„Skoro tu przyjechaliście, możecie odjechać w ten sam sposób” — powiedziała Albina, odmawiając wpuszczenia swoich nachalnych krewnych na daczę.
Dacza nie przypadła jej w spadku ani nie została jej podarowana. Kupiła ją sama, za własne pieniądze, które odkładała przez kilka lat. Oszczędzała po trochu, odmawiała sobie wielu rzeczy, nigdy nie wyjeżdżała na wakacje i odkładała zakup nowych ubrań, mimo że wiele z jej rzeczy od dawna nadawało się już do wymiany.
Kiedy agent nieruchomości w końcu pokazał jej posiadłość — niewielką działkę z solidnym domkiem, jabłoniami rosnącymi wzdłuż ogrodzenia i krzewami porzeczek przy furtce — Albina od razu wiedziała, że to właśnie to miejsce. Dokładnie takie, o jakim marzyła podczas długich zimowych wieczorów, kiedy za oknem huczało miasto, a sąsiedzi z góry puszczali muzykę do północy.
Wprowadziła się na początku maja, kiedy ziemia zdążyła już odmarznąć po zimie i pachniała wilgocią oraz obietnicą nowego początku. Swoje mieszkanie w mieście wynajęła spokojnej parze — porządnym ludziom, którzy płacili na czas i nie zawracali jej głowy niepotrzebnymi telefonami. Czynsz pokrywał jej codzienne wydatki, utrzymanie domu, zakup nasion i sadzonek. Wszystko układało się dokładnie tak, jak sobie wymarzyła.
Pierwsze lato zaczęło się wspaniale. Albina wstawała wcześnie, piła herbatę na werandzie i słuchała ptaków. Sadziła pomidory, pieliła grządki i czytała książki, które od lat czekały na jej półkach.
Jej sąsiadka zza płotu, Walentina Stiepanowna, okazała się miłą kobietą. Wymieniały zwykłe sąsiedzkie uwagi — dokładnie tyle kontaktu, ile trzeba, ani za dużo, ani za mało.
Kłopoty przyszły z najmniej oczekiwanej strony, choć, gdyby Albina była ze sobą całkiem szczera, być może powinna była się ich spodziewać.
Jej siostra Raisa dowiedziała się o daczy mniej więcej w połowie tego pierwszego lata — może od jakiejś wspólnej znajomej, a może sama Albina niechcący się wygadała podczas rozmowy o pomidorach czy jabłoniach. Raisa potrafiła uważnie słuchać i wyciągać wnioski.
— Dacza? — powtórzyła takim tonem, jakby mowa była o ukrytym skarbie. — Kupiłaś daczę?
— Tak — potwierdziła Albina, już czując nieprzyjemny ucisk w brzuchu.
— No proszę, proszę — powiedziała Raisa.
I w tych słowach było wszystko: zazdrość, kalkulacja i początek planu, który właśnie zaczynał nabierać kształtów.
Tydzień później zadzwoniła siostrzenica Albiny, Oksana.
— Ciociu Alu, słyszeliśmy, że masz daczę. Możemy przyjechać na weekend? Dzieci potrzebują świeżego powietrza — są już kompletnie wykończone miastem.
Albina nigdy nie umiała odmawiać krewnym z dziećmi. To był jej słaby punkt i dobrze o tym wiedziała.
Powiedziała więc:
— Przyjeżdżajcie.
Pożałowała tego natychmiast po odłożeniu słuchawki, ale słowo już się rzekło.
Oksana przyjechała z mężem Giennadijem i dwójką dzieci: chłopcem w wieku około ośmiu lat i młodszą dziewczynką. Giennadij był głośny, zajmował sobą zbyt dużo przestrzeni i od razu ruszył do kuchni, żeby bez pytania otworzyć lodówkę.
Dzieci biegały po całym ogrodzie, mimo próśb Albiny, żeby trzymały się ścieżek. Chłopiec podeptał połowę truskawek, a dziewczynka zerwała kilka niedojrzałych ogórków, nadgryzła kilka z nich i zostawiła pod jabłonią.
