Marina stała pośrodku kuchni, trzymając widelec w dłoni, ale ani razu nie zdołała donieść go do ust. Miała minę kobiety, której właśnie ogłoszono awans — tylko nikt nie wspomniał, że premii nie będzie.
— Więc… pozwól, że dobrze zrozumiem… to, co przed chwilą powiedziałeś, było żartem, prawda? — Jej głos pozostawał spokojny, ale pod tym spokojem kryło się coś ostrego. — Czy może wszyscy, całą rodziną, postanowiliście sprawdzić, ile jeszcze wytrzymam?
Siergiej, ubrany w stary T-shirt z dawno zapomnianego festiwalu rockowego, stał przy stole i mieszał sałatkę łyżką, jakby rozwiązanie ich rodzinnych problemów mogło kryć się pod plasterkiem ogórka. Nie kryło się. Podobnie jak krewetki — zniknęły po pierwszym toaście.
Przy oknie, leniwie rozwalony na stołku, siedział Witalik — młodszy brat Siergieja. Czuł się najwyraźniej jak u siebie: dres, klapki, puszka piwa w dłoni. Nogi trzymał na zupełnie nowej białej pufie, którą Marina wybrała po trzech godzinach spędzonych w IKEA. Niegdyś nieskazitelnie biała powierzchnia nosiła teraz ślad jego szorstkiej pięty i podejrzany ciemny krąg pozostawiony przez puszkę.
— Czemu tak się denerwujesz, Marin? — powiedział z pełnymi ustami. — Przecież jesteśmy… rodziną, nie?
— Rodziną?! — Marina gwałtownie się odwróciła. — A ty właściwie kim masz być? Wrogim przejmującym? Hydraulikiem z przypadku? Dlaczego dorosłemu człowiekowi trzeba przypominać, że nie wchodzi się do cudzego mieszkania bez pozwolenia?
— Przyszedłem do brata! — Witalik zwrócił się do Siergieja. — Sieriog, powiedz jej…
— Siergiej, powiedz mi — Marina skierowała wzrok na męża — kiedy zamierzasz oddać swoje mieszkanie swojej matce? Czy może to normalne, że twój ukochany młodszy braciszek nagle tak bardzo przywiązał się do mojego?
Siergiej powoli podniósł wzrok, jakby szukał odpowiedniego słowa — chociaż jedyne słowa, jakie przychodziły mu do głowy, były przekleństwami.
— Marin, po co tak się nakręcasz? On tylko zapytał… Rozważa swoje możliwości.
— Możliwości?! — Marina zaśmiała się krótko i bez radości. — Co ty jesteś, portal nieruchomości? Nie wystawiałam swojego mieszkania na sprzedaż.
— Nikt ci niczego nie zabiera — mruknął Siergiej.
— Jeszcze nie — poprawiła go Marina. — Ale już mam ciarki.
Usiadła powoli i dostojnie, jak ktoś, kto już wie, że wyrok zapadł.
Witalik odstawił puszkę piwa, wstał i przeciągnął się.
— Może po prostu masz zły humor, co? Kobiety tak mają… no wiesz, w niektóre dni. Mama mówiła…
— Jeśli powiesz jeszcze jedno słowo o „tych dniach”, wyryję ci kalendarz na czole — powiedziała Marina miękkim, niemal czułym głosem.
Witalik opadł z powrotem na stołek.
Zegar na ścianie zdawał się tykać głośniej niż zwykle, odliczając minuty do zatonięcia czegoś, co wciąż nazywali małżeństwem.
— Został bez miejsca do życia — zaczął Siergiej, jakby powtarzał to zdanie przez cały ranek. — Wiesz, przez swoją byłą…
— Mam gdzieś, z czyjej winy nie ma gdzie mieszkać! — głos Mariny się podniósł. — Nie mam absolutnie żadnego obowiązku wobec twojego brata! To mieszkanie jest moim marzeniem! Pracowałam osiem lat, żeby tu dojść! A ty chcesz, żebym przygarnęła pasożyta, który nigdy nie widział pieniędzy poza emeryturą swojej matki?!
— Nie mów tak o Witaliku — powiedział cicho Siergiej. — On się stara…
— Gdzie?! Kiedy?! — wykrzyknęła Marina, zrywając się z miejsca. — Kiedy siedział tu trzy dni i nie umył ani jednej filiżanki? Czy wtedy, kiedy pouczał mnie o „dochodzie pasywnym”, gdy ja szłam do pracy z gorączką?
— Ja… tylko żartowałem — mruknął Witalik.
— Prawdziwy żart zacznie się wtedy, kiedy zadzwonię na policję i będziesz musiał wyjaśniać, jak znalazłeś się w cudzym mieszkaniu w kapciach, pijąc piwo.
Siergiej zaczął chodzić tam i z powrotem.
