— Powiedziałam jej, że ciało potrzebuje ruchu, a ona prychnęła: „Masz nadzieję dożyć stu lat, tak?”
— Płakałam. Byłam roztrzęsiona. Wzięłam środki uspokajające, a ona zaczęła krzyczeć: „Co to za stary zapach tutaj? Znowu zatruwasz dom swoimi tabletkami?”
— Pewnego dnia wyrzuciła wszystkie moje lekarstwa. Zagryzłam język — nie chciałam prowokować kłótni.
— Kiedy mój syn wyjechał na forum ekonomiczne, moja synowa zupełnie oszalała. Zabroniła mi wychodzić z pokoju. Na szczęście miałam własną łazienkę. W końcu poprosiłam:
— Córko, zawieź mnie, proszę, do mojego młodszego syna na wieś.
— Najpierw krzyczała, potem się zgodziła. Spakowałam walizkę. Ona przyniosła papierową torbę.
— Włóż wszystko tutaj. Nie będę nosić twojej walizki.
— Kiedy dotarłyśmy do mostu nad rzeką, zatrzymała się.
— Proszę bardzo, patrz! Jesteśmy na miejscu.
— Wysiadłam i stanęłam na brzegu.
— Nasza wioska jest po drugiej stronie rzeki — powiedziałam.
— A wtedy ona mnie popchnęła. Wpadłam do wody razem z torbą i wszystkim, co miałam. Potem odwróciła się i odjechała.
— Nie wiem nawet, jak udało mi się wydostać. Dzięki Bogu brzeg był niski. Papierowa torba przemokła i się rozerwała. Właśnie tak moja synowa się mnie pozbyła…
Babcia znów zaczęła płakać, ocierając oczy pogniecioną chusteczką.
Ludmiła siedziała osłupiała. Trzeba było zadzwonić na policję. Ale kiedy to zaproponowała, baba Asia pokręciła głową.
— Bóg ją osądzi. Ja nie będę zeznawać.
— A dokąd teraz pani pójdzie? — zapytała cicho Ludmiła.
— Jesteśmy blisko. Jak nazywa się wasza wieś?
— Rubce.
— Następna to Łozowa. Mój młodszy syn jest tam rolnikiem — ma sady i pola.
— Więc jest pani matką naszego słynnego Rudkowskiego? To wielki mecenas i dobroczyńca!
— Tak, Rudkowski. Mąż i ja pochodzimy z Łozowej. Witalik wyjechał do miasta, a kiedy jego ojciec zmarł, zabrał mnie do siebie. Mówił, że u Witi nie ma kobiet — kto miałby się mną zajmować? Wtedy jego żoną była Lenoczka.
W tym momencie do domu wpadł Grisza, czerwony na twarzy i cały w trawie.
— Co ci się stało? — roześmiała się matka, wyjmując mu słomę z włosów.
— Byłem z Majkiem. Wszedłem do boksu i położyłem się obok niego — a on polizał mnie po twarzy! Jego język jest jak papier ścierny!
Ludmiła uśmiechnęła się.
— Griszeńka, pamiętasz, że w sobotę czekamy na gości?
— Oczywiście! Wszystko powtórzyliśmy — jestem gotowy.
— Świetnie. — Odwróciła się do ich gościa. — Ksenio Pietrowno, zostańcie u nas do soboty, a potem zawieziemy panią do syna.
— Och, nie mogę narzucać się wam jeszcze przez trzy dni. Spróbuję sama dojść do Łozowej.
— Nie, nie, nie — powiedziała natychmiast Luda. — Odpocznie pani tutaj, wykąpie się, wypierzemy pani rzeczy i damy pani porządne torby.
— Wstyd mi dokładać wam pracy…
— Proszę się nie martwić. Pralka już chodzi, a słońce szybko wszystko wysuszy.
Baba Asia wstała i przeszła kilka kroków.
— Czuję się lepiej. Może mogłabym pomóc. Byłam nauczycielką w Łozowej — mogłabym odpytać Griszę z lekcji.
Grisza zaprowadził ją do swojego pokoju, rozłożył książki i zeszyty. Gdy zaczęła pytać o nauczycieli, okazało się, że prawie połowa grona pedagogicznego w Rubcach była jej dawnymi uczniami. Pamiętała każde nazwisko i opowiadała zabawne historie. Grisza patrzył na nią szeroko otwartymi oczami.
— Babo Asiu, jak ty potrafisz pamiętać tylu ludzi? Musi ich być ponad stu!
— Kochałam swoją pracę — i dzieci — westchnęła. — Szkoda tylko, że Witalik nigdy nie da mi wnuków.
Trzy dni później założyła najładniejszą sukienkę, swoje „koncertowe buty” i upięła włosy. Kiedy Ludmiła weszła do pokoju, aż zamrugała ze zdziwienia.