Po ich wyjeździe w domu panował szczególny rodzaj bałaganu: nie tylko porozrzucane rzeczy, lecz chaos, który zdawał się wnikać wszędzie — okruszki na kanapie, ślady po szklankach na drewnianym stole, błotniste odciski na werandzie i zepsuty skobel przy drzwiach szopy.
Albina sprzątała w milczeniu.
Postanowiła potraktować to jako jednorazowy wypadek. Goście to goście. Dzieci to dzieci.
Ale po Oksanie zaczęli przyjeżdżać inni.
Dwa tygodnie później zadzwoniła jej kuzynka Ludmiła z sąsiedniego miasta. Planowała przyjechać z mężem i swoją matką — starszą kobietą, która „potrzebowała pobyć trochę na łonie natury”.
Albina znowu się zgodziła, choć tym razem znacznie mniej chętnie.
Mąż Ludmiły spędził cały weekend przy grillu, spalając cały stos drewna, który Albina wcześniej starannie poukładała.
Starsza kobieta zajęła jedyny wygodny fotel i bez przerwy czegoś żądała — najpierw herbaty, potem poduszki, potem zamknięcia okna, a następnie ponownego jego otwarcia.
Ludmiła pomagała w pracach tylko wtedy, gdy wydawało jej się, że ktoś na nią patrzy. Potem siadała i zaczynała przewijać ekran telefonu.
Kiedy wyjechali, zapomnieli worka ze śmieciami na werandzie i zostawili w łazience jakiś obcy ręcznik — brudny i kompletnie przemoczony.
Po trzeciej wizycie — tym razem przyjechał brat Raisy, Paweł, z żoną i dorosłym synem, milczącym młodym człowiekiem, który jadł za trzech, a przez cały pobyt nie wypowiedział nawet dziesięciu słów — Albina zadzwoniła do siostry.
— Raisa — powiedziała, próbując zachować spokój — powiedziałaś wszystkim o daczy?
— A co w tym złego? — odpowiedziała Raisa lekko urażonym tonem, jakby została niesłusznie o coś oskarżona. — To rodzina, nie obcy.
— Rodzina zostawia po sobie bałagan. Skobel jest zepsuty, truskawki podeptane, a drewna prawie już nie mam.
— Och, Albina, nie zachowuj się jak dziecko. Skobel kosztuje grosze, truskawki odrosną, a drewna można narąbać więcej. Naprawdę jesteś aż tak skąpa wobec własnej rodziny?
— Nie o to chodzi.
— To o co?
Nie dało się tego Raisie wytłumaczyć.
Albina próbowała. Mówiła o przestrzeni osobistej, wyjaśniała, że jej dacza nie jest ani sanatorium, ani hotelem. Tłumaczyła, że to teraz jej dom — jej jedyny dom — a nie miejsce publiczne dostępne dla każdego.
Raisa słuchała jednym uchem, a w końcu powiedziała:
— Zawsze byłaś trochę egoistką. Od dzieciństwa.
Na tym rozmowa się skończyła.
Później Albina długo siedziała na werandzie i patrzyła na jabłonie. Wieczór był spokojny, a gdzieś niedaleko unosił się delikatny zapach świeżo skoszonej trawy.
Myślała o tym, jak przez całe życie starała się nie być egoistką. Pomagała ludziom, wspierała ich, pożyczała pieniądze, których nikt nie spieszył się oddawać, słuchała cudzych problemów i nigdy nie obciążała innych własnymi.
A teraz próbę ochrony własnego domu nazywano egoizmem.
Było w tym coś głęboko niesprawiedliwego, ale wciąż nie potrafiła dokładnie nazwać, na czym polegał problem.
Lato trwało dalej.
Krewni nadal przyjeżdżali, teraz już z niemal bezczelną regularnością, jakby ustalili sobie grafik. Zjawiali się w weekendy, czasem uprzedzając dzień wcześniej, czasem po prostu dzwoniąc z drogi:
— Już jedziemy. Wyjdź nas przywitać.
