— „O której godzinie spotykasz się dziś ze swoją kochanką?” — zapytała żona męża.

— „Zawsze wiedziałaś, że nie jestem żadną nagrodą!” — Wiktor rzucił klucze na komodę. — „Ale teraz po prostu jesteś histeryczna!”

— „Histeryczna?” — Marina położyła dłoń na piersi. — „Jestem histeryczna, kiedy twoja Swietka sama do mnie zadzwoniła?”

— „Jaka Swietka? O czym ty mówisz?”

Wiktor był przerażony myślą, że jego sekret został odkryty. Panika przemknęła przez jego głowę — jak Swietłana mogła być tak nieostrożna? Przecież umówili się, że będą milczeć!

Trzy miesiące wcześniej Wiktor spotkał Swietłanę w kawiarni „Stary Plac” przy Twerskiej. Zatrzymał się tam, żeby coś zjeść po zebraniu, a ona siedziała sama przy oknie, mieszając stygnącą kawę.

Serce mu podskoczyło — ten sam uśmiech, te same oczy. Czas jakby się zatrzymał, a on znów miał dwadzieścia lat i nie potrafił oderwać wzroku od najpiękniejszej dziewczyny z klasy.

— „To miejsce jest zajęte?” — skinął głową w stronę krzesła naprzeciwko.

— „Witia?” — podniosła wzrok. — „No proszę, ile to już lat!”

„Postarzał się” — pomyślała Swietłana. „Ale wciąż jest tym samym uroczym łobuzem.”

— „Dokładnie pięć. Od imprezy z okazji zakończenia studiów Maszy.”

Masza — ich wspólna chrześniaczka, córka koleżanki z klasy, która kiedyś uparcie próbowała ich pogodzić.

— „Twoja córka jest już mężatką?”

Mówiła o córce Wiktora neutralnym tonem, bez większego ciepła — spotkały się tylko kilka razy podczas klasowych zjazdów.

— „Już od roku. A twój syn?”

Wiktor zapytał o Andrzeja z ostrożną czułością. W młodości marzył, że poślubi Swietłanę, a jej syn będzie jak jego własny.

— „W wojsku” — Swietłana odwróciła wzrok. — „Andrzej prawie wcale nie pisze… Mój mąż mówi, że to normalne.”

Na wzmiankę o jej mężu Wiktor poczuł dawną zazdrość. Igor — ten sam wieczny nudziarz, który odebrał mu Swietkę.

— „Ten twój Igor zawsze był… specyficzny.”

„Nigdy go nie lubiłeś” — pomyślał Wiktor. „I ja o tym wiedziałem. Więc dlaczego za niego wyszłaś?”

— „Nie zaczynaj” — uśmiechnęła się krzywo. — „Lepiej opowiedz o sobie. Jak Marina?”

— „Praca, dom, czekanie na wnuki” — Wiktor wzruszył ramionami. — „Zwyczajne życie zwyczajnych ludzi.”

Opowiadał o rutynie, o tym, jak bardzo ma dość uporządkowanego życia, o pragnieniu czegoś żywszego. Mówił to, żeby wzbudzić współczucie i dać do zrozumienia, że nie jest zadowolony ze swojego małżeństwa.
 

Ich spotkania stały się regularne. Kawiarnie, spacery, a potem mieszkanie przyjaciela — Koli, kawalera, który pożyczał klucze bez zadawania pytań. Oboje rozumieli, co robią, ale udawali, że to tylko przyjacielskie spotkania.

— „Dlaczego my to robimy?” — Swietłana zapinała bluzkę.

„On wciąż jest takim egoistą” — pomyślała o Wiktorze. „A Igor… Boże, od kiedy nie mam ochoty wracać do męża?”

— „Gdzie tu problem? Dwoje dorosłych ludzi, nikomu nie robimy krzywdy.”

Wiktor nie widział w tym nic złego — po prostu uzupełniali to, czego brakowało im w małżeństwach. Bez zobowiązań, nikt nie miał ucierpieć.

— „Ty masz żonę, ja mam męża.”

— „I co z tego?” — Wiktor zapalił papierosa. — „Oni się nie dowiedzą. Nie jesteś z tych, które wszystko rozpowiadają.”

Przez głowę przemknęła mu myśl o Marinie — jak by to przyjęła, gdyby się dowiedziała? Ale szybko odgonił tę wątpliwość. Niczego się nie dowie. Po co robić dramat z niczego?

— „Oczywiście” — podniosła torebkę. — „Muszę iść.”

