Anna starła krople wody ze stołu kuchennego i spojrzała na zegar. Wpół do dziewiątej. Dmitry wciąż spał. Westchnęła głęboko, nalewając sobie kawy.
Trzy miesiące… Nie — minęło dokładnie pięć miesięcy, odkąd został zwolniony. Wtedy przysięgał, że znajdzie nową pracę w dwa tygodnie, maksymalnie trzy.
— Mam doświadczenie, kwalifikacje, referencje — mówił, spokojnie i pewnie stukając palcem w stół.
Ale tygodnie zamieniły się w miesiące, a Dima nadal był w domu.
Anna dopiła kawę i zaczęła pakować torbę. Czekał ją kolejny dwunastogodzinny dyżur w klinice. Pracy przybyło — o tej porze roku ludzie częściej chorowali, umawiali wizyty, a ona wciąż brała nadgodziny. A pieniędzy potrzebowali pilnie. Rachunki, zakupy, kredyt za samochód — ten sam samochód, którego Dima używał teraz głównie do jeżdżenia po mieście w poszukiwaniu „dobrej” pracy.
— Dima, wychodzę! — zawołała w stronę sypialni.
Cisza.
Zamknęła drzwi cicho, niemal bezszelestnie, jakby bała się obudzić to, co spało w niej samej — irytację, wyczerpanie, rozczarowanie.
Tego wieczoru Anna wróciła do domu wykończona. Nogi pulsowały jej z bólu, plecy dokuczały. Zdjęła buty w przedpokoju i usłyszała telewizor dobiegający z salonu. Dmitry siedział na kanapie, wpatrzony w ekran, na którym leciał program przyrodniczy.
— Cześć — powiedziała zmęczonym głosem.
— Cześć — odpowiedział, nie odrywając wzroku.
Anna poszła do kuchni i otworzyła lodówkę.
Pusta.
Zamknęła ją i odwróciła się do męża.
— Dima, nie mogłeś pójść do sklepu?
— A. Zapomniałem. Przepraszam. Miałem dziś rozmowę.
Anna natychmiast się ożywiła. To była pierwsza prawdziwa wiadomość od dwóch tygodni.
— I co?
— Bez sensu — machnął ręką. — Proponują ochłapy. Nie będę pracował za taką pensję. To upokarzające.
Usiadła powoli na krześle.
— Upokarzające? Dima, rozumiesz, że żyjemy tylko z mojej pensji? Ja nawet nie mam czasu normalnie zjeść między dyżurami.
— Nie mogę wziąć pierwszej lepszej pracy — powiedział spokojnie, jakby tłumaczył coś oczywistego. — Mam doświadczenie. Nie będę pracował za grosze.
Anna przygryzła wargę. Chciała krzyczeć, ale nie miała już nawet siły.
— To chociaż pomóż w domu — poprosiła cicho. — Zrób zakupy, przygotuj kolację, trochę posprzątaj. Cokolwiek.
— Nie jestem gospodynią domową, Aniu — mruknął. — Szukam pracy. To też jest praca, wiesz.
Wstała i bez słowa poszła do łazienki. Pod gorącą wodą wreszcie pozwoliła sobie pęknąć — i rozpłakała się.
W następnym tygodniu Dmitry poszedł na kolejną rozmowę. Praca była po drugiej stronie miasta, a dojazd zajmowałby godzinę z przesiadką.
— Nie, to niemożliwe — powiedział przy kolacji. — Dwie godziny dziennie w drodze. Nie mogę tak żyć.
Anna w milczeniu dokończyła zupę. Już się nie kłóciła. To nie miało sensu.
A potem zadzwoniła Ludmiła Pietrowna.
Teściowa zawsze dzwoniła w najgorszym momencie, jakby wyczuwała, kiedy Anna była najbardziej bezbronna. Tym razem zadzwoniła w sobotni poranek, kiedy Anna wreszcie mogła dłużej pospać.
— Dimoczka — głos Ludmiły Pietrowny brzmiał w telefonie oburzeniem — od dwóch miesięcy nie wysłałeś mi pieniędzy! Zapomniałeś o matce?
Anna leżała tuż obok niego i słyszała każde słowo.
— Mamo, teraz jest skomplikowanie — zaczął Dmitry. — Na razie nie pracuję.
— Nie pracujesz?! — histeria narastała w głosie Ludmiły Pietrowny. — A ja co? Jestem emerytką! Potrzebuję pieniędzy na leki, na jedzenie! Jesteś moim synem — musisz mi pomagać!
— Mamo, rozumiem, ale…
— Żadnego „ale”! Sama cię wychowałam, wszystkiego sobie odmawiałam! A teraz mnie porzucasz! Niewdzięcznik!
Dmitry rzucił Annie winne spojrzenie. Odwróciła się do ściany.