Za każdym razem Albina otwierała bramę, karmiła ich i sprzątała po nich.
Za każdym razem coś było zepsute, podeptane albo używane bez pozwolenia.
Pewnego dnia odkryła, że Giennadij — głośny mąż Oksany — wszedł do szopy i bez pytania zabrał jej narzędzia ogrodowe: łopatę, grabie i kilka innych rzeczy.
— Tylko pożyczam — wyjaśnił, kiedy Albina zapytała.
Kiedy je oddał, łopata była złamana.
— Nic się nie stało. Kupisz sobie nową. Ta i tak była słaba — powiedział Giennadij bez najmniejszego zażenowania.
Potem Ludmiła zostawiła ości i rybie głowy bezpośrednio na kuchennym stole. Przez noc zaczęły się psuć i śmierdziały tak okropnie, że Albina musiała wietrzyć cały dom.
Później jedno z dzieci wybiło szybę w szklarni.
Nikt się nie przyznał.
Nikt nie zaproponował, że zapłaci.
Albina trzymała wszystko w sobie, jakby ktoś wrzucał kamienie do torby.
Po cichu.
Ostrożnie.
Jeden po drugim.
Zadzwoniła ponownie do Raisy.
Raisa znowu ją zbyła.
Któregoś dnia, zirytowana, powiedziała:
— Albina, musisz zrozumieć: ludzie przyjeżdżają cię odwiedzać. To zaszczyt. Powinnaś się cieszyć, że ludzie chcą do ciebie przyjeżdżać.
— Nie chcę być potrzebna w taki sposób — odpowiedziała Albina.
— No dobrze — powiedziała Raisa. — To mieszkaj tam sama ze swoimi grządkami.
Miało to zabrzmieć jak obelga.
Ale Albina pomyślała: właściwie brzmi wspaniale.
Mieszkać samej ze swoim ogrodem.
Dokładnie tego chciała.
Jesienią najazdy trochę osłabły. Sezon ogrodniczy zbliżał się do końca, a romantyczny urok życia na wsi przestał już działać na pozostałych.
Albina odetchnęła z ulgą.
Powoli zaczęła naprawiać wszystko, co zostało zniszczone. Naprawiła zamek, wymieniła stłuczoną szybę w szklarni i kupiła sobie nową łopatę.
Jej sąsiadka Walentina Stiepanowna, która przez całe lato obserwowała korowód gości, pokręciła głową ze współczuciem.
— Jesteś za dobra — powiedziała. — Dobrych ludzi zawsze się wykorzystuje.
— Wiem — odpowiedziała Albina.
— To dlaczego na to pozwalasz?
— Nie umiem mówić „nie”.
Walentina Stiepanowna spojrzała na nią ze zrozumieniem. Najwyraźniej sama miała podobną historię.
Piły herbatę na werandzie i milczały o rzeczach, które obie rozumiały bez konieczności wypowiadania ich na głos.
Zima była spokojna.
Albina paliła w piecu, czytała, robiła na drutach i spacerowała po zaśnieżonych ścieżkach.
Krewni nie przyjeżdżali. Było za daleko, za zimno i zwyczajnie już im się to nie opłacało.
Albina cieszyła się ciszą.
I myślała.
Myślała bardzo dużo.
Przez całe życie uczono ją, że rodzina jest święta. Że swoich nigdy nie wolno porzucać. Że trzeba się dzielić, pomagać i znosić.
Że jeśli odmawia się krewnemu, jest się złym człowiekiem — egoistą i skąpcem.
Te przekonania były w niej zakorzenione tak głęboko, że nawet nie zauważyła momentu, w którym przestały jej pomagać, a zaczęły ją krzywdzić.
Myślała o łopacie.
O szybie w szklarni.
O truskawkach.
O worku ze śmieciami pozostawionym na werandzie.
O śladach po szklankach na drewnianym stole.
I o tym, że żadne z nich nigdy nie przeprosiło. Ani razu.
Nie dlatego, że koniecznie byli złymi ludźmi.
