Jesienny wiatr, zimny i bezlitosny, świszczał między marmurowymi aniołami i prostymi drewnianymi krzyżami, zrywając ostatnie zwiędłe liście z samotnego klonu rosnącego przy cmentarnym ogrodzeniu. Targał włosami Lwa, który zdawał się wrosnąć w wilgotną ziemię obok świeżego mogilnego kopca. Jego ramiona, zwykle tak proste i szerokie, teraz były przygarbione pod niewidzialnym ciężarem niewypowiedzianego żalu. Łez nie trzeba było zachęcać — przyszły same, ciche i gorzkie, zostawiając słone ślady na jego źle ogolonych policzkach, które wiatr natychmiast osuszał, paląc skórę lodowatym chłodem.
Wieśniacy, którzy oddali Annie Stiepanownie ostatni hołd, już odeszli, spiesząc rozkopaną drogą. Ich przytłumione słowa kondolencji ucichły, zostawiając Lwa samego z mocnym, ogłuszającym echem straty. Świat skurczył się do rozmiaru grobu, do zapachu zimnej gliny i zwiędłych chryzantem.
Lekki, lecz stanowczy uścisk na ramieniu nagle wyrwał go z odrętwienia. Sucha dłoń, spracowana przez tysiące trudów, zacisnęła się wokół jego nadgarstka z ciepłą, niemal ojcowską siłą.
— Chodź, Lowuszka, chodź, mój drogi. Czy będziesz tu stał, czy nie, twojej Annuszki już nie sprowadzimy z powrotem. Przecież przeżyła swoje życie — osiemdziesiąt siedem lat. Pełne osiemdziesiąt siedem. A ja, popatrz — jeszcze rok i będę w tym samym wieku. Nie dane mi wiedzieć, ile czasu Pan zostawił mi jeszcze na tej Matce Ziemi.
Lew powoli uniósł głowę. Przed nim stał dziadek Jefim, jego stary przyjaciel i mentor. Głębokie zmarszczki na twarzy starca przypominały mapę jego długiego i trudnego życia, lecz oczy, niczym dwa żarzące się węgle, świeciły spokojnym i niezachwianym światłem mądrości oraz współczucia. Lew słabo skinął głową i, z ramionami przygarbionymi w poddaniu, ruszył obok niego, dostosowując swój krok do powolnego kroku starca.
Szli w milczeniu, a ich buty chlupały w jesiennym błocie. Starzec odezwał się pierwszy, a jego głos, zachrypnięty od lat, brzmiał jak jedyna nić łącząca Lwa z rzeczywistością.
— Zbliżasz się do czterdziestki, Lowuszka, a wciąż jesteś sam. To nie jest normalne. Wielki nieporządek. Pochowałeś matkę, swoją podporę; teraz trzeba znaleźć gospodynię do domu. Twoi rówieśnicy dawno założyli rodziny — ich dzieci są już na studiach. A ty? Jesteś dobrym człowiekiem, Lew, o wielkim sercu. Skromnym. Ale skromność, bracie, w takich sprawach w niczym nie pomaga. Trzeba być odważniejszym. Życie mija, ono nie czeka.
— Wiem, dziadku Jefimie, wiem… — Głos Lwa zabrzmiał chrapliwie i niezwykle nisko. — Sam już poważnie o tym myślałem, jeszcze za życia mamy. Ona też mnie ponaglała, mówiła, żebym nie zwlekał. Pomyślę o tym — odpowiedział, lecz jego słowa były puste, bez wiary.
Lew, najmłodszy i ostatni syn Anny Stiepanowny, przeżył śmierć matki nie tylko jako ciężki cios — była to dla niego prawdziwa katastrofa egzystencjalna. Jego dwaj starsi bracia, podpory i towarzysze, odeszli już wcześniej: jeden zginął na wojnie, drugi tragicznie zmarł w wypadku samochodowym. Wielki, solidny dom, który własnymi rękami zbudował z miłością, zmienił się z przytulnego gniazda w opustoszałe, dudniące miejsce, gdzie każdy skrzyp podłogi mroził mu serce. Do tego dnia jego życie było uporządkowane i przewidywalne: matka zawsze czekała na jego powrót z pracy; w domu pachniało świeżym ciastem; wypucowane podłogi lśniły, a na piecu zawsze czekała gorąca kolacja. Odeszła cicho, jak świeca: położyła się na drzemkę po obiedzie i już się nie obudziła. Teraz wracał do pustki. Do ciszy. Do chłodu.
