Postanowił zdradzić żonę. Nie czerpał z tej decyzji żadnej radości, ale tak dalej być nie mogło.

Arseny stał przy oknie apartamentu na dwudziestym drugim piętrze, patrząc na nocną metropolię rozciągającą się pod nim. Miriady świateł zlewały się w złote rzeki płynące donikąd. Czuł się jak zdrajca, tchórz, skończony idiota. Jutro miał zdradzić swoją żonę. A najgorsze było to, że na samą myśl o tym nie czuł żadnego podniecenia. Jego serce było uwięzione w ciężkim, zimnym, ołowianym imadle. Ale tak dalej być nie mogło. Lepszy grzeszny upadek niż całkowita utrata rozumu w tej wewnętrznej wojnie, która go wyniszczała.

Od czasów nastoletnich przemawiał w Arsenym jakiś pradawny, niewytłumaczalny instynkt. Jego serce nie biło dla posągowych modelek; biło dla Calineczek. Małych, niemal nieważkich, o cienkich nadgarstkach i kruchych obojczykach, jak ptaki wędrowne gotowe odlecieć przy najlżejszym podmuchu wiatru. Przyjaciele śmiali się z niego, mówiąc, że jest jak szczeniak szalejący za kośćmi. Arseny ich zbywał, ale w głębi duszy wiedział, że mieli rację. To była jego pięta achillesowa, słabość, którą natura dała mu wbrew wszelkiej logice.

Zmysłowe krągłości filmowych diw i modelek pozostawiały go obojętnym. Ale dziewczyna spotkana przypadkiem w tłumie, której głowa ledwie sięgała mu do ramienia i której oczy wyrażały bezbronność, potrafiła przyspieszyć rytm jego serca. Właśnie aż tak bardzo był „nienormalny” w oczach swoich rodziców.

Sofię poznał w bibliotece instytutu. Próbowała dosięgnąć książki z najwyższej półki i oczywiście jej pomógł. Odwróciła się, a on utonął w jej bezdennych szarych oczach, otoczonych czarnymi rzęsami. Była idealnym ucieleśnieniem jego młodzieńczego marzenia: drobna, delikatna, z cichym, melodyjnym głosem. Ożenił się z nią niemal zaraz po ukończeniu studiów, ogarnięty irracjonalnym lękiem, że ta piękna i krucha dziewczyna zostanie mu odebrana. Czy trzeba dodawać, że w rzeczywistości Sofia, mimo swojej urody, nie miała tłumów adoratorów? Właśnie z powodu tej kruchości, która jego tak fascynowała.

Sofia była od niego młodsza o trzy lata. Nie miała dyplomu uniwersyteckiego — ukończyła technikum przetwórstwa spożywczego i pracowała jako technolog w zakładzie cukierniczym. Jej dłonie zawsze pachniały wanilią i migdałami, a ten słodki zapach stał się dla Arseny’ego synonimem domu. On natomiast znalazł pracę w firmie zajmującej się komponentami elektronicznymi i szybko zrobił karierę.
 

Ich wczesne małżeństwo wydawało się wyjęte prosto ze stron słonecznej powieści. Rodzice po obu stronach byli młodzi i pełni energii; pomogli młodym małżonkom wpłacić zaliczkę na przytulne dwupokojowe mieszkanie na przedmieściach. Kredyt nie był ciężarem, lecz wspólnym projektem; plany mieli napoleońskie, a przyszłość wydawała się jasna i bezchmurna.

Żyli w doskonałej harmonii. Nie kłócili się; każdy problem rozwiązywali przy filiżance herbaty i wypiekach, które Sofia przynosiła z pracy. Przyjaciele patrzyli na nich z lekką zazdrością, nazywając ich parą idealną.

Nie planowali dzieci, ale też nie odsuwali od siebie tej myśli. Po prostu żyli i cieszyli się sobą nawzajem. A kiedy w piątym roku ich małżeństwa Sofia zaszła w ciążę, było to najradośniejsze i najbardziej naturalne wydarzenie, jakie mogło się wydarzyć.

To, że jej kruche ciało — nosiła rozmiar 36 — zdołało donosić i urodzić dwóch zdrowych chłopców, lekarze nazwali małym cudem. Arseny, sparaliżowany strachem, patrzył, jak rośnie jej brzuch, bojąc się, że złamie się pod tym ciężarem. Ale Sofia okazała się znacznie silniejsza, niż wszyscy sądzili. Tak narodzili się Jarek i Aloszka — dwa wrzeszczące zawiniątka szczęścia, które przewróciły ich życie do góry nogami huraganami bezsennych nocy, pieluch i niekończącego się prania.

