przecież jesteście takie bliskie. Mieszkajcie razem. Z twojej emerytury. Bo zasiłek, który wysyłałam ci co miesiąc, kończy się dzisiaj.
— Waria! Córeczko! — Inga rzuciła się ku niej, próbując chwycić ją za ręce. — Wybacz mi! Zostałam zmanipulowana! Jestem twoją matką!
Warwara cofnęła się. Na jej twarzy było tylko obrzydzenie, jakby coś lepkiego próbowało jej dotknąć.
— Nie zbliżaj się do mnie — powiedziała. — Nie mam matki. Umarła w dniu, w którym bardziej żałowała dywanu niż swojego wnuka.
Makar otworzył drzwi.
— Wyjście jest tam. Nie zmuszajcie mnie do użycia siły. Na życie zarabiam, odnawiając kruche przedmioty, ale śmieci wyrzucam bez wahania.
Dwie kobiety uciekły z mieszkania, plując obelgami, lecz w ich oczach pływał strach. Zrozumiały, że to nie był blef. Straciły wszystko: wygodę, status, pieniądze, a przede wszystkim władzę nad ofiarą, która karmiła ich ego.
Kiedy drzwi zatrzasnęły się za nimi, Warwara wypuściła powietrze i oparła się o ramię męża.
— Naprawdę to zrobiłam?
— Byłaś wspaniała — wyszeptał Makar, całując ją w czubek głowy, który pachniał lekko piołunem.
— Zła jak wiedźma — powiedziała Agata Siergiejewna z półuśmiechem. — Dzięki Bogu. Dobroć czasami potrzebuje pięści… albo ostrego języka.
— Wieniaminie Andriejewiczu, a mieszkanie? — zapytała Jana. — Naprawdę ich wyrzucicie?
— Oczywiście — odpowiedział starszy mężczyzna, poprawiając okulary. — Tragarze już tam są. Pakują ich rzeczy do worków na śmieci. Inga zawsze lubiła patrzeć, jak cudze rzeczy traktuje się bez szacunku. Teraz sama będzie mogła poczuć, jak to jest.
Warwara opuściła wzrok na swoje dłonie. Były czyste. Ból przycichł, zostawiając po sobie dźwięczną pustkę, którą pewnego dnia wypełni nowe życie, nowe zapachy i miłość tych, którzy naprawdę byli rodziną.
Wróciła do stołu, wzięła ten sam papierowy pasek, który wcześniej rzuciła, i wciągnęła jego zapach.
— Wiesz, Jano — powiedziała zamyślona — nazwę ten zapach Wyzwolenie. Będzie potrzebował dużo pieprzu. Czarnego pieprzu. Gorącego, gryzącego. I soli. Jak wyschnięte łzy.
— To będzie sukces — stwierdził Makar z pewnością.
Na zewnątrz zaczynał zapadać wieczór, ale w środku warsztatu było ciepło i jasno. Zegary nadal tykały, odmierzając pierwsze godziny nowej ery dla rodziny, w której nie było już miejsca dla zdrajców.
Przy wejściu do luksusowego budynku Inga Pietrowna stała na wietrze, próbując zamówić taksówkę, tylko po to, by odkryć, że na jej karcie nie zostało wystarczająco dużo pieniędzy. Nie wiedziała jeszcze, że zablokowane konta były ostatnim pożegnalnym prezentem od dziadka Wieniamina — człowieka, który nigdy nie wybaczał tym, którzy skrzywdzili jego ukochaną wnuczkę. Patrzyła z przerażeniem na ekran telefonu, nie mogąc w to uwierzyć.
Jej świat się zawalił.
I zawalił się z powodu tych samych ludzi, których zawsze uważała za słabych i nieistotnych.
To był koniec. Absolutny i ostateczny.