Galina Pietrowna zawsze wierzyła, że posiada szczególny dar: potrafiła przejrzeć ludzi na wylot. Przez dwadzieścia lat pracy jako główna księgowa w fabryce nauczyła się czytać z twarzy, wychwytywać intonacje i zauważać to, co innym umykało. Ten talent czynił ją niezastąpioną w pracy, ale czasami zamieniał się w przekleństwo — zwłaszcza gdy chodziło o życie osobiste jej syna.
Kiedy Andriej przyprowadził Lenę do domu, Galina Pietrowna od razu poczuła, że coś jest nie tak. Dziewczyna była zbyt piękna, zbyt pewna siebie. W jej śmiechu pobrzmiewały nuty, które ostrzegały doświadczoną kobietę. Lena zachowywała się naturalnie, odpowiadała na pytania bez wahania, nawet pomagała przy kolacji, ale coś w niej Galinie nie pasowało. Matczyne serce nie kłamie.
— Mamo, postanowiliśmy się pobrać — oznajmił Andriej podczas rodzinnej kolacji miesiąc po ich poznaniu. Patrzył na Lenę z miłością, podczas gdy ona skromnie spuszczała oczy, obracając pierścionek zaręczynowy na palcu.
Galina Pietrowna powoli odłożyła widelec. Wiedziała, że ten moment nadejdzie, ale nie tak szybko.
— Andriusza, kochanie, czy ty aby trochę się nie spieszysz? Może powinniście dać sobie więcej czasu, żeby lepiej się poznać? — próbowała zachować łagodny ton, ale w jej głosie pojawiła się nuta napięcia. — Jest tyle porządnych dziewczyn… Po co tak się spieszyć z tak poważną decyzją?
Lena podniosła oczy — przemknął przez nie chłodny błysk, którego Andriej nie zauważył, ale jego matka wychwyciła go natychmiast.
— Galino Pietrowno, rozumiem pani niepokój — odpowiedziała Lena spokojnym głosem. — Ale Andriej i ja naprawdę się kochamy.
— Oczywiście, oczywiście — szybko przytaknęła Galina Pietrowna, myśląc jednocześnie: „Jeszcze zobaczymy, kim naprawdę jesteś, moja droga”.
Ślub wyznaczono na jesień. Na razie młoda para miała mieszkać w mieszkaniu Galiny Pietrowny — wynajem był zbyt drogi, a własnego lokum jeszcze nie mieli. Galina Pietrowna zgodziła się niechętnie, pocieszając się myślą, że w ten sposób łatwiej będzie jej obserwować, co się dzieje.
Wspólne życie zaczęło się od drobnych tarć. Lena przestawiała meble, zmieniała dotychczasowy porządek w kuchni, puszczała muzykę, kiedy Galina Pietrowna odpoczywała po pracy. Każda drobnostka irytowała ją coraz bardziej, ale nie było bezpośredniego powodu do kłótni — młoda dziewczyna była uprzejma i troskliwa.
Galina Pietrowna zaczęła subtelnie wpływać na syna. Przy śniadaniu, kiedy Leny nie było w pobliżu, wzdychała:
— Andriusza, pamiętasz, jakie spokojne były kiedyś nasze poranki? A teraz — muzyka od samego świtu…
Albo wieczorem, przed snem:
— Synku, może powinieneś przełożyć ślub? A jeśli tak naprawdę jeszcze się nie znacie?
Andriej zbywał te uwagi gestem, ale ziarna wątpliwości zaczynały powoli kiełkować.
Punkt zwrotny nastąpił w środku lata. Galina Pietrowna wracała z pracy, kiedy zobaczyła Lenę przy wejściu z nieznajomym młodym mężczyzną. Kłócili się żywo; chłopak gestykulował, Lena kręciła głową. Rozmowa była wyraźnie nieprzyjemna.
Kiedy Lena weszła na górę, jej twarz była napięta.
— Kto był z tobą na dworze? — zapytała Galina Pietrowna obojętnym tonem, krojąc chleb do kolacji.
— Mój były — odpowiedziała krótko Lena, nie podnosząc oczu. — Domagał się swojej części czynszu. Mieszkaliśmy razem przed rozstaniem.
— Ach, więc o to chodzi — zauważyła Galina Pietrowna z nutą satysfakcji w głosie. — A kiedy się rozstaliście?
— Sześć miesięcy temu — Lena nalała sobie herbaty. — Ale on nadal żąda ode mnie pieniędzy. Chociaż już dawno wszystko uregulowaliśmy.
