Marina dowiedziała się o wizycie krewnych trzy dni przed Nowym Rokiem.
Stała w kuchni i mieszała sos do zapiekanki, kiedy Oleg przeszedł obok z miną bezsprzecznie winnego człowieka, wymamrotał coś pod nosem i zniknął w łazience. Marina dobrze znała ten gest. Dwanaście lat małżeństwa nauczyło ją wyczuwać kłopoty, zanim jeszcze ktokolwiek zdążył je wypowiedzieć.
— Oleg — zawołała, wyłączając kuchenkę. — Co się stało?
Cisza. Potem szum płynącej wody — udawał, że się myje, żeby zyskać na czasie.
— Oleg!
Pojawił się w drzwiach z ręcznikiem w dłoniach, zaczerwieniony na twarzy, z uciekającym spojrzeniem.
— Posłuchaj, Marina… jest taka sprawa… — przełknął z trudem. — Mama dzwoniła. I ciocia Lusia. I Wowka z Leną. Więc…
— Po prostu to powiedz — powiedziała Marina, krzyżując ręce na piersi.
— Przyjeżdżają na Nowy Rok. Nie na długo. Na tydzień, może. Może trochę dłużej. Nie mogłem odmówić. Byli tacy przygnębieni, mama prawie płakała przez telefon…
Przez Marinę przeszła lodowata fala. Rodzina Olega. Jego matka, Galina Pietrowna, zdolna skrytykować każde danie przygotowane przez Marinę. Ciocia Lusia, ze swoimi niekończącymi się historiami o chorobach innych ludzi. Kuzyn Wowa i jego żona Lena, którzy potrafili zamienić każde miejsce w kopię własnego domu.
— Kiedy? — zapytała spokojnie Marina.
— Pojutrze. Rano.
Pojutrze. Dwudziestego dziewiątego grudnia. Miała czterdzieści osiem godzin, żeby przygotować mieszkanie na inwazję.
Następne dwa dni zniknęły w gorączkowych przygotowaniach. Wizyta w sklepie z pościelą — potrzebne były zapasowe prześcieradła na rozkładaną kanapę i dmuchany materac. Potem zakupy — jakby miała wykarmić małą armię. Galina Pietrowna nie jadła wieprzowiny, Wowa cierpiał na zgagę, Lena żądała odtłuszczonego mleka. Ciocia Lusia mogła jeść prawie wszystko, choć i tak najbardziej lubiła narzekać, niezależnie od tego, co podano.
Oleg pomagał w sposób niezdarny, który tylko pogarszał sytuację. Nosił torby i przesuwał meble, ale robił to z tak żałosną, winną miną, że Marina irytowała się jeszcze bardziej.
Trzydziestego grudnia o dziewiątej rano rozległ się dzwonek do drzwi.
— Otwierajcie, otwierajcie! — głos Galiny Pietrowny zabrzmiał zza drzwi. — Zmarzliśmy po podróży!
Na zewnątrz stało czworo dorosłych ludzi z walizkami, torbami i kartonami. Galina Pietrowna weszła pierwsza, z ramionami szeroko rozłożonymi do uścisku.
— Oleżek, mój chłopcze! — zawołała, ściskając syna, po czym natychmiast przeskanowała mieszkanie krytycznym wzrokiem. — Marina, co się stało — nie zdążyłaś posprzątać? Na lustrze jest kurz.
— Dzień dobry, Galino Pietrowno — powiedziała Marina, zmuszając się do uśmiechu. — Wejdźcie, zdejmijcie płaszcze.
Zdejmowanie płaszczy trwało wieczność i zajęło cały korytarz. Ciocia Lusia teatralnie jęczała, zdejmując buty, narzekając na spuchnięte stopy. Wowa od razu zażądał kawy. Lena oznajmiła, że umiera z głodu.
— Oleg mówił, że zostajecie na tydzień — zaczęła ostrożnie Marina, pomagając wieszać płaszcze. — Kiedy wracacie?