— „Swietka” — zatrzymał ją za rękę. — „Nie martw się. Wszystko jest pod kontrolą.”

Chciał ją przekonać, że postępują rozsądnie. Dorośli ludzie mają prawo do szczęścia, nawet jeśli jest ono tajemnicą.

Swietłana pocałowała go i wyszła. Wiktor został przy oknie, paląc papierosa. Ponowne spotkanie ze Swietłaną przywróciło mu smak życia. Wreszcie coś interesującego w tej przewidywalnej rutynie.

Mąż Swietłany, Igor, wrócił wcześniej niż zwykle. Jego żona przygotowywała kolację, nucąc pod nosem.

— „Ktoś tu ma dobry humor” — powiedział, odkładając teczkę.

— „Mam dobry humor.”

— „Widzę. Spotkałaś kogoś?”
 

W jego głosie zabrzmiało podejrzenie.

— „Co?” — odwróciła się.

„Nie panikuj” — pomyślała. „Odpowiadaj spokojnie.”

— „Zapytałem, czy kogoś widziałaś. Jakąś koleżankę?”

— „Tak, widziałam Lenkę” — powiedziała Swietłana, wracając do kuchenki.

— „Lenka jest w podróży służbowej” — Igor zmrużył oczy. — „Rozmawiałem z nią godzinę temu. Jest w Moskwie.”

Zimna fala strachu przebiegła jej po plecach. „Jak mogłam być tak głupia? Powinnam była pomyśleć, zanim skłamałam!”

— „Musiałam się pomylić…”

Powiedziała to zdezorientowana, nie potrafiąc wymyślić nic lepszego.

— „Pewnie tak” — wszedł do salonu. — „Nie będę jadł kolacji.”

Igor opuścił kolację, bo czuł, jak narasta w nim chłodne podejrzenie. Żona go okłamywała. A to znaczyło, że miała coś do ukrycia.

Rano Wiktor włożył marynarkę i powiedział do żony:

— „Marino, jadę na naradę.”

— „W sobotę?” — wyszła z kuchni.

— „Raport kwartalny, sama wiesz, jak jest.”

— „Wiem” — Marina skinęła głową. — „Czysta koszula jest w szafie.”

Z pokoju wyszła ich córka — wyprowadziła się kilka lat temu, ale często ich odwiedzała.

— „Tato, możesz mnie podwieźć do miasta?”

— „Nie dzisiaj, skarbie. Mam sprawy.”

— „Ty zawsze masz jakieś sprawy” — Nadia zrobiła nadąsaną minę. — „Mamo, a ty?”

„Rzeczywiście, on zawsze ma jakieś sprawy” — pomyślała Marina bez większej goryczy. „A ja, jak idiotka, ciągle rozumiem i wybaczam.”

— „Jedziemy” — Marina wzięła klucze. — „Po drodze wstąpimy do sklepu. Tata jest zajęty; raport kwartalny jest ważniejszy niż rodzina.”

— „Nie zaczynaj” — Wiktor pocałował żonę w policzek. — „Porozmawiamy wieczorem.”

Wieczorem chciał powiedzieć coś uspokajającego, kupić kwiaty. Zareagował ostro tylko dlatego, że Marina trafiła w sedno — praca naprawdę stała się jego wymówką.
 

Po pewnym czasie Swietłana siedziała w samochodzie, bębniąc palcami po kierownicy.

Igor zadawał coraz więcej pytań, sprawdzał jej słowa. To nie mogło trwać dalej.

— „Spóźniłeś się” — nie spojrzała na Wiktora.

— „Żona zadawała pytania.”

Nie chciał wypowiadać imienia Mariny — to uczyniłoby całą sprawę zbyt realną, zbyt osobistą.

— „I co jej powiedziałeś? Kolejne kłamstwo?”

— „Swietka, co się z tobą dzieje?”

Zaskoczyła go jej szorstkość. Zwykle była łagodniejsza, bardziej ugodowa.

— „Nie mogę już tak dłużej” — odwróciła się do niego. — „Igor coś podejrzewa.”

Panika rosła w niej coraz bardziej. Wkrótce wszystko się wyda, a potem co? Skandal, rozwód…

— „I co z tego? Niech podejrzewa!”

Wiktor przybrał pewną minę, ale sam czuł się nieswojo.

— „Tobie łatwo mówić!” — uderzyła w kierownicę. — „Wracasz do domu, a Marina się do ciebie uśmiecha! A ja widzę, jak Igor na mnie patrzy!”