Galina Pietrowna skinęła głową i nie zadawała więcej pytań, ale informacja wryła się w jej pamięć. Miała zwyczaj zapamiętywać wszystko, co mogło się później przydać. W pracy wszyscy o tym wiedzieli: jeśli chciałeś poznać najnowsze wiadomości, zapytaj główną księgową. Galina Pietrowna zawsze była na bieżąco z biurowymi historiami, rodzinnymi dramatami i intrygami. Dla niej nie były to plotki — cudze sprawy były po prostu jej rozrywką.
Ślub odbył się w październiku, w małej restauracji. Galina Pietrowna założyła swój najładniejszy kostium i uśmiechała się do gości, choć w środku aż gotowała się z niecierpliwości na myśl o tym, że zawstydzi pannę młodą. Andriej promieniał ze szczęścia; Lena w białej sukni była nie do odparcia. Wydawało się, że nic nie może przyćmić tego dnia.
Kiedy przyszła kolej na toast teściowej, Galina Pietrowna wstała z kieliszkiem szampana w dłoni. Sala pogrążyła się w ciszy: wszyscy oczekiwali tradycyjnych życzeń dla nowożeńców.
— Moi drodzy — zaczęła Galina Pietrowna, patrząc na syna i synową. — Oczywiście cieszę się waszym szczęściem, choć moja synowa ma za sobą… dość burzliwą przeszłość. — Zrobiła pauzę, pozwalając, by jej słowa wywarły odpowiedni efekt. — Ale cóż zrobić — dzisiejsza młodzież ma inne wartości. Za naszych czasów młoda dziewczyna powinna była zachować niewinność dla męża.
W pomieszczeniu zapadła śmiertelna cisza. Lena pobladła, a potem gwałtownie się zaczerwieniła. Andriej spuścił oczy; jego twarz płonęła ze wstydu. Goście patrzyli po sobie, nie wiedząc, gdzie podziać wzrok.
— No cóż, wznieśmy toast za nowożeńców! — zawołała Galina Pietrowna fałszywie wesołym tonem, unosząc kieliszek.
Reszta wesela upłynęła pod ciężką chmurą. Lena prawie się nie odzywała; Andriej wyglądał na przygnębionego. Goście wyszli wcześniej niż zwykle.
W domu młodzi małżonkowie przez długi czas nie rozmawiali z Galiną Pietrowną. Atmosfera w mieszkaniu stała się lodowata, ale ona miała poczucie, że postąpiła właściwie — powiedziała prawdę, choćby była gorzka.
Czas mijał. Relacje rodzinne stopniowo się poprawiały — przynajmniej na powierzchni. Lena była wobec teściowej ostentacyjnie uprzejma, Andriej unikał powracania do incydentu z wesela. Galina Pietrowna również zachowywała powściągliwość, choć czasami nie potrafiła oprzeć się ostrej uwadze.
Tego roku obchodziła pięćdziesiąte urodziny i postanowiła uczcić je z rozmachem. Zaprosiła wszystkich kolegów z pracy, w tym dyrektorkę fabryki, Marinę Władimirowną, wraz z mężem. Ich relacja była skomplikowana — oficjalnie pełna szacunku, ale pod jej nieobecność Galina Pietrowna często rozmawiała z innymi pracownikami o prywatnym życiu dyrektorki.
Marina Władimirowna była kobietą niezwykłą, ale miała swoją reputację. Plotkowano, że jej mąż, Wiktor Siemionowicz, od lat utrzymuje romans z sekretarką z innego działu. Galina Pietrowna wiedziała o tym od kolegów i nie raz pozwalała sobie na uwagi dotyczące małżeństwa dyrektorki.
— To dziwne, prawda? — mówiła do koleżanek podczas obiadu. — Jak można nie zauważyć, że mąż cię zdradza? Cała fabryka o tym wie, a ona udaje, że nic się nie dzieje.
Albo:
— Widziałyście dziś Wiktora Siemionowicza kupującego kwiaty? Ciekawe, dla kogo są — dla żony czy dla kochanki?
Na jubileuszowym bankiecie zebrało się około trzydziestu osób. Restauracja była udekorowana balonami i kwiatami; grała muzyka. Galina Pietrowna czuła się królową wieczoru — przyjmowała życzenia, tańczyła, śmiała się. Marina Władimirowna i jej mąż siedzieli przy honorowym stole, uśmiechając się uprzejmie i prowadząc rozmowę.
Kiedy przyszła kolej na rodzinny toast, Lena wstała. Elegancka w czarnej sukience, stała pewnie i spokojnie. Galina Pietrowna spodziewała się zwykłych życzeń: zdrowia, szczęścia, długiego życia.