— Ksenio Pietrowno, wygląda pani przepięknie!
— Gdyby tylko włosy nie posiwiały mi tak bardzo — prychnęła staruszka. — Tyle dobrych dziewcząt jest tutaj, a Witalik pojechał szukać szczęścia w mieście.
Z dziedzińca szkoły dobiegała muzyka. Ksenia Pietrowna szła za Ludmiłą w milczeniu, a potem usiadła na ławce.
Świętowano dziesięciolecie szkoły. Po przemówieniu dyrektora podjechał jeep i wysiadł z niego Wiktor Rudkowski. Powiedział kilka słów i wręczył nauczycielom bukiety. Potem jeden z prowadzących ogłosił:
— Dziś mamy zaszczyt gościć pierwszą nauczycielkę wielu naszych kolegów i koleżanek — szanowaną Ksenię Pietrownę Rudkowską!
Baba Asia spojrzała na Ludę ze zdziwieniem. Luda już klaskała i dawała jej znak, by wyszła naprzód. Lekko kulejąc, staruszka podeszła do mikrofonu.
— Co za radość widzieć tylu dawnych uczniów wśród nauczycieli!
Wiktor pośpieszył do niej, wręczył bukiet i niemal zniósł ją ze sceny. Za rogiem budynku objęli się mocno.
— Niespodzianka! Powiedziano mi, żebym przywiózł dodatkowy bukiet, ale nigdy bym nie pomyślał, że będzie dla ciebie! Jak tu dotarłaś?
— Och, Witeńko, opowiem ci w domu. Gdyby nie Grisza i Luda…
Następnego ranka, tuż po tym, jak Ludmiła skończyła doić Zorkę, Wiktor zatrzymał się przed bramą z ogromnym bukietem i zapukał.
— Ludmiło, dzień dobry! Mama i ja chcielibyśmy zaprosić ciebie i Griszę na kolację o siódmej. Co ty na to? — Podał jej kwiaty.
— Dziękuję, Wiktorze! Bardzo chętnie, ale dopiero co urodziłam i nie mogę wychodzić.
— W takim razie przełożymy. Ale powiedz mi — dlaczego wciąż doisz ręcznie?
— Mamy tylko jedną krowę. Maszyna nie miałaby sensu.
— Przywiozę jedną dzisiaj — obiecał rolnik.
Wieczorem na podwórku Ludmiły stała już dojarka. Wiktor pomógł ją zamontować i poprosił, by mógł obejrzeć oborę.
— Skąd taka hojność? — zapytała.
— Trzeba dbać o twoje zdrowie. Masz dorastającego syna — a kto wie, może będą też kolejne dzieci.
Tego wieczoru przyjechał z owocami i przywiózł rower dla Griszy. Chłopiec patrzył na niego z szeroko otwartymi oczami.
— To dla mnie? Naprawdę?
— Oczywiście. Do prawdziwych chłopięcych przygód — uśmiechnął się Wiktor.
Grisza rzucił mu się na szyję. Rudkowski często pomagał rodzinom jedzeniem albo szkolnymi przyborami, ale tym razem było inaczej. Z kuchni wyszła baba Asia z ciastem.
— Ludoczko, upiekłam jak dawniej. Usiądź, napij się herbaty — brakowało mi ciebie.
Wiktor zaczął przychodzić często. Za każdym razem Ksenia Pietrowna próbowała ugotować coś wyjątkowego. Czasami przyjeżdżał sam, pytał o gospodarstwo, proponował pomoc. Pewnego wieczoru powiedział cicho:
— Ludoczko, przez te tygodnie bardzo się do ciebie przywiązałem. Stałaś się dla mnie ciepłem.
— Ja też to czuję — przyznała Ludmiła. — Myślałam, że to zauważyłeś.
Pod koniec czerwca pobrali się. Wiktor przewiózł jej rzeczy do Łozowej, wynajął dom w Rubcach letnikom i przeniósł Griszę do nowej szkoły. W lipcu świętowali urodziny Wiktora — ale Ludmiła nie mogła przyjść, bo właśnie urodziła ich drugiego syna, Stepana.
Tydzień po uratowaniu Kseni Pietrowny brat Wiktora, Witalik, przyjechał do Łozowej. Jego młoda żona miała wypadek samochodowy — jej auto wpadło do rzeki. Miała uszkodzony kręgosłup i leżała unieruchomiona.
Kiedy Ksenia zapytała, czy martwił się jej nagłym zniknięciem, Witalik odpowiedział bez wahania:
— Mila powiedziała mi, że jesteś u Witi, więc się nie martwiłem.
Tymczasem Grisza jeździł wszędzie na swoim nowym rowerze — do przyjaciół, do sklepu, do apteki po lekarstwa dla baby Asi. Pedałował z determinacją i dumą, czuł się potrzebny — i szczęśliwy.