Przypomniała sobie jego podejrzliwe spojrzenia, kontrolowanie, chłód.

— „Uspokój się” — Wiktor wziął ją za rękę. — „Wszystko się ułoży.”

— „Ułoży się? Chcę rozwodu! Słyszysz? Chcę złożyć pozew o rozwód!”

Swietłana powiedziała to, bo wiedziała — sekretne spotkania nie były już możliwe. A od dawna marzyła o wolności. Igor był nudnym i wymagającym mężem. Kontrolował każdy jej krok, krytykował przyjaciółki, decydował, jak powinna się ubierać. Przy Wiktorze przypomniała sobie, jak to jest czuć się pożądaną.

— „Oszalałaś? Po co?”
 

Wiktor się przestraszył — jeśli Swietłana zażąda rozwodu, będzie żądała tego samego od niego. A on nie chciał się rozwodzić. Lubił wszystko tak, jak było: stabilne małżeństwo z Mariną i namiętność ze Swietłaną.

— „Przez ciebie, idioto!” — Swietłana wyrwała rękę. — „Myślisz, że spotykam się z tobą tylko dla przyjemności?”

Powiedziała to, bo zrozumiała, że Wiktor traktuje ją jedynie jak przygodę. A zdrada męża była doskonałym pretekstem, by poprosić o rozwód, którego i tak pragnęła.

Następnego ranka, w niedzielę, zadzwonił telefon Mariny.

— „Halo?”

— „Marina Siergiejewna? Tu Swietłana, żona Igora Ziemcowa.”

— „Tak, słucham.”

„Ziemcow? Kto to jest? I skąd ma mój numer?”

— „Musimy porozmawiać. O naszych mężach.”

Marinę zaniepokoił formalny ton i sama propozycja. Dlaczego obca kobieta miałaby chcieć rozmawiać o mężach?

— „O czym dokładnie?” — Marina usiadła na kanapie.

— „O tym, że pani Wiktor sypia z cudzymi żonami. Na przykład ze mną.”

„To kłamstwo. To niemożliwe. Chociaż… a jeśli to prawda? Czego ona chce? Pieniędzy? A może zemsty?”

Telefon niemal wypadł jej z rąk. Swietłana mówiła jeszcze przez minutę, po czym Marina zakończyła rozmowę. W tym momencie do pokoju wszedł Wiktor.

— „Kto to był?”

Zachowywał się jak zwykle — spokojny, trochę zaspany.

— „Twoja kochanka” — powiedziała żona, podnosząc wzrok. — „Swietłana.”

Marina obserwowała go uważnie, badając jego reakcję. Chciała zobaczyć, czy to prawda, czy oszczerstwo.

— „Co za bzdury?”

Wiktor poczuł, jak wszystko się w nim wali. Przeklęta Swietka! Dlaczego? Co mogła z tego mieć? Gorączkowo szukał wyjścia — zaprzeczać, upierać się, że to czyjś głupi żart.

— „Wszystko mi opowiedziała. Trzy miesiące, Witia. Przez trzy miesiące kłamałeś mi prosto w twarz!”

— „Marino, posłuchaj…”

— „MILCZ!” — krzyknęła na męża.

Marina zareagowała tak gwałtownie, bo w głębi duszy zawsze wiedziała. Spóźnienia w pracy, nowe koszule, zmiana perfum. Po prostu nie chciała w to wierzyć.

— „Milcz, kiedy ja mówię! Trzydzieści lat małżeństwa! Przez trzydzieści lat wierzyłam w każde twoje słowo! A ty… zdradziłeś moje zaufanie!”
 

Marina mówiła urywanymi zdaniami, przechodząc od oskarżeń do wspomnień. Wiktor stał ze spuszczoną głową, rozumiejąc, że wymówki nie mają sensu. Marina sama nie wiedziała, co robić dalej. Rozwód? Ale jak żyć samej w wieku pięćdziesięciu lat?

— „Swietłana będzie tu za godzinę” — powiedziała w końcu Marina. — „Załatwimy to we czworo.”

Dwie godziny później rozległ się dzwonek do drzwi, a do mieszkania wszedł mężczyzna i przedstawił się:

— „Jestem Ziemcow” — jego twarz była nieruchoma, pięści zaciśnięte.

Marina od razu zrozumiała — to był mąż kochanki. Ten sam mężczyzna, którego żona zdradzała.

— „Gdzie jest ten drań?”