— Spróbujmy nie krzyczeć…
— Ty mnie w ogóle słuchasz, Sierioga? Czy zamierzasz schować się za lodówką i czekać, aż wszystko samo magicznie się rozwiąże?
— Wiesz, że mamie jest ciężko. Jej serce…
— A moje to pompa wodna? — Marina długo na niego patrzyła. — Różnica polega na tym, że jej serca bronisz. Moje możesz najwyraźniej wyrzucić prosto do śmieci.
Wzruszył ramionami i usiadł, wpatrując się w podłogę.
Marina wzięła głęboki oddech.
— Jestem zmęczona, Sierioga. Zmęczona ciągłym udowadnianiem, że nie jestem wrogiem waszego świętego „ducha rodzinnego”. I nie chcę więcej widzieć tutaj twojego brata. Nawet na klatce schodowej.
— A jeśli wpadnę tylko się przywitać? — zapytał ostrożnie Witalik.
— Wtedy ochrona cię wyrzuci.
— Nie możesz tak traktować mojej rodziny… — zaczął Siergiej.
— Twojej rodziny? — prychnęła Marina. — A ja kim dla ciebie jestem — żoną czy wrogiem państwa? Bo tutaj czuję się jak siła okupacyjna, podczas gdy ty organizujesz ruch oporu.
Cisza. Nawet lodówka zdawała się przestać buczeć z zażenowania.
Marina powoli sprzątnęła ze stołu, a potem odłożyła widelec do zlewu, nie patrząc na Siergieja.
— Jutro pracuję — powiedziała bez emocji, tylko stanowczo. — Zamknij drzwi, kiedy będziesz wychodził. I zdejmij buty, Witalik. Podłoga jest nowa.
Odeszła, zostawiając obu mężczyzn w kuchni jak uczniaków czekających na burę — tylko dorosły nigdy nie przyszedł.
— Co to, do cholery, ma być?! — głos Mariny zabrzmiał ostrzej, niż zamierzała. Ale to nie był już tylko gniew. To było wyczerpanie — gęste, ciężkie, przygniatające ją niczym mokry wełniany koc. — Co za cyrk urządzasz w moim mieszkaniu?!
— Marin, znowu zaczynasz… — zaczął Siergiej, ale ona była już w przedpokoju, gdzie Witalik — z papierosem w ustach — powoli zdejmował trampki. Miał na sobie stary dres, który „zapomniał” tam miesiąc wcześniej, ten sam, który Marina niemal spaliła w zsypie na śmieci.
— Znowu ty?! — krzyknęła. — Wiesz, że nie chcę cię tutaj widzieć!
— Nie jestem sam — uśmiechnął się krzywo Witalik.
A za nim, niczym cień, pojawiła się Nastia. Minispódniczka. Różowa walizka. Jakby właśnie wracała do własnego domu.
— Cześć — powiedziała spokojnie Nastia, jakby brała udział w castingu do taniego sitcomu. — To ty jesteś właścicielką? Witalik powiedział, że tutaj wszystko jest trochę wspólne. Dopóki nie stanie na nogi…
Marina zamknęła oczy.
— Siergiej. Chodź tutaj. Teraz. Natychmiast.
Podszedł z pogniecioną miną, trzymając telefon w ręku. Próbował coś powiedzieć, ale natychmiast mu przerwała.
— Dla ciebie to jest normalne? Otworzyliśmy pensjonat? Co dalej — wynajmiemy balkon emerytom przez portal ogłoszeniowy?
— Marin, nie denerwuj się — wtrącił Witalik. — Potrzebujemy tylko kilku dni. Mama załatwi dokumenty i wtedy się wyprowadzę.
— Jakie dokumenty?! — Marina odwróciła się do Siergieja, który spuścił wzrok niczym dziecko, które połknęło coś niedobrego.
— Mama zasugerowała… — powiedział cicho — żeby przepisać mieszkanie na nas oboje. Na ciebie i na mnie. Dzięki temu w przyszłości nie trzeba będzie wszystkiego dzielić, gdyby coś się wydarzyło…
— Co?! — Pokój jakby się zachwiał i Marina złapała się framugi drzwi. — Ty mówisz poważnie? Chcesz, żeby moje mieszkanie stało się współwłasnością — przez twoją matkę — żeby Witalik mógł kiedyś dostać swoją część? Ira dała je mnie. Dokumenty są na moje nazwisko! A wy już dzielicie mój dom?!
— Marin, nie zaczynaj znowu — westchnął Siergiej. — Jesteśmy rodziną. Witalik jest tutaj tylko tymczasowo. Mama chce po prostu, żeby wszystko było prawidłowo załatwione. I bezpiecznie.