Świat skurczył się do rozmiarów ich mieszkania. Arseny wiernie chodził do pracy, a cały pozostały czas poświęcał rodzinie. Zapomniał, co to znaczy spotykać się z przyjaciółmi, oglądać piłkę nożną albo spać dłużej niż cztery godziny z rzędu. I był szczęśliwy w tym zmęczeniu, w tym chaosie pełnym dziecięcego śmiechu i zapachu jedzenia dla niemowląt.

I właśnie w tym zamieszaniu przegapił najważniejszy, nieodwracalny moment. Nie zauważył, kiedy jego Calineczka zniknęła.

Pewnego poranka, gdy bliźniacy wreszcie zaczęli przesypiać całe noce, a słońce wpadało do sypialni pod znajomym kątem, obudził się przed żoną i spojrzał na nią. Naprawdę spojrzał na nią po raz pierwszy od wielu miesięcy. I jej nie poznał.

Sofia spała, a jej gęste czarne włosy rozsypały się po poduszce. Jej ramiona, kiedyś tak wąskie, stały się szersze, zaokrąglone. Linia jej pleców łagodnie przechodziła w mocną, silną talię i pełne biodra, których wcześniej nigdy by sobie u niej nie wyobraził. To nie był tłuszcz. To była kobiecość w swoim najbardziej dojrzałym, płodnym wyrazie. Siła macierzyństwa wcielona w ciało.
 

I znów stało się to, co zawsze działo się z nim, gdy widział kobiety oddalone od jego młodzieńczego ideału. Wyrósł w nim głuchy mur obojętności. Męska część jego natury, pierwotna i okrutna, zamilkła. Nadal kochał Sofię — jej umysł, dobroć, śmiech, dłonie, które potrafiły tak czule głaskać go po głowie po ciężkim dniu. Ale pierwotny impuls, który kiedyś sprawiał, że krew szybciej krążyła mu w żyłach, zniknął. Wyparował.

Próbował walczyć sam ze sobą. W głowie krzyczał na siebie, że jest łajdakiem i niewdzięcznym draniem. Że ma rodzinę, kochającą żonę, wspaniałe dzieci i że jego mózg nie powinien być zaprzątnięty takimi głupotami. Ale jego ciało odmawiało posłuszeństwa. Tęskniło za kruchością, za bezbronnością, za dokładnie tym typem, który był jego narkotykiem.

I właśnie wtedy w sąsiednim dziale w pracy pojawiła się nowa pracownica. Lika.

Kiedy zobaczył ją na korytarzu, Arseny dosłownie zastygł w miejscu. Nie mógł się poruszyć; nie mógł oderwać od niej wzroku. Była żywym wcieleniem jego przeszłości. Szczupła jak trzcina, z ostrymi łokciami i smukłą szyją, wydawała się wierną kopią Sofii sprzed pięciu lat. Tej samej, w której był szaleńczo zakochany.

Od tego dnia jego życie stało się piekłem. Miotał się między dwoma biegunami: w domu czekała na niego prawdziwa miłość — rodzina, synowie, jego Sofia, która zaczęła zauważać jego chłód i cierpieć w milczeniu, nie rozumiejąc przyczyny. A w pracy czekało na niego widmo, obsesja, ucieleśnienie jego szalonego i nieusuwalnego ideału.

Lika szybko zrozumiała sytuację. Nie była ślepa i widziała jego zachwycone, zagubione spojrzenie. Wiedziała, że jest żonaty, ale najwyraźniej uznała to za nieistotny szczegół. Łapała jego wzrok i uśmiechała się do niego w szczególny, obiecujący sposób. Jakby mówiła: „Wiem, czego chcesz. I to jest możliwe”.

A potem nadszedł ten przerażający i kuszący moment. Kierownictwo wysłało ich oboje na trzydniowe sympozjum do innego miasta. Wszystko było jak zapisane z góry. Pokoje w tym samym hotelu. Koledzy, którzy wieczorem na pewno znajdą sobie zajęcie. I okazja, której — jak szeptało pragnienie — nie wolno było przepuścić.

— Wiktor z planowania spędzi noc w barze, a ja dzielę pokój z Anią — ona i tak na pewno wymknie się do swojego chłopaka. Jesteśmy dorośli, Arseny. Jak długo jeszcze będziesz się ukrywał przed samym sobą? — powiedziała Lika, a jej słowa zabrzmiały jak wyrok.

Zgodził się. Powiedział sobie: tak, jestem okropnym człowiekiem. Ale może kiedy to zrobię, pozbędę się tych wszystkich głupot. Może czar pryśnie, kiedy jej dotknę. Przecież ona tak bardzo przypomina dawną Sofię. To prawie nie zdrada — to powrót do przeszłości.

Sympozjum było nieznośnie monotonne. Arseny nie usłyszał ani jednego słowa z prezentacji. Widział tylko jej profil, jej cienkie palce odgarniające kosmyk włosów. Serce waliło mu jak oszalałe.
 

