„Oszalałeś? Chcesz, żebym zapłaciła za przyjęcie, na które nawet nie zostałam zaproszona?” — wybuchnęła kobieta.

Liubow sprawdzała powiadomienia w aplikacji bankowej, czekając na autobus. Jej pensja kierowniczki sprzedaży w dużej firmie informatycznej pozwalała im prowadzić wygodne życie: osiemdziesiąt tysięcy miesięcznie plus premie. Igor pracował jako mechanik w fabryce, zarabiał około trzydziestu tysięcy i nie robił zbyt wiele, żeby znaleźć coś lepszego. Przyzwyczaił się, że to żona utrzymuje rodzinę.

W domu Luba zastała męża na kanapie z telefonem w ręku. Obok leżały puste paczki po chipsach i butelka piwa.

— Lubka, cześć! — Igor nawet nie oderwał wzroku od ekranu. — Słuchaj, mama dzwoniła. Mówi, że potrzebują gwoździ i farby na daczę. Możesz mi dać trzy tysiące?

Liubow znużonym ruchem zdjęła kurtkę. Znowu prośba o pieniądze. Ostatnio takie rozmowy zdarzały się niemal codziennie.

— Po co im farba?

— Będą malować płot. Cały się łuszczy.

— A dlaczego ja mam za to płacić?

Igor w końcu oderwał wzrok od telefonu i spojrzał na żonę z zakłopotaniem.

— Jak to dlaczego? Jesteśmy rodziną. Moi rodzice proszą o pomoc.

— Twoi rodzice — poprawiła go Lubow. — I oni też mają emeryturę.

— Oj, daj spokój, co to za emerytura! — mąż machnął ręką. — Grosze. A ty dobrze zarabiasz — trzy tysiące to dla ciebie nic!

Luba weszła do kuchni, nie odpowiadając. Trzy tysiące dzisiaj, pięć wczoraj, dziesięć w zeszłym tygodniu. W skali miesiąca robiła się z tego całkiem ładna suma. A przecież Tamara Wiktorowna i Aleksandr Pietrowicz dostawali po dwadzieścia tysięcy emerytury. Do tego Aleksandr Pietrowicz brał nocne dyżury jako stróż.

— Luban! — dobiegł głos z pokoju. — Dasz mi te pieniądze czy nie?

— Dobrze — westchnęła Luba. — Ale uprzedzam cię po raz ostatni: przestań traktować mnie jak bankomat.

Igor roześmiał się.

— No już! Nie bądź skąpa. To, co nasze, jest nasze.

Ale tak naprawdę nie było żadnego „nasze”. Lubow płaciła za mieszkanie, kupowała jedzenie, opłacała internet i rachunki. Igor wydawał swoją pensję na piwo, papierosy i rozrywki. A jego rodzina przyzwyczaiła się, że synowa zawsze pomaga.
 

W pracy jej koleżanka Marina zauważyła jej zły nastrój.

— Lubasza, czemu masz taką minę?

— Jestem już po prostu tym wszystkim zmęczona — przyznała Lubow. — Mam wrażenie, że jestem dojną krową.

— Co masz na myśli?

— Igor i jego rodzice tylko proszą o pieniądze. Na daczę, na lekarstwa, na coś jeszcze. A w międzyczasie sami pozwalają sobie na małe przyjemności: chodzą do kawiarni, kupują nowe ubrania.

— A nie możesz powiedzieć „nie”?

— Próbowałam. Potem są obrazy i łzy. Mówią, że jestem skąpa, bez serca. Że nie szanuję rodziny.

— Luba, oni cię wykorzystują! — oburzyła się Marina. — To dorośli ludzie, mogą sobie radzić sami.

— Wiem — skinęła głową Lubow. — Ale co mam zrobić? Głupio mi całkowicie odmawiać.

— Dlaczego głupio? To twoje ciężko zarobione pieniądze!

W drodze do domu Lubow wracała myślami do słów przyjaciółki. Naprawdę, kiedy to się zaczęło? Na początku prosili czasem, o ważne rzeczy. A teraz nawet już nie prosili — żądali, jakby im się należało.