Żył z matką w niezwykłej harmonii i wzajemnym zrozumieniu. Ona oczywiście stale dawała mu do zrozumienia — a czasem mówiła wprost — że nadszedł czas, by wziął sobie żonę, ale Lew nigdy nie potrafił się zdecydować. Nie był ani ascetą, ani wrogiem kobiet — miał w swoim życiu kobiety, krótkie romanse, przypadkowe spotkania. Ale nigdy nie prowadziło to do poważnej decyzji, do małżeństwa, choć wiele z tych kobiet potajemnie na to liczyło. Kobiety lubiły Lwa: spokojny, solidny, ze złotymi rękami; nie pił, nie palił, wzorowo prowadził dom. Prawdziwa opoka — rzadkość w dzisiejszych czasach.
Każda wieś ma swoich samotnych mężczyzn. Każdy niesie własną gorzką historię. Jedni zatracili się w alkoholu i opuścili ręce; inni są leniwi i żyją z emerytur swoich starych rodziców; jeszcze inni są po prostu zbyt nieśmiali i zamknięci, by zrobić pierwszy krok.
Lew nie był żadnym z nich. Po prostu los zdawał się go ominąć. W młodości nie spotkał tej jedynej; miał związki, ale żaden nie wstrząsnął nim ani nie sprawił, by jego serce biło szybciej. Po trzydziestce stało się trudniej: z bardzo młodymi dziewczynami nie miał nic wspólnego, a jego rówieśniczki od dawna były mężatkami i wychowywały dzieci. Przestał nawet chodzić do wiejskiego klubu — to nie było jego miejsce, sama niespokojna młodzież. I tak dni, miesiące, lata mijały, niepostrzeżenie układając się w dekady samotnego i uporządkowanego życia.
Teraz, na progu tego pustego domu, zrozumiał, że tak dalej być nie może. Czuł ostro, niemal fizycznie, lodowate jądro samotności. Mężczyzna nie może żyć sam — bez kobiecej czułości, bez ciepła, bez kogoś, na kogo się czeka, i kogoś, kogo można otaczać troską. Decyzja dojrzała w jednej chwili, jak błyskawica. Gorączkowo zaczął przebierać w pamięci wszystkie kobiety, które znał. Była oczywiście Galina z sąsiedniej wsi, miła, pracowita, z nastoletnim synem, od dawna rozwiedziona. I miejscowa Lidia Pietrowna, księgowa — samotna i wyrazista. Ale słynęła z kwaśnego, kłótliwego charakteru i ostrego, jadowitego języka. Lew był wobec niej nieufny, wiedząc, że potrafi upokorzyć i obrazić każdego, bez względu na to, kim był.
„Pójdę do dziadka Jefima” — pomyślał nagle. „Jest stary, wiele widział, jest mądry. Pójdę poprosić go o radę. Może naprawdę podsunie coś rozsądnego”.
Dziadek Jefim siedział przy prostym drewnianym stole, powoli pijąc herbatę. W cienkich, nerwowych palcach trzymał stary spodeczek ze złotą obwódką i z przyjemnością głośno siorbał aromatyczny napój. Wiernie zachowywał zwyczaje swojej młodości: herbata musiała być z samowaru, z ziołami, i należało pić ją właśnie tak — ze spodeczka, z uczuciem, z rozumem, we właściwej mierze. Swoją staruszkę Marfę pochował ponad dziesięć lat temu i odtąd żył sam, pielęgnując ich wspólne rytuały.
— Witaj, Lowuszka, wejdź, jesteś mile widziany — przywitał go starzec pierwszy, zanim jeszcze zobaczył, kto wszedł, jakby przeczuł jego nadejście.