Po prostu nigdy nie przyszło im do głowy, że jest za co przepraszać.
W ich wyobrażeniu dacza Albiny w jakiś sposób stała się wspólną własnością — rodzinnym domem wypoczynkowym.
A sama Albina była częścią tego domu wypoczynkowego.
Obsługą.
Wiosną wiedziała już, co musi zrobić.
Nie była zła.
To było ważne — nie była zła.
Gniew byłby niestabilnym fundamentem.
Po prostu wszystko zrozumiała.
Wyraźnie.
Spokojnie.
Tak jak człowiek w końcu rozumie coś, co właściwie wiedział od lat, ale dopiero teraz nauczył się ubierać to w słowa.
Pierwszy ciepły weekend maja przyniósł pierwszy telefon.
Oksana.
— Ciociu Alu, jedziemy! Dzieci chcą świeżego powietrza. Będziemy za jakieś dwie godziny.
— Nie — powiedziała Albina.
Zapadła cisza.
— Jak to: nie?
— Nie przyjeżdżajcie. Nie spodziewam się gości.
— Ale my… — Oksana zabrzmiała na zdezorientowaną. — Już się szykujemy.
— To przestańcie się szykować.
Oksana zadzwoniła do Raisy.
Raisa zadzwoniła do Albiny.
Rozmowa była trudna.
Raisa mówiła o rodzinie, o tym, że tak się nie postępuje, o potrzebie świeżego powietrza dla dzieci i o tym, że Albina staje się dla nich obcą osobą.
Albina słuchała.
Potem powiedziała:
— Raisa, to mój dom. Mieszkam tutaj. Nie przyjmuję niezaproszonych gości.
— Ale to rodzina!
— Rodzina nie niszczy cudzych rzeczy i nie zostawia po sobie śmieci.
Raisa obraziła się i rozłączyła.
Najwyraźniej jednak lekcja nie została zrozumiana. Albo przynajmniej nie do końca.
W następny weekend zadzwoniła Ludmiła. Ona również „przyjeżdżała” i „już była w drodze”.
Albina odpowiedziała dokładnie tak samo.
Ludmiła obraziła się trochę mniej niż Oksana, ale i tak była urażona.
A potem nadszedł tamten weekend.
Był ciepły czerwcowy dzień.
Albina od rana pracowała w ogrodzie, sadząc rozsady pomidorów.
Dzień był piękny — spokojny i słoneczny, z lekkim wiatrem.
Miała na sobie swój stary ulubiony fartuch, włosy schowane pod chustką, a dłonie ubrudzone ziemią.
Właśnie taka — niezauważana, bez potrzeby udawania czegokolwiek przed kimkolwiek — czuła się najszczęśliwsza.
Samochód pojawił się krótko przed południem.
Albina usłyszała silnik, zanim go zobaczyła. Z ogrodu dobrze było widać drogę biegnącą przed posesją.
Wyprostowała się, zdjęła jedną rękawiczkę i osłoniła oczy dłonią przed słońcem.
Rozpoznała samochód.
Giennadij.
Oksana.
Dzieci.
I chyba jeszcze ktoś — na tylnej kanapie widziała dodatkowe sylwetki.
Samochód zatrzymał się przed bramą.
Giennadij zatrąbił.
Krótko i pewnie, jakby przyjechał do siebie.
Miał ten irytujący zwyczaj trąbienia, jakby wjeżdżał do własnego garażu.
Albina się nie poruszyła.
Giennadij wysiadł z samochodu.
Podszedł do bramy i pociągnął za nią.
Zamknięta.
Zajrzał przez szczeliny między sztachetami.
— Ciociu Alu! Jesteśmy!
Albina powoli zdjęła drugą rękawiczkę.
Ruszyła w stronę bramy bez pośpiechu, we własnym tempie.
Zatrzymała się po drugiej stronie i spojrzała na Giennadija, na Oksanę, która wysiadła z samochodu i osłaniała oczy przed słońcem, oraz na dzieci, które już niecierpliwiły się przy bramie.
— Cześć, Giena — powiedziała Albina.