— Och, bilety, jakie bilety? — Galina Pietrowna zbyła pytanie machnięciem ręki. — Zobaczymy, może zostaniemy tydzień dłużej. Tak rzadko się widujemy!
Coś skręciło Marinę w żołądku.
Pod koniec pierwszego dnia mieszkanie bardziej przypominało zatłoczony dworzec niż dom. Ich rzeczy opanowały każdy pokój. Galina Pietrowna przejęła sypialnię — „Potrzebuję spokoju, ciśnienie mi rośnie” — spychając właścicieli na rozkładaną kanapę w salonie. Wowa i Lena również się tam ulokowali, na dmuchanym materacu. Ciocia Lusia jakimś sposobem uczyniła kuchnię swoim osobistym królestwem.
— Oleg, może powiedziałbyś swojej mamie, że sypialnia właściwie jest nasza? — szepnęła Marina, kiedy próbowali ułożyć się na nędznej kanapie na noc.
— Marinka, ona jest starsza. Potrzebuje odpoczynku. Wytrzymaj jeszcze trochę.
To „trochę” zamieniło się w dwa tygodnie.
Szybko ustaliła się rutyna. Goście spali do południa, bo według nich „wakacje są po to, żeby odpoczywać”. Marina nadal budziła się o siódmej, jak zawsze: jej ciało nie chciało się przestawić. Poruszała się po mieszkaniu na palcach, przygotowywała śniadanie dla siebie i Olega, a potem patrzyła, jak ten pospiesznie wychodzi do pracy nawet w czasie wolnego. „Jesteśmy zawaleni”, mówił. „Raporty, terminy”.
W południe zaczynało się przebudzenie. Galina Pietrowna wychodziła z sypialni w szlafroku Mariny — „Zapomniałam swojego, chyba ci to nie przeszkadza?” — i domagała się kawy. Kawy bardzo szczególnej: mocnej, ale nie gorzkiej, z mlekiem, ale nie tym, które już stało w lodówce — z prawdziwym, pełnotłustym mlekiem od gospodarza.
— Marina, gdzie moja kawa? — wołała z sypialni, nawet nie zadając sobie trudu, by przyjść do kuchni.
Około pierwszej pojawiali się pozostali. Ciocia Lusia zawsze zaczynała od długiej opowieści o śnie — chaotycznej, szczegółowej, niemożliwej do śledzenia. Potem przechodziła do chorób — swoich, sąsiadów, znajomych znajomych.
Lena, żona Wowy, siadała przy lodówce i oznajmiała:
— Och, dziewczyny, jestem na diecie. Dla mnie tylko jogurt light. I jabłko. Zielone.
Zielonych jabłek nie było. Tylko czerwone.
— Marina, przecież wiesz, że zielone jabłka mają mniej kalorii — wzdychała Lena jak tragiczna bohaterka. — Trzeba będzie kupić.
I Marina chodziła do sklepu trzy razy dziennie.
W niedzielę Galina Pietrowna wydała dekret.
— Oleg, powiedz Marinie, żeby zrobiła sałatkę Olivier. Prawdziwą, taką jak ja robię — z wołowiną. Jej nigdy nie wychodzi.
Oleg gorliwie przekazał prośbę. Marina zrobiła sałatkę. Galina Pietrowna spróbowała, zmarszczyła nos i powiedziała:
— Za dużo majonezu. Za mało groszku. Ale da się zjeść.
Następnego dnia znowu chcieli sałatkę Olivier. I kolejnego również. Na Boże Narodzenie Marina miała już o niej koszmary.
Telewizor działał od rana do wieczora. Wowa zmieniał kanały, nikogo nie pytając. Koncerty, wiadomości, reality show, seriale. Marina raz chciała obejrzeć film i odmówiono jej bez dyskusji.
— Wow, może pozwoliłbyś Marinie coś obejrzeć? — zapytał Oleg nieśmiało.
— Tak, tak, za pięć minut. Już prawie koniec — odpowiedział Wowa, nie odrywając wzroku od ekranu.
Gdy ten program się kończył, natychmiast zaczynał się następny.