Wreszcie ostatnia sesja dobiegła końca. Lika podeszła tak blisko, że poczuł jej perfumy — lekkie, kwiatowe, zupełnie inne niż słodka wanilia Sofii.

— Chodźmy teraz. Ania już wyszła. Nie mamy dużo czasu — szepnęła.

I poszedł. Nogi miał jak z waty, a w gardle gulę. Podjął decyzję.

Pokój był standardowy, banalny: wykładzina, dwa łóżka, szafki nocne, telewizor. Drzwi zamknęły się z kliknięciem i Lika natychmiast przycisnęła się do niego, oplatając ramionami jego szyję. Przeszył go dziwny wstyd pomieszany z paniką. Jego ciało zesztywniało. Żeby rozładować napięcie, starym domowym zwyczajem, żartobliwie połaskotał ją dwoma palcami po bokach.

Krzyknęła — nie zaskoczonym śmiechem, lecz poirytowanym, piskliwym głosem:

— Ała! Przestań! Nie znoszę, kiedy ktoś mnie łaskocze!

Arseny odskoczył, jakby się oparzył. Jego Sofia zawsze odpowiadała na takie zaczepki szczęśliwym, zawstydzonym śmiechem, a potem kontratakiem. Dlaczego tutaj wszystko było inne?

Nadąsana Lika odsunęła się od niego.

— Rozluźnij się, będę szybka — powiedziała łagodniej, po czym zniknęła w łazience.

Szum bieżącej wody wydawał się ogłuszający. Zdjął krawat, czując się jak najgorszy łajdak. Ręce mu drżały. Próbował wyobrazić sobie, co w tej chwili robią jego synowie, co myśli Sofia… ale myśli mąciły się i urywały.

Drzwi łazienki się otworzyły. Lika wyszła w krótkiej jedwabnej sukience, odsłaniającej jej długie nogi. I znów fala pożądania zalała go, na chwilę zmywając wyrzuty sumienia. Zaczął pośpiesznie rozpinać koszulę. Była droga, z ciężkimi spinkami do mankietów — prezent od rodziców na ostatnie okrągłe urodziny. Spinki nie były zwyczajne; były grawerowane, jedna z niewielu kosztownych rzeczy, na które sobie pozwalał.

I właśnie w tej chwili ktoś zapukał do drzwi.

Lika, marszcząc brwi, uchyliła drzwi. Na zewnątrz głos ich szefa zapraszał wszystkich do baru „na networking”. Lika ze słodkim uśmiechem wymówiła się bólem głowy. Drzwi się zamknęły.

— Na co czekasz? — zapytała z lekkim wyrzutem, podchodząc bliżej.

Arseny wrócił do spinek. Jego palce, zwykle tak zręczne, nagle stały się sztywne. Jedna spinka wyślizgnęła się, zadźwięczała o podłogę i potoczyła się gdzieś pod łóżko.
 

Oto on, w decydującym momencie swojego upadku, czołgał się na kolanach po hotelowej wykładzinie w poszukiwaniu głupiej spinki do mankietu! Czuł się śmiesznie upokorzony. Wreszcie mały metalowy krążek odnalazł się tuż przy ścianie.

Podniósł się, próbując zachować resztki godności, i zabrał się za rozporek. Ale zamek się zaciął. Szarpał suwak na próżno, a pot perlił mu się na czole. Lika patrzyła na niego z dziwnym uśmiechem — mieszaniną zniecierpliwienia i litości.

Znów ktoś zapukał do drzwi. Tym razem mocno i natarczywie.

— Obsługa hotelowa! — zawołał młody, wesoły głos.

Nie myśląc, Arseny warknął:

— Niczego nie zamawialiśmy!

Z korytarza dobiegło zakłopotane jąkanie:

— O kurczę… To jest trzy-dwanaście? Powinienem… powinienem iść do trzy-dwadzieścia jeden! Przepraszam, ludzie, to mój drugi dzień!

Lika roześmiała się nerwowo. Arseny znów z całej siły pociągnął za zamek. Nic z tego.

I wtedy rozległo się trzecie pukanie. To nie było zwykłe pukanie, lecz prawdziwy werbel. Za drzwiami zabrzmiał pijany, bełkotliwy głos:

— D-Dasza… Jest tu Dasza? Potrzebuję Daszy! Daria Seliw… Seliwanowa! Gdzie ona jest?

— Nie ma tu żadnej Daszy! — krzyknęła prawie Lika, tracąc ostatki opanowania.

— J-jak to nie ma? To gdzie ona jest? — szczerze zdziwił się pijany głos.

— Odejdź! Daj nam spokój! — ryknął Arseny, przelewając w ten krzyk całą swoją złość — na siebie, na sytuację, na tę przeklętą spinkę i ten cholerny zamek.

Na korytarzu zapadła cisza, po której nastąpiły niewyraźne przeprosiny i oddalające się kroki.