— No hej! Otwieraj, przyjechaliśmy — powiedział Giennadij z szerokim uśmiechem, który już od dawna nie wydawał się jej przyjazny.
— Nie spodziewałam się was.
— No i co z tego? Przyjechaliśmy bez zapowiedzi. Tak właśnie działa rodzina.
— Nie — powiedziała Albina.
Giennadij przestał się uśmiechać.
— Jak to nie?
— Nie otworzę bramy.
— Mówisz poważnie? — Oksana podeszła i stanęła obok męża. — Ciociu Alu, jechaliśmy ponad godzinę. Dzieci są zmęczone. Przyjechaliśmy do ciebie. Jesteśmy rodziną.
— Przyjechaliście bez zaproszenia. Nie zapraszałam was.
— Ale jesteśmy rodziną! — Oksana podniosła głos. — Tak się nie traktuje bliskich. Co ludzie powiedzą?
— Nie obchodzi mnie, co powiedzą ludzie.
Osoby siedzące z tyłu również wysiadły: brat Raisy, Paweł, i jego żona Nina.
Cała delegacja.
Albina patrzyła na nich.
Stali trochę z boku, skrępowani, jak ludzie, którzy rozumieją, że trafili w niewłaściwe miejsce i w niewłaściwym momencie, ale nie chcą się do tego przyznać.
— Albina — powiedział Paweł pojednawczym tonem — no już, nie złość się. Skoro jesteśmy na miejscu, wpuść nas. Napijemy się herbaty i pojedziemy.
— Nie, Pasza.
— Jak to nie?! — Giennadij znowu podniósł głos.
I to był jego błąd.
— Co to w ogóle ma być?! Człowiek mieszka sam w dużym domu, przyjeżdża rodzina, przyjeżdżają dzieci, a ona mówi „nie”! To jest normalne?!
Albina spojrzała na niego.
Spokojnie.
Bez gniewu.
Odkryła, że naprawdę nie czuje już żadnej złości.
Tylko cichą pewność, równie solidną jak ziemia pod jej stopami.
— Giena — powiedziała — to jest mój dom. Nie należy do rodziny. To nie jest wspólna własność. To nie jest pensjonat. Jest mój. Ja tutaj mieszkam.
— Niszczyłeś moje rzeczy, deptałeś mój ogród, używałeś moich rzeczy bez pozwolenia i ani razu nie przyszło ci do głowy, żeby przeprosić.
— Długo to znosiłam.
— Już nie.
— Naprawdę robisz to wszystko przez jakąś łopatę?!
— Nie chodzi o łopatę.
— To o co?!
— O to, że to mój dom.
Zapadła długa cisza.
Dzieci również ucichły — dzieci zawsze wyczuwają napięcie między dorosłymi.
Oksana spojrzała na męża.
Nina wpatrywała się w ziemię.
Paweł odwrócił wzrok.
— I co mamy teraz zrobić, po prostu odjechać? — zapytała w końcu Oksana.
Jej głos stał się cienki i urażony.
— Jechaliśmy taki kawał drogi. Mieliśmy plany. Dzieci na to czekały.
Albina spojrzała na nią.
Potem popatrzyła na dzieci stojące przy samochodzie.
Były wyraźnie zmęczone.
Było jej ich żal.
Dzieci.
Ale nie na tyle, żeby otworzyć bramę.
— Skoro tu przyjechaliście — powiedziała — możecie odjechać w ten sam sposób.
Nie zabrzmiało to okrutnie.
Brzmiało po prostu jak stwierdzenie faktu.
Jak zamknięte drzwi, za którymi mieszka człowiek mający pełne prawo decydować, kogo wpuszcza do własnego domu.
Giennadij zaklął pod nosem i wrócił do samochodu.
Oksana została jeszcze przez chwilę, patrząc na Albinę z mieszaniną urazy, zaskoczenia i czegoś, co niemal przypominało szacunek — choć zapewne sama nie zdawała sobie z tego sprawy.
Potem również wróciła do samochodu.
Dzieci poszły za nią.