Marina sprzątała bez przerwy. Goście zostawiali ślady wszędzie, gdzie tylko przeszli. Kubki na stołach, na podłokietnikach, na parapetach. Okruchy na kanapie. Mokre ręczniki na podłodze w łazience. Brudne naczynia w zlewie.
— Marina, ty naprawdę w ogóle nie utrzymujesz porządku w tym domu? — zauważyła pewnego dnia Lena, wskazując plamę na stole, którą sama przed chwilą zrobiła swoją filiżanką.
Marina w milczeniu podniosła ścierkę.
— Może powinnam ci pokazać, jak się prawidłowo sprząta — ciągnęła Lena. — U mnie zawsze wszystko jest idealnie.
— Dziękuję, poradzę sobie — odpowiedziała Marina przez zaciśnięte zęby.
Gdy nadszedł dziesiąty stycznia, prawie nie pamiętała już, jak to jest spać we własnym łóżku. Kanapa skrzypiała, materac rano zsuwał się na bok. Oleg chrapał, źle spał i był coraz bardziej rozdrażniony.
— Może już wystarczy? — zapytała Marina pewnego wieczoru, kiedy szykowali się do spania o wpół do dwunastej, czekając, aż Wowa skończy kolejny film akcji. — Może dałbyś im do zrozumienia, że czas już jechać?
— Marinka, to rodzina. Nie przyjeżdżają tak często.
— Oleg, oni są tu prawie od dwóch tygodni!
— I co z tego? Przyjąć gości raz w roku to chyba nie jest takie trudne. Nie rozumiem, dlaczego jesteś taka zdenerwowana. Naprawdę to aż taki ciężar?
Marina nic nie powiedziała. Coś w niej ostatecznie pękło.
Jedenastego stycznia Oleg oznajmił:
— Jedziemy wszyscy do centrum handlowego. Wowa chce poszukać kurtki, mama chce naczynia. Jedziesz z nami?
— Nie, zostaję w domu. Muszę pracować — odpowiedziała Marina.
Patrzyła przez okno, jak cała piątka wciska się do samochodu Olega i znika za rogiem ulicy.
Miała trzy godziny. Może cztery.
Marina zaczęła od sypialni — rzeczy Galiny Pietrowny. Szlafroki, sukienki, słoiczki z kremami. Starannie spakowała wszystko do walizki teściowej i zamknęła ją.
Potem kuchnia — ubrania cioci Lusi, spódnice, lekarstwa. Druga walizka.
Potem salon — rzeczy Wowy i Leny. Oni mieli ich najwięcej. Dwie walizki ledwo się domknęły.
Rzeczy Olega spakowała osobno. Torba podróżna. Koszule, dżinsy, skarpetki, maszynka do golenia, szczoteczka do zębów. Tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
Zniosła bagaże windą, partiami. Trzy kursy. Ustawiła je starannie na trawniku pod oknami. Torbę Olega położyła trochę z boku.
Potem wróciła na górę, zamknęła drzwi na łańcuch i zrobiła sobie kawę. Prawdziwą kawę. Mocną. W swojej ulubionej filiżance.
Wrócili około szóstej wieczorem. Marina usłyszała głosy na klatce schodowej, kroki na podeście, a potem dzwonek.
— Otwórz, mamy torby! — odezwał się głos Galiny Pietrowny.
Marina podeszła do drzwi i otworzyła je tylko na długość łańcucha.
— Dzień dobry — powiedziała spokojnie.
— Marina, otwórz normalnie drzwi — powiedział Oleg, próbując je pchnąć.
— Wasze rzeczy leżą na trawniku pod balkonem. Nie widzieliście ich? — powiedziała Marina równym tonem, patrząc na nich przez szczelinę.
Cisza.
— Co? — powiedział w końcu Oleg.
— Wasze rzeczy są na dole. Pod oknami pierwszego piętra. Pięć walizek.
— Marina, to jakiś żart? — głos Galiny Pietrowny drżał. — Otwórz natychmiast te drzwi!