W domu Igor przywitał żonę z zadowoloną miną.

— Lubka, rodzice ci dziękują! Kupili farbę i gwoździe. A przy okazji wzięli też szaszłyk na kolację.

— Szaszłyk?

— Tak, skoro już byli w sklepie, postanowili kupić też mięso. Święto się zbliża.

Lubow zamknęła oczy. Trzy tysiące na gwoździe i farbę zamieniły się w prawdziwy nalot na sklep. A jutro na pewno pojawi się nowa prośba: na sałatki do szaszłyka albo na alkohol.
 

Dwa dni później zadzwoniła sama Tamara Wiktorowna.

— Luboczka, kochana! Jak się masz?

— Dobrze, dziękuję.

— Posłuchaj, nie miałabyś przypadkiem pięciu tysięcy? Aleksandr Pietrowicz zapisał się do lekarza i musi zrobić badania.

— Jakie badania kosztują pięć tysięcy?

— No, pełny przegląd. W dobrej klinice. Prywatna klinika jest lepsza, wiesz. W państwowej przychodni są kolejki, a lekarze są nieprzyjemni.

Lubow pomyślała o własnym grafiku. Ona sama od pół roku odkładała wizytę u dentysty — nie było czasu i było za drogo. A jej teść postanowił zrobić sobie pełny przegląd na jej koszt.

— Nie może pójść do przychodni w ramach ubezpieczenia?

— Oj, tam wszystko robią byle jak, jeśli jest za darmo! — zaprotestowała teściowa. — My jesteśmy przyzwyczajeni do dobrej medycyny.

„Przyzwyczajeni do dobrej medycyny na mój koszt” — pomyślała Lubow, ale na głos powiedziała:

— Dobrze, przeleję.

— Dziękuję, moja droga! Jesteś dla nas taka dobra!

Po rozmowie Lubow usiadła w kuchni z filiżanką kawy. Liczby krążyły jej po głowie. W ciągu ostatnich trzech miesięcy rodzina jej męża „pożyczyła” od niej ponad trzydzieści tysięcy. Na daczę, lekarstwa, prezenty, naprawę samochodu. Nikt nawet nie zasugerował, że odda pieniądze.

A Luba miała własne plany. Chciała odwiedzić matkę podczas urlopu, ale odłożyła wyjazd — brakowało pieniędzy. Planowała kupić nowy laptop, ale musiała wydać pieniądze na teścia.

W następnym tygodniu wydarzyło się coś, co przelało czarę goryczy.

Lubow była w pracy i sprawdzała raporty sprzedaży. To był trudny dzień: wymagający klient, pilne zadania, wyścig z czasem, żeby domknąć wyniki kwartału. W takich chwilach szczególnie chciała wrócić do domu, do spokoju i wygody.

Luba otworzyła aplikację bankową.

„Transakcja kartą: pobrano 55 000 rubli. Miejsce: restauracja Golden Palace.”

Liubow wpatrywała się w ekran, nie wierząc własnym oczom. Pięćdziesiąt pięć tysięcy? W restauracji? Kto mógł wydać tyle pieniędzy?
 

Serce ścisnęło jej się nieprzyjemnie. Pierwsza myśl: zdrada. Igor je kolację z kochanką w drogiej restauracji za jej pieniądze. Ręce drżały jej, gdy wybierała numer męża.

— Halo — odpowiedział Igor niechętnie.

— Gdzie jesteś? — Głos Luby był napięty.

— W domu. A co?

— Igor, powiedz mi szczerze — gdzie byłeś dzisiaj?

— W domu! Od rana nie wychodziłem. Lub, o co chodzi?

Liubow wypuściła powietrze. A więc to nie była zdrada. W takim razie kto?

— Z mojej karty pobrano pięćdziesiąt pięć tysięcy w restauracji Golden Palace.

— Aaa — przeciągnął Igor. — Tak, to byliśmy my. Ja i moi rodzice jedliśmy tam kolację.

— Jak to jedliście kolację? — Głos Liubow przeszedł w pisk.