— Witaj, Jefimie Kuźmiczu — odpowiedział Lew ponuro, zdejmując w sieni mokrą kurtkę.
— Siadaj, siadaj do stołu; naleję ci gorącej herbaty. Jest oregano i mięta — dobre na ukojenie duszy. Filiżanka stoi na półce, widzisz ją. Nie przyszedłeś z pustymi rękami, czuję to w sercu…
Lew nalał sobie herbaty z błyszczącego miedzianego samowaru, usiadł na ławie i głęboko westchnął.
— Zgadłeś, dziadku. Nie przyszedłem bez powodu. Przyszedłem po radę — jak dalej żyć. Postanowiłem się ożenić. Ale nie potrafię wybrać. Mam jedną na myśli… no, Galinę z Zarieczja, tę z synem. Mówią, że dobrze prowadzi dom. Ale nie wiem. I nasza Lidia Pietrowna… wiesz, samotna, wyrazista, ale charakter… jak rozgniewana osa. Powiedz, dziadku, kogo wybrałbyś na moim miejscu?
— Ach, Lidkę wszyscy dobrze znają — mruknął starzec, odkładając spodeczek na bok. — Cały powiat ją zna. Język ma ostrzejszy niż brzytwa, a charakter gorszy niż uparta koza. Z nią, Lowuszka — ty, taki spokojny i łagodny — szczęścia nie zaznasz. Jesteś cierpliwy, to prawda, ale cierpliwość też może pęknąć. Takiej kobiety ci nie trzeba, takie jest moje zdanie.
Zamilkł, zebrał myśli, a potem mówił dalej, łagodniej:
— A tej z dzieckiem nie znam. Ale powiem tak: była już mężatką; nie wyszło. Będzie cię porównywać z pierwszym mężem, a własne dziecko zawsze będzie stawiać na pierwszym miejscu. Takie prawo natury. Nie, ty musisz poślubić kobietę samotną, bez dziecka, bez całej tej przeszłości. Będziecie mieć własne dzieci. Oto cała moja rada.
Lew w zamyśleniu patrzył w ciemną głębię swojej herbaty, jakby miał nadzieję znaleźć tam odpowiedź.
— Hmm… Więc kto? Przecież potrzebna jest gospodyni domu. Dom jest ładny, duży — budowałem go dla rodziny, dla dzieci… Z obowiązkami domowymi mogę radzić sobie sam. Wychodzi na to, że małżeństwo to cała nauka…
— To ożeń się z Ariadną. Będziesz szczęśliwy do końca swoich dni — powiedział nagle dziadek Jefim zupełnie spokojnie.
Lew zakrztusił się herbatą.
— Ariadną? Dziadku Jefimie, no co też ty! Naprawdę! Ona… to stara panna. A do tego ruda, cała w piegach, jakby drozd ochlapał ją jajkiem. Pewnie przez ten wygląd nikt jej nie poślubił. Mówią, że świetna z niej gospodyni, dobra, wesoła… ale jednak…
— Przyjrzyj się jej lepiej — przerwał mu starzec. — Wcale nie jest brzydka. Ruda — to rzadkość! Jedyna taka w całej naszej okolicy! Do piegów się przyzwyczaisz; widzisz, one są jak małe iskierki złota. A kiedy się uśmiecha, to jakby cała chałupa się rozjaśniała. Widać, że słońce ją kocha, skoro obdarzyło ją takim złotym skarbem. A jako żona będzie troskliwa, wierna, dobra. Ożeń się z nią, Lowuszka — nie pożałujesz. Żadnej innej nie mogę ci doradzić. Przyszedłeś po radę — oto ona, z głębi serca.
Przez cały wieczór, a potem całą noc, Lew nie spał, przewracając się w szerokim łóżku. Słowa starca dźwięczały mu w uszach. „Stary człowiek złej rady nie da” — myślał. „Przyjrzę się tej Ariadnie…”
I zaczął to robić. Pewnego dnia spotkał ją na ulicy, gdy wracała ze sklepu z ciężką torbą. Lew przyspieszył kroku i dogonił ją.