Cisza w pokoju aż dźwięczała. Arseny stał z opuszczoną głową, z rozpiętą koszulą opadającą na nieposłuszne spodnie. Spojrzał na Likę — na tę idealną, ale obcą twarz. I nie poczuł absolutnie nic. Ani kropli pożądania, które przyprowadziło go do tego pokoju.

Zamiast tego zalała go fala oszałamiającego, kosmicznego absurdu całej sytuacji. On, Arseny, szanowany specjalista, kochający ojciec, wzorowy mąż i głowa rodziny, stał w hotelowym pokoju z inną kobietą, z zaciętym rozporkiem, prezentem od rodziców toczącym się po podłodze, podczas gdy ktoś na korytarzu szukał mitycznej Darii Seliwanowej.

To nie było przeznaczenie. To była farsa. Prostacki, wulgarny i ogłuszający znak z góry.

Powoli, niemal automatycznie, zaczął wkładać koszulę w spodnie.

— Wybacz, Lika. To się nie wydarzy. Nie mogę. Ja… nie mam do tego prawa.

Przyjrzała mu się z chłodną ciekawością.

— To wyjaśnij mi jedno. Myślałam, że jestem w twoim typie. Chude, małe. Dlaczego więc ożeniłeś się z Sofią? Teraz ona jest… no wiesz… trochę zaokrąglona.
 

Arseny zamknął oczy. W jego wnętrzu zapalił się obraz: Sofia w białej sukni ślubnej, niczym porcelanowa lalka. A potem drugi: Sofia śpiąca obok niego, silna, ciepła, pachnąca mlekiem i kremem dla dzieci. Jego Sofia. Jego jedyna.

— Prawdopodobnie dlatego, że ona jest Sofią. Nie ma drugiej takiej w całym wszechświecie. I chyba właśnie zrozumiałem, że to, co mnie pociąga, to nie „Calineczki”. Pociąga mnie Miłość. A ona ma tylko jedno imię i jedną twarz.

Lika westchnęła.

— Szkoda. Podobałeś mi się. Ale chyba nie było nam pisane.

— Nie — powiedział Arseny cicho, lecz bardzo wyraźnie. — To właśnie musiało się wydarzyć. Taki rodzaj przeznaczenia, które podstawia ci nogę w ostatniej chwili, kiedy idziesz prosto ku przepaści.

Wyszedł z pokoju, nie oglądając się za siebie. Odetchnął głęboko. Poczuł, jak spadają z niego łańcuchy, jak umysł się rozjaśnia, a serce wreszcie zaczyna bić właściwym, jedynym prawdziwym rytmem. W milczeniu podziękował tam w górze młodemu boyowi hotelowemu, towarzyskiemu szefowi, zaciętemu zamkowi, urodzinowym spinkom do mankietów i pijanemu wielbicielowi tajemniczej Daszy. Wszechświat postawił wszystkie kropki nad i w najbardziej widowiskowy sposób.

Wrócił do domu w środku nocy. Światło było zapalone. Sofia siedziała w salonie na kanapie, z nogami podkulonymi pod siebie. Oglądała stary, spokojny film, ale po jej twarzy domyślił się, że nie spała, że na niego czekała. W jej oczach widać było nieme pytanie i cień niepokoju.

— I jak było na seminarium? — zapytała, starając się zachować spokojny głos.

Arseny podszedł do kanapy, uklęknął przed nią i ujął jej dłonie w swoje. Były ciepłe i trochę szorstkie od pracy z ciastem.

— Nieznośnie nudno. Tęskniłem za tobą tak, że aż bolało mnie serce. Tęskniłem za tobą w każdej sekundzie — powiedział, a każde słowo było czystą prawdą wypływającą z głębi jego oczyszczonej duszy.

Spojrzał na nią — prawdziwą, żywą, swoją. Jej gęste włosy zebrane w niedbały kok, jej pełne, dobre dłonie, jej silne i wspaniałe ciało, które dało mu dwóch synów. Zalała go fala czułości, wdzięczności i namiętności, i nie mógł się powstrzymać: po swojemu, jak dawniej, delikatnie połaskotał ją palcami w bok.

Sofia krzyknęła. Ale nie tak jak Lika. Wybuchnęła tym szczęśliwym, radosnym, trochę zawstydzonym śmiechem — takim, na jaki człowiek pozwala sobie tylko w domu, przy najbliższych. I natychmiast odpowiedziała mu tym samym.

I w tej chwili Arseny zrozumiał, że to, co wywoływało u niego gęsią skórkę, ten dreszcz szczęścia, wcale nie było kruchą elegancją. Jego prawdziwym narkotykiem, jego jedynym ideałem, był ten śmiech. Jej śmiech. Śmiech jego żony. I niczego więcej nie potrzebował.