— No… mama miała urodziny. Wczoraj. Postanowiliśmy pójść do restauracji.

— Igor, a dlaczego ja nie zostałam zaproszona?

— No, pracowałaś. Mama powiedziała, że nie trzeba ci przeszkadzać.

Liubow poczuła, jak krew pulsuje jej w skroniach. Wydali jej pieniądze na rodzinne święto, nawet jej nie zapraszając. Była dla nich tylko bankomatem, niczym więcej.

— Igor, nigdzie nie wychodź.

— Co się stało?

— Musimy porozmawiać.

Ostatnie dwie godziny pracy ciągnęły się nieznośnie. Liubow nie mogła się skupić; jej myśli odbijały się między bólem a gniewem. Jak mogli jej to zrobić? Wydać taką sumę, nawet jej nie uprzedzając?
 

W domu Igor czekał z winną miną. Ale nie aż tak winną — raczej jak dziecko przyłapane na drobnym wybryku.

— Lubka, nie złość się. Nie chcieliśmy nic złego.

— Nie chcieliście? — wykrzyknęła Lubow, zatrzaskując drzwi. — Pięćdziesiąt pięć tysięcy rubli! Moje pieniądze! Wyrzucone na imprezę, na którą nawet mnie nie zaproszono!

— No, mama powiedziała, że jesteś zmęczona po pracy…

— „Mama powiedziała”! — przedrzeźniła go Liubow. — A ty nie mogłeś zapytać? Uprzedzić mnie?

Igor wzruszył ramionami.

— Pomyślałem, że nie będziesz miała nic przeciwko. Jesteśmy rodziną.

— Rodziną? — Głos Liubow drżał z oburzenia. — Jaką rodziną? Nawet mnie nie zaprosiliście!

— Oj, nie rób scen. To była zwykła rodzinna kolacja, jak każda inna.

— Za pięćdziesiąt pięć tysięcy rubli?

— No… mama zamówiła dobre wino. I wybrała drogie dania. Powiedziała, że rzadko chodzi się do takich miejsc.

Luba opadła na krzesło, czując bezsilność. Igor mówił tak lekko, jakby chodziło o kupienie bochenka chleba.

— Igor, rozumiesz, że wydałeś połowę mojej pensji?

— Wiem. Ale co teraz? Pieniądze już wydane.

— A nie mogłeś mnie wcześniej zapytać?

— Mogłem, tak. Ale i tak byś się zgodziła.

Liubow gwałtownie podniosła się z krzesła.

— Oszalałeś? Każesz mi płacić za imprezę, na którą nawet mnie nie zaproszono?

Słowa wyrwały się same, pełne bólu i nagromadzonego upokorzenia. To była kropla, która przelała czarę.

Igor zmarszczył brwi.

— Dlaczego krzyczysz? Mama zaproponowała spotkanie — nie mogłem odmówić. Byłoby niezręcznie.

— Było ci niezręcznie odmówić matce, ale nie jest ci niezręcznie stawiać mnie w takiej sytuacji?

— Luba, wiesz… rodzina to świętość. Mama rzadko prosi.

— Rzadko? — parsknęła Lubow. — Twoja matka prosi o coś co tydzień!

— Nie przesadzaj.

— Nie przesadzam! Trzy tysiące na daczę, pięć na lekarza, dziesięć na samochód. A teraz pięćdziesiąt pięć na restaurację!

Igor odwrócił wzrok.

— No i co? Masz pieniądze.

— To ja je mam! — wybuchła Liubow. — To moje pieniądze, ja je zarabiam! A ty wydajesz je tak, jakby były twoje!

— Jesteśmy mężem i żoną. To, co nasze, jest wspólne.

— Wspólne? A gdzie jest twoja część tego „wspólnego”? Ty wydajesz swoją pensję na piwo i karmisz swoją rodzinę moimi pieniędzmi!

— Luboczka, dlaczego tak się denerwujesz? Po prostu trochę wydaliśmy.

— Trochę? — Głos Lubow się załamał. — Pięćdziesiąt pięć tysięcy to „trochę”?