— Mamo, znajdę rozwiązanie, obiecuję. Daj mi tylko trochę czasu.
— Ja nie mam czasu! Potrzebuję pieniędzy teraz!
Rozmowa trwała jeszcze dziesięć minut. Dmitry szukał wymówek, matka go oskarżała. Kiedy w końcu się rozłączył, pokój wydawał się ciężki i pozbawiony powietrza.
— Nie powiedziałem jej, że jestem bezrobotny — powiedział cicho.
— Teraz już wie — odparła Anna neutralnym tonem.
— Naprawdę jest jej ciężko. Ma małą emeryturę…
— Nam też jest ciężko, Dima. Czy może tego nie zauważasz?
Nie odpowiedział.
Ludmiła Pietrowna nigdy nie odpuszczała. Dzwoniła co dwa, trzy dni, za każdym razem żądając, błagając, oskarżając. Dmitry przepraszał i obiecywał, ale pieniędzy nie było. Anna słuchała tych rozmów i czuła, jak rośnie w niej coś ciemnego i wściekłego.
Pewnego wieczoru, kiedy wróciła z pracy, Dmitry powitał ją z winnym wyrazem twarzy.
— Aniu, muszę cię o coś poprosić…
Zatrzymała się w progu.
— Mama jest w bardzo złej sytuacji. Pilnie potrzebuje dziesięciu tysięcy. Na leki.
— Nie.
— Aniu, proszę…
— Dima, nie! — krzyknęła. — My też nie mamy pieniędzy! Ledwo daję sobie radę, biorę nadgodziny — a ty chcesz, żebym utrzymywała jeszcze twoją matkę?!
— To moja matka — powiedział cicho.
— I to twoja odpowiedzialność. Nie moja! — Anna upuściła torbę na podłogę. — Znajdź sobie pracę — jakąkolwiek — i pomagaj jej, ile chcesz. Ale nie zrzucaj tego na mnie!
Odwrócił się.
— Nie rozumiesz. Ona nie ma nikogo oprócz mnie.
— A ja mam kogoś oprócz samej siebie? — Anna poczuła, jak ściska ją w gardle. — Wszystko dźwigam sama! To ja płacę za mieszkanie, jedzenie, wszystko! A ty siedzisz na kanapie i opowiadasz o „wystarczająco dobrych” pensjach!
— Szukam pracy!
— Szukasz już trzy miesiące! Trzy! — Chwyciła kurtkę i wybiegła, trzaskając drzwiami.
Zeszła na podwórko i usiadła na ławce. Było zimno, ale było jej wszystko jedno. Wpatrywała się w ciemność, wiedząc, że tak dalej być nie może.
Tydzień później, w niedzielę, Anna próbowała zasnąć po nocnym dyżurze, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Dmitry poszedł otworzyć; ona została w łóżku, naciągając kołdrę na głowę.
— Dimoczka! — rozległ się znajomy głos.
Anna zamarła. Ludmiła Pietrowna.
— Mamo, co ty tu robisz? — Dmitry brzmiał na zagubionego.
— Przyjechałam porozmawiać! Nie odbierasz moich telefonów, więc postanowiłam przyjść!
Anna cicho jęknęła i wstała. Narzuciła szlafrok i wyszła na korytarz. Ludmiła Pietrowna stała w wejściu — wysoka, szczupła, z zimnym spojrzeniem pełnym sprawiedliwej furii.
— Dzień dobry, Ludmiło Pietrowno — powiedziała Anna zmęczonym głosem.
— A, jesteś — teściowa zmierzyła ją pogardliwym spojrzeniem. — Śpisz do południa, podczas gdy mój syn próbuje wymyślić, jak wykarmić rodzinę.
— Pracowałam w nocy — powiedziała Anna spokojnie. — W przeciwieństwie do pani syna, ja pracuję.
— Pilnuj języka, dziewczyno! — oburzyła się Ludmiła Pietrowna. — Dima jest mężczyzną, żywicielem rodziny! Powinnaś go wspierać, a nie rzucać złośliwe uwagi!
— Mamo, uspokój się — próbował Dmitry, ale matka nie słuchała.
— Żywiciel rodziny, który nie pracuje od pięciu miesięcy — powiedziała Anna. — Odrzuca oferty, bo pensja jest za niska albo dojazd za długi. Siedzi na kanapie, podczas gdy ja robię dwunastogodzinne dyżury!
— Kłamstwa! — wybuchła Ludmiła Pietrowna, czerwieniejąc. — Mój syn po prostu nie może znaleźć pracy godnej siebie! A przez te wszystkie lata żyłaś na jego koszt!
— To moje mieszkanie! — zawołała Anna. — Ja za nie płacę! I on nigdy nie zarabiał dużo więcej ode mnie! A teraz tylko ja pracuję!