— Dzień dobry, Ariadno — powiedział z powściągliwym uśmiechem, wyciągając rękę. — Pozwól, że ci pomogę.
— Dzień dobry, Lew — odpowiedziała melodyjnym, cudownie miękkim głosem i odwzajemniła uśmiech.
I Lew znieruchomiał. Jej uśmiech był jak nagły błysk światła w szary jesienny dzień — szeroki, szczery, sięgający oczu, odmieniający całą jej twarz, a złote piegi zdawały się tańczyć. „No… jaka ona jasna” — pomyślał ze zdumieniem, przypominając sobie słowa starca. „Naprawdę jak słońce. I piegi wcale jej niczego nie ujmują…”
Ariadna, kobieta mądra i wrażliwa, od razu zrozumiała, że to spotkanie nie jest przypadkowe. Była sześć lat młodsza od Lwa, ale nigdy nie była mężatką. W jej życiu właściwie nie było mężczyzn. Była najstarsza w dużej rodzinie i cała jej młodość minęła na opiece nad młodszymi braćmi i siostrami, podczas gdy rodzice od świtu do nocy pracowali w kołchozie. Nie było czasu na zabawy ani klub. Tak odeszła jej młodość, a we wsi przylgnęło do niej surowe przezwisko „wieczna narzeczona”.
— Posłuchaj, Ariadno — zaryzykował Lew, ściskając uchwyty jej torby — a może poszlibyśmy kiedyś wieczorem na spacer? Po okolicy. Oczywiście nie jesteśmy już studentami, ale… Bardzo chciałbym z tobą porozmawiać, lepiej cię poznać. Jeśli nie masz nic przeciwko.
— A dlaczego miałabym mieć? — znów rozpromieniła się tym zadziwiającym uśmiechem. — Nie mam nic przeciwko. Zgadzam się.
Poszli za wieś, wzdłuż starego rowu melioracyjnego, już dotkniętego pierwszymi przymrozkami. Lew ze zdumieniem słuchał, jak Ariadna opowiada fascynujące historie z przeczytanych książek i cytuje poezję — okazało się, że przez całe życie pochłonęła całą bibliotekę, podczas gdy on nie przeczytał prawie nic; cały jego czas pożerały praca, dom i bezcelowe przerzucanie kanałów w telewizji. A kiedy próbował żartować, jej śmiech — czysty, dźwięczny, szczery, jakby rozsypywał się na tysiące kryształowych odłamków — wypełniał jego duszę zapomnianym, bolesnym uczuciem radości i spokoju.
Tej nocy Lew znów nie spał — ale tym razem nie z powodu żalu, lecz przez dziwne, ciepłe poruszenie w piersi. Dziadek Jefim miał stuprocentową rację.
„Ona naprawdę jest dobra, ta Ariadna… Jak mogłem wcześniej tego nie zauważyć? Nie zobaczyć jej? Wszyscy ciągle mówili: ruda, ruda, a ja nie zwracałem uwagi. Tak, nie jest klasyczną pięknością, ale ile w niej światła! Ile ciepła! I ten uśmiech… Za taki uśmiech można by oddać cały świat. Jakże byłem ślepy przez te wszystkie lata!”
Lew nie krążył długo wokół sprawy. Trzy miesiące po pogrzebie matki zebrał się na odwagę i po prostu poprosił Ariadnę o rękę. Wieś natychmiast zaszumiała plotkami, złośliwymi i szyderczymi. Wszyscy smakowali tę historię, przekonani, że Lew tylko „zabawia się” starą panną — pobawi się i zostawi. „Kto by chciał taką rudą?” — szeptali za jego plecami.
Ale wkrótce szepty ustąpiły miejsca zdumieniu — oni naprawdę urządzili wesele. Nie była to hałaśliwa zabawa z głośną muzyką: starsi poradzili im, by z szacunku dla zmarłej Anny Stiepanowny poczekali z wielkim świętowaniem. Lew i Ariadna posłuchali. W ich nowym wspólnym domu zebrali się tylko najbliżsi krewni i kilku przyjaciół. Na czele stołu, na honorowym miejscu, siedział dziadek Jefim, promieniejąc szczęściem jak ojciec pana młodego.