— No, dla ciebie tak. Dobrze zarabiasz.
 

Te słowa uderzyły ją jak policzek. Dla niego jej pieniądze naprawdę nic nie znaczyły. Były po prostu niewyczerpanym źródłem, z którego można było czerpać bez końca.

— Wiesz co, Igor — Lubow nagle poczuła dziwny spokój. — Skoro pięćdziesiąt pięć tysięcy to dla ciebie drobne, to od teraz żyj wyłącznie ze swojej pensji.

— Co masz na myśli?

— Mam na myśli to, że nie będziesz już miał dostępu do moich pieniędzy.

Igor zamrugał, zdezorientowany.

— O czym ty mówisz?

— Jutro zablokuję wszystkie karty, do których masz dostęp. Będziesz wydawał tylko własne pieniądze.

— Lubania, nie mówisz poważnie.

— Nigdy nie mówiłam poważniej.

Tej samej nocy Lubow usiadła przed laptopem. Weszła do bankowości internetowej, odłączyła wszystkie karty od telefonu męża, zmieniła kody PIN i ustawiła limity. Zajęło jej to trzydzieści minut, a z każdym kliknięciem czuła się lżejsza.

Rano Igor obudził się w bardzo złym nastroju.

— Luba, wczoraj przesadziłem. Zapomnijmy o tym.

— Nie, Igor. Decyzja została podjęta.

— Ale jak ja mam żyć?

— Ze swojej pensji. Jak miliony innych ludzi.

— A jeśli zdarzy się coś pilnego?

— Pożycz od znajomych. Albo idź do banku po kredyt.

Igor wyglądał na zagubionego. Po raz pierwszy od lat małżeństwa miał sam układać własny budżet.

Dwa dni później zadzwoniła Tamara Wiktorowna.

— Luboczka, o czym mówi Igor? Zablokowałaś karty?

— Dzień dobry, Tamaro Wiktorowno. Uznałam, że każdy powinien wydawać swoje własne pieniądze.

— Jak to „swoje własne”? Przecież jesteście rodziną!

— Rodziną, która wydaje pięćdziesiąt pięć tysięcy w restauracji, nie zapraszając mnie.

— Daj spokój! To było święto, mieliśmy dobry nastrój. Myśleliśmy, że pracujesz.

— Tamaro Wiktorowno, gdybyście wydali własne pieniądze, nic bym nie powiedziała. Ale wydawanie moich bez pytania to brak szacunku.

— Luboczka, jak możesz! Jesteśmy rodziną!

— Rodzina pyta o zgodę, zanim wyda cudze pieniądze.

— Dlaczego zachowujesz się jak obca! Jaka ty się zrobiłaś okrutna!

Luba rozłączyła się. „Okrutna” — bo nie chciała być bankomatem. Jakie to wygodne.

Aleksandr Pietrowicz też nie kazał długo na siebie czekać. Przyszedł wieczorem, kiedy Igora nie było w domu.

— Lubow, musimy porozmawiać.

— Słucham, Aleksandrze Pietrowiczu.

— Co ty zrobiłaś mojemu synowi? On nie jest sobą.

— Nic mu nie zrobiłam. Po prostu ograniczyłam dostęp do moich pieniędzy.

— Jak to ograniczyłaś? To twój mąż!

— Bycie mężem nie oznacza bycia właścicielem mojego konta.

— Co się z tobą dzieje? Zrobiłaś się taka skąpa!

— Aleksandrze Pietrowiczu, dostaje pan dwadzieścia tysięcy emerytury i dwadzieścia tysięcy za nocne dyżury. Czterdzieści tysięcy na dwoje to całkiem przyzwoita suma.

— Przyzwoita? To grosze!

— W takim razie proszę znaleźć dodatkowe źródło dochodu. Nie żyć na mój koszt.

Teść poczerwieniał z oburzenia.

— Na twój koszt? Przyjęliśmy cię do rodziny!

— Przyjęliście mnie po to, żebym was utrzymywała?

— Jak śmiesz!