— To nie jest żart. Spakowałam wasze rzeczy. Dobrze się tu bawiliście przez ostatnie dwa tygodnie. Teraz wakacje się skończyły. Czas wracać do domu.
— Marinka, co ty robisz? — Oleg mocniej naparł na drzwi; łańcuch się napiął. — Otwórz natychmiast drzwi!
— Oleg, twoja torba też tam jest. Jedź ze swoją matką i Wową. Poradźcie sobie. Potrzebuję odpoczynku. Od ciebie. Od was wszystkich.
— Zwariowałaś? — krzyknęła Galina Pietrowna. — Oleg, wyważ drzwi!
— Nie radziłabym — powiedziała Marina, opierając ramię o drzwi. — Sąsiedzi są na dole, a dzielnicowy jest tuż za rogiem. Zróbcie awanturę, a zadzwonię na policję.
— Marina, natychmiast przestań! — Oleg podniósł głos. — To moja matka!
— A to jest mój dom. Dom, w którym przez dwa tygodnie pracowałam jak służąca. Codziennie robiłam waszą sałatkę Olivier. Prałam wasze ręczniki. Spałam byle jak. Słuchałam lekcji o sprzątaniu. Wysłuchiwałam opowieści o nieznanych chorobach. A ty, Oleg, powiedziałeś mi, że przyjęcie gości raz w roku to nic takiego.
— Nie to miałem na myśli!
— Właśnie to miałeś na myśli. Nigdy nie widziałeś, jak bardzo byłam wyczerpana. Wychodziłeś do pracy, wracałeś tylko na kolację i uważałeś, że wszystko jest w porządku. I ani razu mi nie podziękowałeś. Ani jednego razu.
Znowu zapadła cisza. Potem za drzwiami rozległ się szloch — ciocia Lusia zaczęła płakać.
— Marina, no chodź, porozmawiajmy — powiedział Oleg łagodniej. — Otwórz drzwi. Porozmawiajmy spokojnie.
— Nie ma o czym rozmawiać. Podjęłam decyzję. Pomyliście moją gościnność z nieskończoną cierpliwością. Wasze rzeczy czekają. Szerokiej drogi.
— Pożałujesz tego! — głos Galiny Pietrowny przeszedł w piskliwy krzyk. — Nigdy nie wybaczę takiej zniewagi!
— Galino Pietrowno, przez dwa tygodnie mieszkała pani w mojej sypialni, spała w moim łóżku, nosiła mój szlafrok i krytykowała moją kuchnię. Powiedziałabym, że jesteśmy kwita — odpowiedziała Marina, odsuwając się od drzwi. — Do widzenia.
— Marina!
Weszła do salonu i zamknęła okno, żeby nie słyszeć ich z dołu, kiedy znajdą walizki. Potem usiadła na kanapie. Swojej kanapie. W swoim salonie. W swoim mieszkaniu.
Telefon zaczął wibrować. Oleg. Odrzuciła połączenie. Potem kolejne. Odrzucone. Pięć połączeń z rzędu. Całkowicie wyciszyła telefon.
Czterdzieści minut później na zewnątrz uruchomił się silnik samochodu. Marina spojrzała przez okno. Samochód Olega odjeżdżał spod bloku, wypchany walizkami. W środku widać było sylwetki.
Patrzyła, aż zniknęli, po czym wróciła do mieszkania. Cisza. Wspaniała, promienna cisza.
Marina weszła do sypialni. Swojej sypialni. Położyła się na łóżku, na narzucie, rozłożyła ramiona i zamknęła oczy.
Po raz pierwszy od dwóch tygodni mogła oddychać.
Oleg wrócił trzy dni później. Zadzwonił cicho, niemal nieśmiało. Marina spojrzała przez wizjer. Był sam, z twarzą naznaczoną zmęczeniem, w pogniecionej koszuli.
Otworzyła drzwi. Tym razem bez łańcucha.
— Cześć — powiedział cicho.
— Cześć.
— Mogę wejść?