— Droga Galino Pietrowno — zaczęła Lena, a w jej głosie zabrzmiały miodowe nuty. — Chcę powiedzieć, jak bardzo panią podziwiam. Jest pani tak otwartą i szczerą osobą. Nigdy nie ukrywa pani swoich uczuć ani myśli.
Galina Pietrowna uśmiechnęła się z zadowoleniem — wreszcie synowa doceniła ją tak, jak należało.
— Najbardziej zdumiewa mnie — kontynuowała Lena — z jaką szlachetnością zaprosiła pani na tę uroczystość nawet osoby, których pani niezbyt lubi i o których… cóż, nie zawsze mówi pani najbardziej pochlebne rzeczy. — Zrobiła pauzę, pozwalając, by jej słowa trafiły w cel. — Po wszystkim, co opowiadała mi pani o kochankach męża Mariny Władimirowny, to naprawdę bardzo wspaniałomyślne z pani strony, że zaprosiła pani ich oboje na swój jubileusz.
Cisza była ogłuszająca. Marina Władimirowna pobladła jak kreda; jej mąż spazmatycznie ścisnął serwetkę. Galina Pietrowna zamarła z kieliszkiem w dłoni, a jej twarz płonęła ze wstydu i furii.
— Wznieśmy więc toast za naszą drogą jubilatkę i jej niezwykłą zdolność dostrzegania każdego niuansu w życiu innych ludzi! — zakończyła Lena, unosząc kieliszek z niewzruszonym spokojem.
Sala pozostała cicha. Kilku gości niezręcznie uniosło kieliszki, ale większość siedziała w szoku. Marina Władimirowna wstała, skinęła chłodno jubilatce i ruszyła do wyjścia. Jej mąż pospieszył za nią.
— Marino Władimirowno, proszę zaczekać, to nieporozumienie! — zawołała Galina Pietrowna, biegnąc za nimi, ale dyrektorka nawet się nie odwróciła.
Uroczystość się rozsypała. Goście zaczęli wychodzić pod różnymi pretekstami. Godzinę później zostali tylko najbliżsi — kilku kolegów i krewnych. Galina Pietrowna siedziała czerwona z upokorzenia, nie znajdując słów.
Tymczasem Lena uprzejmie rozmawiała z tymi, którzy zostali, jak gdyby nic się nie stało.
Następnego dnia w pracy Galinę Pietrowną przywitał chłód. Marina Władimirowna zignorowała jej powitanie; koledzy unikali rozmowy; w stołówce nikt nie usiadł przy jej stoliku. Stało się oczywiste, że po skandalu z poprzedniego wieczoru jej reputacja doznała poważnego uszczerbku.
Tydzień później Galina Pietrowna złożyła wypowiedzenie. Pozostanie po tym, co się wydarzyło, było nie do zniesienia. Andriej i Lena próbowali ją odwieść od tej decyzji, ale była ostateczna.
— Potrzebuję zmiany otoczenia — powiedziała synowi. — Mam daczę w regionie; mogę się tam przenieść. Teraz trudno będzie mi zostać w mieście…
Dacza znajdowała się sto kilometrów od miasta, w małym prowincjonalnym miasteczku. Dom był skromny, ale wygodny — ona i jej zmarły mąż zbudowali go z myślą o weekendach, lecz po jego śmierci prawie już tam nie jeździła. Teraz miała uczynić z niego prawdziwy dom.
Pierwsze miesiące były trudne. Przyzwyczajona do miejskich wygód i aktywnego życia towarzyskiego, Galina Pietrowna czuła się jak na wygnaniu. Sąsiedzi na działkach byli małomówni; rozmowa nie przychodziła łatwo. Zimą prawie nikt nie zostawał w osiedlu; dni ciągnęły się monotonnie i ponuro.
Andriej i Lena regularnie ją odwiedzali — przywozili żywność, pomagali w domu. Lena była szczególnie uważna i troskliwa, co tylko pogłębiało w Galinie Pietrownie mieszankę winy i irytacji.
Wiosną, kiedy stopniał śnieg, a ogrody znów ożyły, Galina odzyskała trochę energii. Posadziła warzywnik, zaczęła rozmawiać z sąsiadami, a nawet rozważała znalezienie pracy w siedzibie rejonu. Ale wspomnienie tamtych urodzin nie opuszczało jej.
W maju Andriej i Lena przyjechali na majowe święta. Po kolacji Andriej poszedł do sąsiada naprawić płot, a kobiety zostały, by umyć naczynia.
— Leno — odezwała się wreszcie Galina Pietrowna, nie podnosząc oczu znad talerza — muszę cię o coś zapytać.
— Oczywiście, Galino Pietrowno.