— „Igor, nie bijmy się” — Marina zagrodziła mu drogę. Wiedziała, kim jest: Swietłana nieraz opowiadała Wiktorowi o swoim mężu.

— „Nie bić się? Moja żona zdradza mnie od trzech miesięcy, a ja mam o tym spokojnie rozmawiać?”

— „Moja też” — odpowiedziała Marina.

Nie spodziewała się, że mąż kochanki pojawi się u niej w domu. To było absurdalne — oboje byli ofiarami.

Za plecami rozległ się głos:

— „A czego się spodziewałeś?” — Swietłana wyszła z kuchni. — „Że będę wiecznie znosić twoje chamstwo?”

Swietłana przyjechała godzinę wcześniej — przyszła wyjaśnić wszystko z Wiktorem i zażądać odpowiedzi.

— „Czyli zrobiłaś to z przekory, tak?” — Igor spojrzał na żonę zdezorientowany. Nie spodziewał się, że ją tam zastanie.

— „Z miłości, idioto! Kocham Witię od czasów studiów!”

— „Wspaniale!” — Wiktor pojawił się za Swietłaną i zaczął klaskać. — „Monolog solowy! Swietka, ty kompletnie straciłaś rozum?”

Marina stała z boku, patrząc na męża i jego kochankę. „Oto prawdziwa twarz mojego męża. Cyniczna, obojętna.”

— „To ty straciłeś rozum!” — Swietłana ruszyła w jego stronę. — „Myślałeś, że się zabawisz, a potem mnie wyrzucisz? Przez trzy miesiące przysięgałeś, że mnie kochasz! A teraz to moja wina?”

— „A o czym ty myślałaś? Że zostawię dla ciebie rodzinę?” — Wiktor mówił tak okrutnie, bo został zdemaskowany.

Igor słyszał każde słowo i myślał: „Więc dla niego moja żona też była tylko zabawką.”

Drzwi wejściowe otworzyły się i do mieszkania weszła ich córka Nadia z mężem Aleksiejem.

— „Mamo, co się dzieje? Dlaczego wszyscy krzyczą? Słychać was z klatki schodowej.”

— „Twój ojciec jest wielkim uwodzicielem” — Marina usiadła na kanapie.

Powiedziała to córce, bo nie mogła już milczeć i ukrywać prawdy.

— „Co? Tato, to prawda?” — Masza była zagubiona, przenosząc wzrok z matki na ojca. „Kim są ci dwoje w mieszkaniu mamy? I dlaczego wszyscy są tacy zdenerwowani?”

— „To nie twoja sprawa” — odpowiedział ojciec, odwracając wzrok od córki.

— „Jak to nie moja sprawa?” — Masza poczerwieniała, jakby to jej własny mąż ją zdradził. — „Zdradziłeś mamę!”

— „Nie dramatyzuj!” — Wiktor gorączkowo szukał wyjścia. Kochanka żądała rozwodu, jej mąż był gotów obić mu twarz, córka oskarżała go o zdradę. A Marina milczała — i to było najgorsze.

— „Wiktorze Nikołajewiczu” — Aleksiej objął żonę ramieniem. — „Czy ty w ogóle rozumiesz, co zrobiłeś?” — Podszedł bliżej, żeby wesprzeć Maszę — widział, jak bardzo była roztrzęsiona.

— „Chłopcze, zajmij się swoimi dziecinnymi sprawami!”

— „Dziecinnymi?” — Igor zrobił krok do przodu. — „Spałeś z moją żoną, a teraz pouczasz innych?”

Chciał znów uderzyć kochanka swojej żony, ale się powstrzymał — zrozumiał, że jego żona sama tego chciała.

— „A ty” — Wiktor wskazał na niego palcem — „najpierw naucz się trzymać swoją żonę w domu!”

— „DOŚĆ!” — Marina wstała.

Podjęła decyzję — nie mogła dłużej tolerować tego brudu w swoim domu.

— „Wystarczy! Swietłano, weź swojego… kochanka i wynoście się oboje!”

Powiedziała to przy wszystkich, bo miała dość kłamstw. Po co ukrywać coś, co i tak wszyscy już wiedzieli?

— „Nigdzie nie pójdę” — zaprotestował Wiktor.

Chwytał się ostatniej rzeczy, która mu została — prawa do domu.

— „To mój dom.”

— „Był twój. Teraz wyjdź.” — Chciała zakończyć to szybko — ta scena ją upokarzała.

— „Nie masz prawa!”

Drzwi wejściowe znów się otworzyły i weszła jego matka, Anna Iwanowna.