— Żyjecie bardzo dobrze, widać to! Więc macie pieniądze!
— Ja mam pieniądze — odpowiedziała Anna sucho. — On nie.
Ludmiła Pietrowna gwałtownie odwróciła się do syna.
— Dimoczka, powiedz jej! Powiedz jej, że szukasz pracy! Musisz mi pomóc! Jestem twoją matką — oddałam ci całe życie!
Dmitry spojrzał na matkę, potem na żonę, bezradny.
— Mamo, ja… spróbuję. Znajdę jakieś rozwiązanie…
— Widzisz?! — triumfowała jego matka. — Mój syn mnie nie porzuci! A ty… — wskazała palcem na Annę — nie potrafisz wesprzeć ani męża, ani matki, która potrzebuje pomocy!
Anna powoli spojrzała na męża. Stał ze spuszczoną głową, milcząc. Nie bronił jej. Nie powstrzymał matki. Po prostu tam stał.
— Dima — powiedziała cicho.
Podniósł wzrok.
— Powiedz jej, żeby wyszła.
— Aniu…
— Powiedz jej, żeby opuściła moje mieszkanie.
— Jak śmiesz! — wrzasnęła Ludmiła Pietrowna. — Jestem jego matką! Mam prawo…
— Nie masz tu żadnego prawa! — głos Anny podniósł się. — To moje mieszkanie i jestem wykończona! Wykończona utrzymywaniem dorosłego mężczyzny, który nie potrafi znaleźć pracy! Wykończona tym, że obiecuje ci pieniądze, których nawet nie ma! Wykończona twoimi telefonami, oskarżeniami i kłamstwami!
— Dima! — błagała Ludmiła Pietrowna. — Słyszysz, jak ona do mnie mówi?!
— Mamo, może naprawdę powinnaś… — zaczął, ale matka mu przerwała.
— Stajesz po jej stronie?! Przeciwko własnej matce?!
— Nie staję po niczyjej stronie, ja tylko…
— Nie stajesz po niczyjej stronie — powiedziała Anna, a w jej głosie nie było już krzyku, tylko zimne zmęczenie. — Po prostu stoisz tu w milczeniu. Jak zawsze.
Odwróciła się do teściowej.
— Ludmiło Pietrowno, być może pani syn jest pani coś winien. Ja nie. Nie mam obowiązku pani utrzymywać. Nie mam obowiązku słuchać pani oskarżeń. I nie mam obowiązku znosić pani w moim domu.
— Nie masz prawa…
— Mam. — Anna podeszła do drzwi i otworzyła je szeroko. — Proszę wyjść.
— Dima! — Ludmiła Pietrowna chwyciła syna za ramię. — Pozwolisz jej tak do mnie mówić?!
Milczał, wpatrując się w podłogę.
— Dima! Wytłumacz swojej żonie, jak należy rozmawiać ze starszymi!
— Mamo — zdołał powiedzieć — może naprawdę powinnaś teraz wyjść, a porozmawiamy później…
— Później?! — odsunęła się. — Kiedy później? Potrzebuję twojej pomocy teraz, nie później! Odrzucasz mnie? Wybierasz ją zamiast mnie?!
— Mamo, ja cię nie odrzucam, to nie jest wybór, ja…
— Właśnie że to wybór! — Jej głos drżał. — Niewdzięcznik! Wychowałam cię! Oddałam ci całe życie! Wszystkiego sobie odmawiałam! A ty… zdradzasz mnie dla tej…
— Dość — powiedziała Anna cicho.
Ludmiła Pietrowna odwróciła się do niej, a w jej oczach płonęła nienawiść.
— Ty! To ty nastawiłaś mojego syna przeciwko mnie!
— To ja karmię twojego syna — odpowiedziała Anna. — Od trzech miesięcy. A ty chcesz, żebym karmiła również ciebie.
— Obiecał mi, że pomoże!
Czym? Anna poczuła, jak wszystko się w niej gotuje.
— Moimi pieniędzmi?! Pieniędzmi, które zarabiam, zajeżdżając się w pracy?!
— Jesteś jego żoną, więc musisz…
— Nic nie muszę! Ani dla ciebie, ani dla niego!
Dmitry drgnął, jakby dopiero się obudził.
— Aniu, to już za dużo…
— Za dużo?! — Odwróciła się do niego. — Za dużo?! Siedzisz w domu od trzech miesięcy! Trzech! Odrzucasz prace! Leżysz na kanapie, podczas gdy ja pracuję do wyczerpania! A twoja matka przychodzi tu żądać pieniędzy, których nie masz — i ty milczysz! Nie bronisz mnie, nie powstrzymujesz jej — tylko stoisz i mamroczesz, że „znajdziemy rozwiązanie”!
