Nazywam się Walentina Pawłowna Czernyszewa. Mam pięćdziesiąt lat i pracuję jako główna księgowa w dużej firmie budowlanej. Mieszkam w domu, który należy do mnie i który odziedziczyłam po rodzicach. Trzy lata temu wprowadziła się do mnie moja teściowa, Ludmiła Fiodorowna. Mój mąż, Giennadij, jest człowiekiem łagodnym i nie potrafił przeciwstawić się matce. Na początku znosiłam jej ciągłe próby wydawania mi poleceń, ale w końcu udało nam się zawrzeć kruchy rozejm.
Od miesiąca byłam w podróży służbowej w Moskwie. Mąż nieustannie zapewniał mnie, że w domu wszystko jest spokojnie. Wróciłam rozpromieniona sukcesem: wygraliśmy ważny przetarg. Kiedy wracałam taksówką do domu, marzyłam tylko o gorącej kąpieli. Ale gdy tylko przekroczyłam próg, usłyszałam głos teściowej, która łagodnie mówiła do kogoś:
— A tutaj, jak państwo widzą, sufity są bardzo wysokie…
Zamarłam na progu salonu: moja teściowa oprowadzała po moim domu agenta nieruchomości.
— No proszę, oto sama właścicielka — oznajmiła radośnie Ludmiła Fiodorowna.
— Co tu się dzieje? — zapytałam.
— Zamknij się i pilnuj swoich spraw, ty podła… — wyrzuciła z siebie. — Mój syn zdecydował, że ją sprzeda, a twoje zdanie nie ma żadnego znaczenia.
Przez chwilę miałam wrażenie, że ziemia usuwa mi się spod nóg. Ale spokojnie wyjęłam telefon.
— Zaraz zadzwonię do mojego znajomego, starszego porucznika Kowalewa — powiedziałam. — Wyjaśnię, że do mojego domu weszli obcy ludzie z zamiarem popełnienia oszustwa.
Agent nieruchomości pobladł i pospiesznie uciekł.
— Walka, co ty wyprawiasz?! — wrzasnęła moja teściowa. — Giennadij już wszystko zdecydował! Sprzedamy dom, kupimy trzypokojowe mieszkanie, a za różnicę Giena będzie mógł zmienić samochód.
Wtedy zrozumiałam, że to nie była jej pierwsza próba. Zadzwoniłam do sąsiadki i dowiedziałam się, że w ostatnich tygodniach agenci nieruchomości przychodzili „co najmniej pięć razy, może więcej”. W sejfie znalazłam teczkę z dokumentami domu, a w środku fałszywą umowę przedwstępną sprzedaży z podrobionymi podpisami — moim i mojego męża. Zrozumiałam, że teściowa zdobyła próbki naszych podpisów z firmy ubezpieczeniowej, gdzie rok wcześniej składała dokumenty.
Zadzwoniłam do Giennadija do pracy i zażądałam, żeby natychmiast wrócił do domu, grożąc, że pójdę na policję. Czekając na niego, poszłam porozmawiać z sąsiadami i odkryłam coś znacznie gorszego: moja teściowa opowiadała wszystkim, że jestem niestabilna psychicznie, że cierpię z powodu stresu w pracy i że dom jest sprzedawany, aby sfinansować moje kosztowne leczenie. Przygotowywała grunt, żeby zrobić ze mnie wariatkę.
Kiedy Giennadij przyjechał, przedstawiłam mu wszystkie fakty. Był przerażony. Potwierdził, że podpis na umowie nie jest jego. Ale Ludmiła Fiodorowna nie przestawała krzyczeć, że to ja wszystko zorganizowałam. Nagle jednak wyrwało jej się coś dziwnego:
— Miałam swoje powody, żeby to wszystko zrobić.
Następnego dnia, po konsultacji z prawnikiem, dowiedziałam się od sąsiadki, że do mojej teściowej przyjechał zdenerwowany mężczyzna w drogim samochodzie. Tego wieczoru, gdy próbowałam porozmawiać z Ludmiłą Fiodorowną, rozległ się dzwonek do drzwi. Na progu stał mężczyzna o drapieżnej twarzy.
— Boris Igoriewicz Samochin — przedstawił się. — Ludmiła Fiodorowna jest mi winna pięćset tysięcy rubli. Potrzebuję tych pieniędzy do końca tygodnia.
Pokazał pokwitowanie długu. Według niego moja teściowa pożyczyła pieniądze na leczenie syna chorego na raka. Od razu zrozumiałam, że to kłamstwo.
— Na co wydałaś te pieniądze? — zapytałam.
— Na Kostię — wypluła w końcu. — Na mojego młodszego syna. Z pierwszego małżeństwa.