Weselny posiłek dobiegł końca i zaczęła się codzienność. Na początku wieś wciąż brzęczała jak poruszony ul, ale stopniowo rozmowy ucichły, ustępując miejsca nowym wydarzeniom. A w domu Lwa rozpoczęło się nowe, prawdziwe życie. Od pierwszego dnia on i Ariadna rozumieli się w pół słowa, w pół spojrzenia. Wystarczyło, że o czymś pomyślał, a ona już czytała mu w myślach, podając potrzebne narzędzie albo stawiając na stole dokładnie to danie, o którym marzył. Lew często łapał się na cichym, jasnym zachwycie nad swoją żoną.
Okazała się prawdziwą gospodynią. Gdy Lew rano był w oborze albo na podwórzu, Ariadna stała już przy piecu, smażąc złociste, pulchne bliny, których aromat wypełniał cały dom, i zaparzając pachnącą ziołową herbatę. Wieczorem czekała na niego gorąca, sycąca kolacja; a jeśli był zmęczony i siadał na kanapie, świeża gazeta i pilot leżały już obok jego łokcia. Nie była tylko troskliwa — była jego prawdziwą połową, mądrą kobietą i strażniczką ich wspólnego ogniska. Lew widział to ciepło, to bezgraniczne oddanie, i odpowiadał tym samym: pomagał we wszystkim, chronił ją, tworzył wygodę. Żyli w prawdziwej jedności dusz i wkrótce zupełnie przestał zauważać jej piegi, a rude włosy wydawały mu się najpiękniejsze na świecie — ożywiała je miedziana poświata, zwłaszcza w świetle lampy. Stała się dla niego najpiękniejszą kobietą w całym wszechświecie. Ich miłość nie była młodzieńcza, gwałtowna i ślepa, lecz dojrzała, głęboka i silna — oparta na szacunku, czułości i wspólnym losie.
Wkrótce Ariadna zaczęła spacerować po wsi z wyraźnie zaokrąglonym brzuchem, a jej słynny uśmiech jaśniał jeszcze mocniej. Widząc ją, wieśniacy nie nazywali jej już przeciętną. Budziła się w nich zwykła ludzka zazdrość i irytacja: „Patrzcie, jak Lew sobie życie ułożył. I jeszcze szczęśliwy, diabeł jeden”. Potem urodził się syn — Jelisej — rudy jak kurczaczek. Biorąc go na ręce, Lew uśmiechnął się od ucha do ucha i powiedział, patrząc na żonę:
— Teraz mam w domu dwa słońca. Dwa najdroższe, najcieplejsze słońca.
Jedyną ciemną chmurą na ich bezchmurnym niebie była śmierć dziadka Jefima. Na jego pogrzeb przyszła cała wieś; przyjechała też jego córka z rodziną, którą Lew od razu powiadomił o smutnej wiadomości. Wszyscy kochali i szanowali starca — za jego mądrość, dobroć i jasne serce.
Życie, jak wezbrana rzeka, płynęło dalej swoim biegiem. Z czasem Lew i Ariadna doczekali się córki, którą nazwali Annuszką, po babci. Dziewczynka była wykapanym ojcem, i Lew poczuł nawet małe ukłucie żalu, że nie urodziła się ruda.
— Wtedy miałbym w domu trzy słońca — powiedział żonie — a im więcej słońc, sama wiesz, tym jaśniej i cieplej.
Nie zamieniłby swojej Ariadny na żadną inną kobietę na świecie, nawet na najsłynniejszą królową piękności. I często to powtarzał — całej wsi, z dumą i nieskończoną czułością. Do końca swoich dni był bezgranicznie wdzięczny staremu dziadkowi Jefimowi za tę prostą i genialną radę, która podarowała mu cały świat szczęścia i ciepła.