— Dlaczego powiedziałaś to wszystko na przyjęciu, przy gościach? — Jej głos drżał od powstrzymywanych emocji. — Można było uniknąć skandalu…
Lena odłożyła ściereczkę i odwróciła się do teściowej. W jej oczach nie było ani złośliwości, ani triumfu — tylko chłodna determinacja.
— To było za to, że upokorzyła mnie pani na weselu — powiedziała spokojnie.
Galina Pietrowna drgnęła, jakby ktoś ją uderzył.
— Zepsuła pani najważniejszy dzień mojego życia — ciągnęła Lena. — Upokorzyła pani nie tylko mnie, ale także własnego syna. Przy wszystkich naszych krewnych i przyjaciołach. Myślała pani, że zapomnę? Że wybaczę? — Przechyliła głowę. — Nie mogłam wybaczyć. Zapłaciła pani za swój język.
— Ale ja… chciałam dobrze — wyjąkała Galina Pietrowna. — Martwiłam się o Andrieja…
— Chciała mnie pani ustawić na miejscu — przerwała jej Lena. — I udało się pani. A teraz dziwi się pani, że dostała odpowiedź? — Ponownie wzięła ściereczkę i zaczęła wycierać naczynia. — Czekałam na odpowiedni moment. I umiałam czekać.
Galina Pietrowna stała bez słowa. Tępy ból rozlał się po jej piersi — nie tylko wstyd, ale również świadomość, że jednocześnie miała rację i się myliła.
— I co teraz? — zapytała cicho. — Będziemy dalej żyć w tej wrogości?
Lena wzruszyła ramionami.
— To zależy od pani, Galino Pietrowno. Nie chowam urazy — rachunek został wyrównany. Ale chcę, żeby pani zrozumiała: z ludźmi trzeba być ostrożniejszym. Słowa mają konsekwencje.
— Rozumiem — przytaknęła Galina Pietrowna. — Teraz rozumiem.
Resztę naczyń umyły w milczeniu. Kiedy Andriej wrócił, obie kobiety siedziały przy stole, piły herbatę i z ostentacyjną uprzejmością rozmawiały o planach dotyczących ogrodu i warzywnika. Z zewnątrz wszystko wydawało się spokojne, ale coś w ich relacji zmieniło się na zawsze.
Tego wieczoru, gdy młode małżeństwo urządziło się w pokoju gościnnym, Galina Pietrowna długo siedziała na werandzie, wpatrując się w gwiazdy. Myślała o tym, jak dziwnie ułożone jest życie — jak słowa rzucone pod wpływem emocji potrafią wszystko zmienić. Rozmyślała o własnym charakterze, o nawyku oceniania i wydawania wyroków. O tym, że każde działanie rodzi reakcję.
W głębi duszy poczuła nawet pewien szacunek do swojej synowej. Lena okazała się silniejsza, niż Galina przypuszczała. Umiała czekać, planować i osiągać to, czego chciała. W pewnym sensie były do siebie podobne — żadna nie wybaczała zniewagi, obie potrafiły znaleźć słaby punkt. Ale Lena była lepszym strategiem.
Rano przy śniadaniu panowała wyjątkowo ciepła atmosfera. Lena przyniosła sadzonki pomidorów, które wyhodowała na parapecie; Andriej obiecał wrócić w następny weekend, żeby pomóc sadzić ziemniaki. Rozmawiali o planach na lato i omawiali remont werandy.
Kiedy młode małżeństwo szykowało się do wyjazdu, Lena nagle objęła teściową.
— Galino Pietrowno — powiedziała cicho — zacznijmy od nowa. Dla Andrieja.
— Dobrze — przytaknęła Galina Pietrowna. — Tylko… przepraszam za wesele. Nie pomyślałam, co mówię.
— Już pani wybaczyłam — uśmiechnęła się Lena. — Wczoraj, kiedy rozmawiałyśmy.
Pożegnały się gestem, a Galina Pietrowna została sama ze swoimi myślami. Przed nią otwierało się nowe życie w tym spokojnym miejscu, z dala od miejskiego zgiełku i intryg. Może tak było lepiej — tutaj będzie miała możliwość się zmienić, nauczyć trzymać język za zębami.
Tego wieczoru, podlewając sadzonki na oknie, zrozumiała, że po raz pierwszy od dawna czuje coś na kształt spokoju. Lekcja była bolesna, ale warta swojej ceny.
A jednak — pomyślała, patrząc na młode pędy pomidorów — jej synowa naprawdę okazała się właściwą osobą. Miała charakter. Galina jej nie doceniła.
Taka kobieta mogłaby wychować wspaniałe wnuki.
Ta myśl wydała jej się niemal pocieszająca.