— Bezpiecznie dla kogo? — Marina podeszła bliżej. — Dla człowieka, który nigdy nie zapłacił żadnego rachunku? Czy dla tych, którzy uważają, że „prawidłowo” oznacza, że kobieta pracuje, sprząta, gotuje, a do tego jeszcze zapewnia dach nad głową obcym ludziom?
— Hej, nie jestem obcy! — zaprotestował Witalik. — Praktycznie tutaj dorastałem! Sierioga i ja spędzaliśmy tu wakacje. To rodzina. Wspomnienia…
— A ja mam nerwy! — wybuchła Marina. — I jeśli ty, Witalik, nie wyjdziesz z mojego mieszkania razem z Nastią — kimkolwiek ona jest — w ciągu pół godziny, dzwonię na policję. I wyjaśnię, że mieszkasz tutaj bez zgody właścicielki, używasz moich rzeczy, sprowadzasz ludzi i wieszasz swoje gacie na moim kaktusie!
— Jakim kaktusie? — Nastia zmrużyła oczy. — A, tym? Myślałam, że jest sztuczny. Po co tak krzyczysz? Masz problemy z pewnością siebie?
Marina chwyciła pilota od klimatyzacji i rzuciła nim o ścianę obok różowej walizki.
— Koniec. Mam dość. Siergiej. Masz wybór: albo powiesz swojemu bratu i jego farbowanemu blond „szczęściu”, żeby natychmiast wynieśli się z mojego mieszkania, albo dzwonię do odpowiednich służb. Składam zawiadomienie. I wnoszę o rozwód. Życie z tobą jest jak dzielenie mieszkania z karaluchami. Przynajmniej karaluchy nie palą i nie jedzą kawioru łyżką.
— Zwariowałaś — mruknął Witalik. — Mama mówiła, że jesteś histeryczką. Myślałem, że przesadza… Widocznie nie.
— Mama tak powiedziała? — Marina spojrzała Siergiejowi prosto w oczy. — Czyli wy też spędzacie czas na omawianiu moich wad, podczas gdy ja zarabiam pieniądze, za które twój brat zjada moją kiełbasę?
Siergiej westchnął.
— Uspokójmy się. Może mogłabyś zostać kilka dni u Iry, a ja porozmawiam z mamą, z Witalikiem…
— Albo ty się wyprowadzisz. Na zawsze — powiedziała cicho Marina.
Tak cicho, że nawet Nastia przestała żuć gumę.
— Co? — Siergiej zamrugał.
— Odejdź, Siergiej. Teraz. Zabierz swoje rzeczy — szorty, skarpetki, laptop. I tę małą ikonkę od twojej matki. Idź tam, gdzie ludzie cię słuchają. Gdzie traktują cię jak mężczyznę. Gdzie czujesz się dobrze. Nie tutaj. Nie wpuszczę cię z powrotem.
— Marin…
— Nie jestem już twoją Marin. Zdradziłeś mnie. W moim domu. Na moim terytorium. W mojej twierdzy.
Witalik coś mruknął, ale Marina już go nie słyszała. W głowie jej szumiało. Nie było łez — tylko ból twardy jak beton.
Siergiej bez słowa wszedł do sypialni. Dziesięć minut później wyszedł z torbą. Zatrzymał się w progu i spojrzał na nią. Nie spuściła wzroku.
— Przepraszam — powiedział.
— Za późno — odpowiedziała Marina.
Kiedy drzwi się zatrzasnęły, cisza w mieszkaniu stała się niemal fizyczna. Nawet lodówka zdawała się przestać buczeć. Tylko kaktus na parapecie obserwował wszystko bez słowa — zakurzony i przyozdobiony dziwną częścią bielizny. Marina delikatnie ją zdjęła, przetarła roślinę suchą serwetką, a potem odstawiła ją na miejsce.
— No cóż, kolego — szepnęła — damy sobie radę.
Pozostawała jeszcze teściowa. Jelena Pietrowna. Ta, o której wszyscy mówili, że „już przygotowuje dokumenty”.
Marina nagle zrozumiała: to nie był koniec.
To był dopiero środek.
Marina nie spała. Nie dlatego, że nie mogła. Sen po prostu przestał mieszkać w tym mieszkaniu. Nie po tym, jak próbowano „tymczasowo zameldować” bezrobotnego krewnego, jego dziewczynę, a zapewne wkrótce także kota.
Siedziała w kuchni — czystej, uporządkowanej, swojej. Obok stała zimna kawa. Na stole leżały jej paszport, akt własności, stary list od Iry oraz lista rzeczy do zrobienia:
Zmienić zamki.
Złożyć zawiadomienie.
Odwołać pełnomocnictwo.
Skonsultować się z prawnikiem.
Kupić porządną, dużą patelnię.
Patelnia była oczywiście symboliczna — dowodem na to, że teraz była sama. Sama ze sobą. Bez Siergieja. Bez jego „Rodziny Addamsów”.