W ten sposób dowiedziałam się, że mój mąż ma przyrodniego brata, o którym nigdy nie słyszał. Samochin przysłuchiwał się naszej rozmowie, po czym wyjął z teczki kopertę. W środku znajdował się akt własności domu, wystawiony na nazwisko Ludmiły Fiodorowny zaledwie tydzień wcześniej.
— To fałszerstwo! — krzyknęłam.
Pobiegłam do sejfu i stwierdziłam, że oryginalny akt własności zniknął. Została tylko kopia.
— Podpisałam akt darowizny — powiedziała spokojnie moja teściowa.
W tym momencie wrócił Giennadij. Opowiedziałam mu wszystko w kilku krótkich zdaniach. Był oszołomiony.
— Mamo, ja mam brata?
— Tak. Kostię. Ma trzydzieści siedem lat.
— Dlaczego nigdy mi o nim nie powiedziałaś?
Samochin im przerwał.
— Macie trzy dni, żeby to załatwić.
Mój prawnik i ja odkryliśmy, że syn mojej teściowej, Konstantin Bielkin, naprawdę istnieje. Mieszkał w Nowosybirsku, pracował jako nauczyciel i trzy miesiące wcześniej skradziono mu paszport. Stało się jasne, że oszuści wykorzystali jego dokumenty. Ale w tym momencie dom został już przepisany na podstawie fałszywego aktu darowizny.
Tego wieczoru spadł na nas kolejny cios. Na podwórzu pojawił się inny agent nieruchomości, Pietrow.
— Ludmiła Fiodorowna podpisała z nami umowę sprzedaży domu — powiedział. — Jutro przyprowadzam kupców. Zaliczka w wysokości pół miliona została już wpłacona.
Giennadij znów pobiegł do domu, ale jego matka zniknęła, zabierając wszystkie swoje rzeczy.
Następny dzień przypominał oblężenie. Pietrow przyjechał z kupcami. Potem pojawili się komornicy wysłani przez Samochina, wymachując umową pożyczki zabezpieczonej hipoteką na domu. W samym środku tego szaleństwa na progu pojawiła się sama Ludmiła Fiodorowna — blada, rozczochrana, z pustą torbą.
— Pojechałam do Kostii — wyszeptała. — Do Soczi.
Opowiedziała nam, że kiedy dotarła pod adres podany przez Samochina, znalazła tam zupełnie obcego człowieka — kolejnego uczestnika oszustwa — który wypytywał ją o pieniądze z przyszłej sprzedaży domu. Wtedy zrozumiała, że została oszukana. Nigdy nie otrzymała żadnej zaliczki w wysokości pół miliona. Notariusz Pietrow również był częścią tej zmowy.
Ale najgorsze dopiero miało nadejść. Zapytałam ją, dlaczego tak łatwo zaufała oszustom.
— Przez Kławdię — powiedziała cicho. — Pierwszą żonę…
— Mamo, ja nigdy nie miałem pierwszej żony! — zawołał Giennadij.
— To była żona Konstantina — wyszeptała moja teściowa. — Piętnaście lat temu. Zaczęła cierpieć na poważne problemy psychiczne i potrzebowała kosztownego leczenia. Kostia odmówił zapłaty. Powiedział, że lepiej będzie się rozwieść. A ja… ja go poparłam. Ona… ona popełniła samobójstwo. Kostia obwinił mnie za to i odszedł. Powiedział, że nie ma już matki.
Dlatego gdy pojawił się oszust podający się za jej syna i poprosił ją o pomoc, uwierzyła mu — bo chciała odkupić swoją winę.
W końcu wszystko stało się jasne. Profesjonalni oszuści wykorzystali jej dawną traumę. Poszliśmy do sądu. Mój prawnik udowodnił oszustwo, a dom został mi zwrócony. Przestępców nigdy nie odnaleziono.
Po procesie prawdziwy Konstantin zadzwonił do nas z Nowosybirska. Przyjechał osobiście. Spotkanie matki i syna było niezwykle trudne, pełne łez i gorzkich wyrzutów. Ostatecznie zabrał Ludmiłę Fiodorownę ze sobą.
Ale moje małżeństwo z Giennadijem tego nie przetrwało. Przytłaczało go poczucie winy za to, co zrobiła jego rodzina.
— Czuję się w tym domu jak obcy — powiedział mi rok później. — Straciliśmy zaufanie. Zasługujesz na mężczyznę, który potrafi cię ochronić. Ja nie byłem takim mężczyzną.
Rozwiedliśmy się. Od tamtej pory minęły dwa lata. Teraz mieszkam sama w swoim domu. Giennadij jest szczęśliwy w nowym małżeństwie. Obroniłam swój dom. Cena była wysoka — straciłam rodzinę. Ale niektóre zwycięstwa są warte każdej ofiary.