Zaprosiłam 55-letniego mężczyznę na kolację już po zaledwie dwóch randkach. O siódmej wieczorem zadzwonił do moich drzwi… z walizką.

Zaprosiłam mężczyznę — 55 lat — na kolację po dwóch randkach. O siódmej wieczorem zadzwonił do moich drzwi… z walizką.

Wiesz, myślałam już, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Po pięćdziesiątce ma się wrażenie, że człowiek widział już wszystko. Rozwód, dorosłe dzieci, które wyprowadziły się z domu, praca-dom-praca. Moje przyjaciółki nie przestawały mi powtarzać: „Tanya, no ile to jeszcze będzie trwało? Zarejestruj się na portalu randkowym, może będziesz miała szczęście”. Opierałam się, krzywiłam, ale pewnego wieczoru, z kieliszkiem wina w dłoni, jednak się zapisałam. Pomyślałam: przynajmniej zobaczę, jacy ludzie tam są.

I naprawdę wydawało się, że miałam szczęście. Napisał do mnie Andreï — pięćdziesiąt pięć lat, rozwiedziony, nie pije, ma pracę, a na zdjęciach wyglądał na całkiem porządnego mężczyznę. Przez tydzień wymienialiśmy wiadomości, potem rozmawialiśmy przez telefon. Przyjemny głos, dobrze się wysławiał, nie rzucał wulgarnych żartów — to już był plus. Umówiliśmy się na spotkanie w kawiarni niedaleko mojego domu.

Przyszedł punktualnie, w krawacie i z kwiatami w ręku. Przez dwie godziny rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym — o pogodzie, pracy, dzieciach. Wszystko wydawało się normalne, bez fałszu. Druga randka poszła jeszcze lepiej — spacerowaliśmy wzdłuż nabrzeża, jedliśmy lody jak uczniaki. Nawet pomyślałam sobie: „Boże, czy to naprawdę możliwe? Czy po pięćdziesiątce naprawdę można zacząć wszystko od nowa?”.

Wtedy podjęłam decyzję. Zadzwoniłam do niego i powiedziałam: „Andreï, przyjdziesz na kolację? Robię pieczonego kurczaka”. Był tak szczęśliwy, że aż drżał mu głos: „Taniuszka, oczywiście! O której mam przyjść?”. Umówiliśmy się na dziewiętnastą.

Cały dzień biegałam jak szalona. Wstawiłam kurczaka do piekarnika z rozmarynem i czosnkiem — zapach wypełnił całe mieszkanie! Nakryłam do stołu, wyjęłam świece — tak, tak, banał, ale przecież romantyczny! Denerwowałam się jak nastolatka przed pierwszym pocałunkiem.
 

Punktualnie o dziewiętnastej rozległ się dzwonek do drzwi.

Otworzyłam — a tam stał Andrei z bukietem róż i… WALIZKĄ. Ogromną, na kółkach, wyraźnie spakowaną na znacznie dłużej niż jedną noc.

Zamarłam z otwartymi ustami.

— Andreï, co… co to jest?

Uśmiechał się od ucha do ucha.

— Tanya, po co czekać? Jesteśmy dorośli! Ty mi się podobasz, ja podobam się tobie, wszystko między nami pasuje. Pomyślałem sobie — po co tracić czas? Spróbujmy od razu zamieszkać razem!

Stałam tam z kompletną pustką w głowie. On wszedł do korytarza, postawił walizkę, zdjął kurtkę i już rozglądał się wzrokiem za kapciami.

— Mówisz poważnie? — zdołałam powiedzieć.
 

— Absolutnie! — promieniał. — Wiesz, w naszym wieku trzeba korzystać z każdego dnia. Nie jesteśmy już dzieciakami, żeby spotykać się latami. Wziąłem dwa tygodnie urlopu — zobaczymy, jak nam pójdzie, a potem może zamieszkamy razem na dobre!

— Andreï — powiedziałam najspokojniejszym tonem, na jaki było mnie stać, choć ręce już mi drżały — weź swoją walizkę i wyjdź. Natychmiast.

Był oszołomiony.

— Tanya, co się z tobą dzieje? Chciałem dobrze! My…

— MY — przerwałam mu — widzieliśmy się trzy razy. TRZY. Nawet tak naprawdę nie trzymaliśmy się za ręce! A ty wpadasz z walizką, jakbym już była twoją oficjalną żoną! Czy ty w ogóle zapytałeś, czy chcę z tobą mieszkać? Czy może wcale cię to nie obchodzi?
 

Zmieszał się i zaczął mamrotać coś o wieku, o poważnych związkach, o tym, że źle go zrozumiałam.

— Nie, zrozumiałam wszystko doskonale — powiedziałam sucho, szerzej otwierając drzwi. — Do widzenia, Andreï.

Stał tam jeszcze przez chwilę, kilka razy westchnął, podniósł swoją przeklętą walizkę i wyszedł. Róże jednak zostawił na wycieraczce.

Zamknęłam drzwi i… wybuchnęłam śmiechem. Histerycznie, przez łzy. Boże, co to w ogóle było?!

Dziesięć minut później zadzwoniłam do siostry.

— Lena, przyjedź natychmiast. Coś się tutaj wydarzyło — nie uwierzysz!

Przyjechała pół godziny później z dwiema butelkami wina. Usiadła, wysłuchała mojej historii i zaczęła śmiać się tak głośno, że sąsiedzi pewnie pomyśleli, że dwie kobiety straciły rozum.
 

— Tanya, niesamowite! — powiedziała, ocierając łzy. — Z walizką! Na trzeciej randce!

— Rozumiesz to? — nalewałam już drugi kieliszek. — A najgorsze jest to, że on naprawdę nie zrozumiał, co było nie tak!

Siedziałyśmy w kuchni, piłyśmy wino, jadłyśmy mojego kurczaka — który, swoją drogą, był niesamowity — i śmiałyśmy się tak, że bolały nas brzuchy. Lena opowiadała mi swoje własne historie z portali randkowych. Świece dopalały się, za oknem robiło się ciemno, a my czułyśmy się lepiej niż od dawna.

— Wiesz — powiedziałam o świcie, kiedy kończyłyśmy trzecią butelkę — może to wszystko wyszło na dobre. Przynajmniej mam teraz historię na całe życie.

— I kurczak się nie zmarnował — dodała Lena.

Znowu wybuchnęłyśmy śmiechem.
 

A następnego dnia usunęłam swój profil z portalu randkowego. Oczywiście nie na zawsze. Po prostu postanowiłam zrobić sobie przerwę. Może za miesiąc albo dwa spróbuję jeszcze raz. Ale teraz będę ostrożniejsza — zwłaszcza jeśli mężczyzna będzie nosił przy sobie walizkę. Najwyraźniej to czerwona flaga numer jeden naszych czasów.

I tak — teraz kurczaka z rozmarynem robię tylko dla siebie i mojej siostry. Tak jest bezpieczniej.