Rozległ się dzwonek do drzwi.
Marina zamknęła oczy. Niepotrzebnie — już wiedziała, kto to.
— Dzień dobry, Marino. — Jelena Pietrowna weszła tak, jakby przekraczała próg szpitalnej sali, a Marina była niezdyscyplinowaną pacjentką, zaś ona pielęgniarką przysłaną, by ją poskromić. — Jechałam tutaj dwie godziny, żebyśmy porozmawiały jak cywilizowani ludzie. A ty nie odbierasz telefonu, nie dajesz znaku życia, wyrzuciłaś Siergieja. To według ciebie normalne?
— Zależy, jaką definicję normalności przyjmiemy — odpowiedziała spokojnie Marina, spuszczając wzrok na listę. — Według mnie nienormalne jest to, że ktoś próbuje odebrać mi mieszkanie.
— Odebrać?! — krzyknęła teściowa. — My ci pomagamy! Witalik mógł zostać na ulicy! A ty wyrzuciłaś go jak psa! On ma depresję, nawiasem mówiąc!
— Ja też mam depresyjny nastrój, nawiasem mówiąc. Tylko nie leczę go cudzymi metrami kwadratowymi. Może znaleźć pracę. Czy może uważasz, że kobieta powinna zajeżdżać się na trzech etatach, podczas gdy on szuka swojego „wewnętrznego spokoju”?
— Wiesz, że jest mu ciężko. A ja — jego matka — dźwigam to wszystko. Moja emerytura jest malutka. Myślałam, że zrozumiesz…
— Widziałam jego wersję „ciężkiego życia”. Jest całkiem wygodna. W centrum miasta. Z widokiem. I z lodówką pełną jedzenia, za które ja zapłaciłam.
— No proszę! — krzyknęła Jelena Pietrowna. — Przyjęłam cię jak rodzinę! Robiłam ci sałatkę, kiedy byłaś w szpitalu! A ty…
— …dostałam mieszkanie w prezencie. Moja przyjaciółka mi ufała. Bo wiedziała, że nigdy nie oddam go pasożytom. Nawet jeśli ci pasożyci są rodziną.
Teściowa wyjęła z torby teczkę.
— Proszę. Tutaj coś jest. Siergiej prosił. Rozmawialiśmy z prawnikiem… Można ustanowić współwłasność. Ty zachowasz większy udział, Siergiej dostanie coś, żeby nie został z niczym. Nie jesteśmy potworami. A ty — nadal jesteś żoną? Czy już nie?
Marina wstała.
— Naprawdę myślałaś, że się na to zgodzę? — podeszła bliżej. — Myślałaś, że podpiszę twój papier, oddam część własnego domu i zapomnę, jak go podeptaliście, jak twój Witalik zrobił tu burdel, jak radziliście mi, żebym poszła spać do przyjaciółki, podczas gdy wy „wszystko załatwicie”?
— Marina, przestań robić z tego tragedię — powiedziała Jelena Pietrowna, siadając jak na zebraniu klubu emerytów. — Jesteś dorosłą kobietą. Po co być tak upartą? Nie możesz przecież całe życie mieszkać sama. Jesteśmy rodziną…
— Nie — powiedziała Marina cicho i wyraźnie. — Nie jesteście moją rodziną. Rodzina chroni. Wy byliście gotowi przehandlować mnie jak zakładnika. Jesteście grupą. Bandą. Systemem wzajemnego krycia się. Nie rodziną.
Jelena Pietrowna znieruchomiała, a potem gwałtownie zaczęła zbierać swoje rzeczy.
— Dobrze. To żyj sama. Ze swoim kaktusem.
— Dziękuję — skinęła głową Marina. — Przynajmniej on nie kłamie, nie manipuluje mną i nie domaga się udziału we własności.
Teściowa zatrzasnęła drzwi.
Marina przekręciła klucz w zamku. Potem zamknęła górny zamek. Następnie założyła łańcuch. Wzięła głęboki oddech i powoli wypuściła powietrze.
Telefon się zaświecił. Wiadomość od Siergieja:
„Przepraszam. Myślałem, że uda nam się wszystko naprawić. Może później…”
Patrzyła na nią przez dwadzieścia sekund. Potem ją usunęła. Bez złości. Po prostu usunęła.
Dwa dni później wymieniła zamki. Tydzień później złożyła pozew o rozwód. Miesiąc później wynajęła pokój przez Airbnb, a swoje mieszkanie oddała w najem młodej parze: on studiował medycynę, ona była programistką. Oni potrzebowali go bardziej.
Marina wyjechała do Rygi. Żeby żyć. Żeby pomyśleć. Żeby posiedzieć nad morzem. Zabrała jedną walizkę.
I kaktusa.
W plastikowym wiadrze, owiniętego szalikiem.
To, co należy do ciebie — trzeba chronić.