— „Witia…”

— „Mamo!” — Wiktor pobladł.

Bał się, bo jego matka dowiedziała się o jego romansie.

— „Co ty tu robisz?”

— „Marina zadzwoniła. Powiedziała: «Przyjdź zobaczyć wyczyny swojego syna». Wiem wszystko, Witia. Myślałeś, że ukryjesz to przed własną matką?”

— „Mamo, to nieporozumienie…”

— „Nieporozumienie, które trwa trzy miesiące?” — matka pokręciła głową. — „Nie tak cię wychowałam.”

Nadia patrzyła na ojca z odrazą. A Aleksiej myślał: „Jak można tak postąpić wobec własnej rodziny?”

— „Swietłano, zabieraj swoje rzeczy. Wracamy do domu” — oświadczył Igor.

Postanowił wyjść, bo wszystko było jasne — jego żona już go nie kochała.

— „Składam pozew o rozwód!” — oznajmiła Swietłana.

— „Składaj. Mam to gdzieś.” — Igor pomyślał: „Po dzisiejszym cyrku czuję nawet ulgę.” — „Wiktorze” — zwrócił się do kochanka. — „Jeśli jeszcze raz zobaczę cię przy mojej żonie, zabiję cię.”

— „Spróbuj, rogaczu!” — powiedział to ze złości i dla brawury — chciał pokazać, że wciąż jest ponad tym wszystkim.

Igor uniósł pięść, ale Aleksiej chwycił go za ramię.

— „Daj spokój. Nie jest tego wart.”

Swietłana podeszła do Wiktora.

— „Myślałam, że mnie kochasz.”

— „A ja myślałem, że jesteś mądra” — zakpił. — „Oboje się pomyliliśmy, ja też…”

Nie dokończył — Swietłana wymierzyła mu policzek.

Anna Iwanowna pomyślała: „I dobrze. Mój syn na to zasłużył.”

Swietłana odwróciła się i wyszła z pokoju. Igor ruszył za żoną.

Anna Iwanowna podeszła do syna.

— „Przepisałam mieszkanie twojej żonie aktem darowizny. Podjęłam tę decyzję rok temu. Więc pakuj walizki.”

Wiktor zamarł — nie zostało mu już nic. Pomyślał: „Gdzie będę mieszkać? Z czego?”

— „Mamo! Coś ty zrobiła!” — Bał się, bo rozumiał, że został bez dachu nad głową.

— „Mogłam to zrobić i zrobiłam. Marina znosiła twój charakter przez trzydzieści lat. Wystarczy.”

Anna Iwanowna jako pierwsza wyszła z mieszkania, potem Nadia z mężem. Marina zwróciła się do męża:

— „Wrócę jutro w porze obiadu i chcę, żeby cię już tu nie było. Weź, co możesz; reszta trafi do śmieci. Zrozumiałeś?”

Zwracała się do mężczyzny, którego może już tego ranka nie kochała, ale którego jeszcze szanowała — a teraz ten szacunek całkowicie zniknął.

Marina wyszła i zamknęła za sobą drzwi.

Wiktor został sam w salonie. Na podłodze leżał rozbity wazon — Swietłana przewróciła go, wychodząc. Schylił się, żeby zebrać odłamki, i skaleczył się w palec. Krew kapnęła na dywan. W tej chwili poczuł się całkowicie pusty i wściekły na samego siebie.

— „Oto miłość” — zakpił.

Mówił jednocześnie o Marinie i Swietłanie — obie się od niego odwróciły.

Zadzwonił telefon. Nieznany numer. Wiktor nie odebrał, ale dzwoniący wciąż ponawiał połączenie. W końcu odebrał.

— „Wiktor Nikołajewicz? Tu Andrzej, syn Swietłany. Jestem na przepustce. Mama powiedziała mi, kim pan jest.”

Wiktor pomyślał: „Jeszcze jeden problem — mściciel.”

— „Chcę ci tylko powiedzieć, że cię znajdę.”

Połączenie się urwało. Wiktora ogarnęła panika — teraz groziła mu fizyczna zemsta.

Usiadł na podłodze pośród odłamków. Mieszkanie nie należało do niego. Rodzina się od niego odwróciła. Kochanka okazała się idiotką. A teraz nawet syn Swietłany groził zemstą.

— „Sam siebie ograłeś” — pokręcił głową. — „Dobra robota, cwaniaku.”

Spojrzał przez okno. Zapadał wieczór — pora, o której zwykle cała rodzina zbierała się przy kolacji.