— Staram się…
— Nie starasz się. Chowasz się! — Jej głos drżał. — Chowasz się przed odpowiedzialnością — za siebie, za rodzinę, za matkę! A ja jestem zmęczona, Dima. Zmęczona samotnością. Zmęczona dźwiganiem wszystkiego. Zmęczona tym, że pozwalasz jej obrażać mnie w moim własnym domu!
— Nie chciałem…
— Ty nigdy niczego nie chcesz! Nie chcesz pracować za „małą” pensję! Nie chcesz dojeżdżać! Nie chcesz zdenerwować matki! Czego ty chcesz — leżeć na kanapie i użalać się nad sobą?!
— Anna! — przerwała Ludmiła Pietrowna. — Nie masz prawa tak do niego mówić!
— Tak, nie możesz tak do mnie mówić! — Dima w końcu odzyskał głos. — Moja matka naprawdę potrzebuje pomocy. Potrzebuje leków…
Anna odwróciła się do niego, a w jej oczach pojawił się niebezpieczny błysk.
— Czyli sam nie pracujesz, a teraz postanowiłeś jeszcze pomagać swojej matce? — syknęła, patrząc prosto na Dmitriego. — Wystarczy! Oboje — wynoście się z mojego mieszkania!
Zapadła cisza. Ludmiła Pietrowna patrzyła na nią z otwartymi ustami. Dmitry pobladł.
— Aniu, nie możesz…
— Mogę. To moje mieszkanie. I nie chcę już widzieć ani jej, ani ciebie.
— Ale…
— Wynoście się — jej głos znów stał się spokojny i lodowaty. — Teraz.
Ludmiła Pietrowna chwyciła torbę.
— Chodź, Dimoczka. Stała się naprawdę zbyt bezczelna.
Dmitry się nie poruszył.
— Dim — zawołała matka.
Spojrzał na Annę. Przez jego twarz przemknęły zagubienie, uraza i strach.
— Mówisz poważnie?
— Całkowicie.
— Dokąd mam iść?
— Do swojej matki — powiedziała Anna, kiwając głową w stronę Ludmiły Pietrowny. — Skoro tak bardzo siebie potrzebujecie.
— Aniu, porozmawiajmy…
— Nie. Powiedziałam już wszystko. Wyjdź.
Ludmiła Pietrowna pociągnęła syna w stronę drzwi.
— Chodź. Widzisz, jaka ona jest. Wyrzuca cię jak psa. Ja zawsze cię przyjmę.
Dmitry powoli ruszył do wyjścia. Na progu odwrócił się, z gniewem w oczach.
— Pożałujesz tego.
Anna uśmiechnęła się blado i gorzko.
— Już żałuję. Tylko tego, że nie zrobiłam tego wcześniej.
Drzwi się zamknęły. Anna oparła się o nie i osunęła na podłogę. Siedziała w pustym korytarzu, słuchając oddalających się kroków — i po raz pierwszy od dawna poczuła coś, co przypominało ulgę.
Minął tydzień. Dmitry dzwonił — nie odbierała. Pisał — nie czytała. Ludmiła Pietrowna próbowała się dodzwonić — Anna zablokowała jej numer.
Chodziła do pracy, wracała do domu, a pustka mieszkania nie wydawała jej się już przytłaczająca. Wydawała się lżejsza. Bardziej przestronna. Jakby razem z Dmitrym i jego matką odeszło też coś duszącego.
Pewnego wieczoru Anna siedziała w kuchni z kubkiem herbaty, patrząc przez okno. Telefon zawibrował. Nieznany numer. Prawie go odrzuciła, ale coś kazało jej odebrać.
— Halo?
— Anna Siergiejewna? — zapytał kobiecy głos. — Tu Marina Władimirowna, sąsiadka Ludmiły Pietrowny.
Anna zamarła.
— Słucham.
— Dima dał mi pani numer. Chciałam powiedzieć… Ludmiłę Pietrownę zabrano do szpitala. Nic poważnego — skoczyło jej ciśnienie. Ale Dima bardzo się martwi. Poprosił mnie, żebym pani przekazała informację i powiedziała, że powinna pani zadzwonić.
Anna nic nie odpowiedziała.
— Anna Siergiejewna?
— Zrozumiałam. Dziękuję.
Zakończyła rozmowę i dopiła zimną herbatę. Potem wstała, umyła kubek i poszła spać.
Nie zadzwoniła.
I nie czuła żadnych wyrzutów sumienia. Co więcej — nie czuła nic.
Po raz pierwszy od dawna spała spokojnie, bez przygotowywania się na to, że ktoś zażąda od niej więcej, niż była w stanie dać. Bez lęku, że poranek przyniesie kolejny ciężar, który będzie musiała dźwigać sama.
Była sama. I było jej dobrze.
Bo czasami samotność nie jest pustką.
Czasami jest wolnością.