— Śmiem. To mój dom i mam prawo mówić to, co myślę.

Aleksandr Pietrowicz wyszedł, trzaskając drzwiami. A Lubow poczuła przypływ siły. Po raz pierwszy od lat małżeństwa odważyła się powiedzieć im prawdę prosto w twarz.

Igor zaczął wracać coraz później. Jego pensja wystarczała tylko na najważniejsze rzeczy, a on nie był przyzwyczajony do odmawiania sobie rozrywek. Jego nastrój pogarszał się z dnia na dzień.

— Lubka, długo to jeszcze potrwa? — narzekał Igor. — Oddaj mi karty.

— Nie.

— Ale dlaczego? Zrozumiałem, że się myliłem!

— Nie, Igor, nie zrozumiałeś. Jesteś po prostu zły, bo bankomat się zepsuł.

— Dlaczego jesteś taka bezduszna! Jesteśmy rodziną!

— Rodzina pyta o zdanie, a nie stawia przed faktem dokonanym.

— Dobrze, pomyliłem się! Więcej tego nie zrobię!

— Nie wierzę ci. Ile razy już to obiecywałeś?

Kłótnie stawały się coraz częstsze. Igor był zirytowany, że musi oszczędzać, a Lubow czuła coś zupełnie przeciwnego — ulgę. Wreszcie jej pieniądze służyły jej własnym potrzebom.

Umówiła się do dentysty, kupiła sobie nową sukienkę, odłożyła pieniądze na wyjazd do matki. Rzeczy, na które wcześniej nie mogła sobie pozwolić przez ciągłe „pożyczki” dla rodziny męża.

Miesiąc później Igor pękł. Wrócił do domu agresywny, po piwie, i urządził scenę.

— Lubow! Dość tego! Albo oddajesz mi karty, albo odchodzę!

— Dokąd pójdziesz? — spytała spokojnie żona.

— Do rodziców! Oni mnie zrozumieją!

— Wyrozumiali rodzice — parsknęła Luba. — Ci, których też trzeba utrzymywać. Nie jesteś im potrzebny z pustymi rękami.

— Zamknij się! — krzyknął Igor. — Mam cię dość! Chciwa, zła!

— Igor, jeśli ci się nie podoba, drzwi nie są zamknięte na klucz.

— Myślisz, że nie odejdę?

— Myślę, że bez moich pieniędzy nie jesteś nikomu potrzebny. Nawet swoim rodzicom.

Mąż poczerwieniał ze złości.

— Dość! Ostatnie ostrzeżenie: albo karty, albo rozwód!

Lubow w milczeniu podeszła do drzwi wejściowych i otworzyła je szeroko.

— Uważaj na klamkę, wychodząc.

Igor patrzył na żonę w szoku. Najwyraźniej spodziewał się, że przestraszy się groźby rozwodu.

— Ty… mówisz serio?

— Bardziej niż kiedykolwiek. Idź.

— Ale ja nie jestem gotowy…

— A ja tak. Jestem gotowa od dawna.

Igor powoli ruszył w stronę drzwi, wciąż mając nadzieję, że zmieni zdanie. Ale Luba stała niewzruszona.

— Luban, przemyśl to…

— Już przemyślałam. Przez pięć lat. Wystarczy. Nikt więcej nie będzie żył na mój koszt, nazywając to miłością.

Mąż wyszedł, a Lubow zamknęła drzwi na wszystkie zamki. W mieszkaniu zapadła cisza. Długo wyczekiwana, uzdrawiająca cisza.

Poszła do kuchni i zaparzyła herbatę. Po raz pierwszy od lat nie musiała liczyć, ile wydała, komu dała pieniądze, o co poproszą ją jutro.

Telefon milczał — żadnych telefonów od teściowej z prośbami, żadnych żądań ze strony męża. Tylko spokój.

Za oknem padał deszcz, a w jej duszy po raz pierwszy od dawna świeciło słońce. Jutro zacznie się nowe życie — uczciwe, sprawiedliwe i wolne od tych, którzy widzieli w niej jedynie źródło dochodu.