Marina odsunęła się. Oleg wszedł do korytarza i zatrzymał się, jakby nie wiedział, co dalej zrobić.
— Zatrzymałem się u Wowy — zaczął. — Krewni wyjechali. Są bardzo obrażeni.
— Mogę sobie wyobrazić — powiedziała Marina, kiwając głową.
— Ja też byłem zły. Pierwszego dnia. Myślałem, że… przesadziłaś.
— A teraz?
Oleg przetarł twarz obiema dłońmi.
— Teraz spędziłem trzy dni, śpiąc na dmuchanym materacu u Wowy. Lena narzekała, że zajmuję za dużo miejsca. Wowa oglądał piłkę nożną do trzeciej nad ranem. Wczoraj musiałem smażyć ziemniaki, bo tego zażądali. A dziś rano Lena powiedziała mi, że powinienem umyć podłogę.
Marina nic nie powiedziała.
— Trzy dni mi wystarczyły — powiedział Oleg, patrząc jej w oczy. — A ty znosiłaś to przez dwa tygodnie.
— Prawie trzy — poprawiła Marina. — Jeśli liczyć przygotowania.
— Przepraszam. Naprawdę nie rozumiałem. Myślałem, że przesadzasz. Wydawało mi się, że to po prostu… gotowanie i sprzątanie. Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo to wyczerpujące. Nie widziałem, że moja matka bez przerwy cię krytykuje. Że Lena zachowuje się jak rozpuszczone dziecko. I ja sam…
— Bagatelizowałeś to — dokończyła za niego Marina.
— Tak. Bagatelizowałem. — Podszedł bliżej. — Mogę wrócić?
Marina długo się zastanawiała. Oleg czekał w milczeniu.
— Możesz wrócić — powiedziała w końcu. — Ale będą zasady.
— Jakie zasady?
— Po pierwsze: żadnych gości bez wspólnej zgody. Z wyprzedzeniem. Z rozmową o tym, jak długo zostaną. I mam prawo weta.
— Zgoda.
— Po drugie: jeśli przyjeżdżają goście, bierzesz dni wolne. Połowa pracy jest twoja. Gotowanie, sprzątanie, przyjmowanie gości — wszystko dzielimy po równo.
— Pasuje mi.
— Po trzecie: jeśli mówię, że jestem zmęczona, nie ignorujesz tego. Słuchasz i pomagasz.
Oleg skinął głową.
— Po czwarte: twoja matka nigdy więcej nie śpi w naszej sypialni. I nigdy więcej nie nosi mojego szlafroka.
— Obiecuję — powiedział, z lekkim śmiechem w głosie.
— I jeszcze jedno — powiedziała Marina, patrząc mu prosto w oczy. — Żadnej sałatki Olivier. Przez rok. Minimum.
— Nawet na Nowy Rok?
— Zwłaszcza na Nowy Rok.
Oleg podszedł i objął ją ostrożnie, jakby bał się, że zmieni zdanie.
— Przepraszam — wyszeptał w jej włosy. — Naprawdę.
Marina mocno go przytuliła.
— Dobrze — powiedziała. — Ale nigdy więcej.
— Nigdy więcej — obiecał.
Tego wieczoru, kiedy Oleg zasnął w ich łóżku, w ich sypialni, Marina usiadła w kuchni z filiżanką herbaty. Telefon zawibrował — wiadomość od Galiny Pietrowny. Długa, wściekła, oskarżycielska, pełna obietnic, że nigdy więcej nie przekroczy progu tego domu.
Marina przeczytała ją, uśmiechnęła się lekko pod nosem i usunęła bez odpowiedzi.
Za oknem cicho padał śnieg. Mieszkanie było spokojne. Jej mieszkanie. Jej cisza. Jej życie.
Wzięła łyk herbaty, oparła się o krzesło i po raz pierwszy od trzech tygodni poczuła się naprawdę odprężona.
Czasami, pomyślała, jedynym sposobem na uratowanie rodziny jest pokazanie drzwi tym, którzy ją duszą. Nawet jeśli są krewnymi. Nawet jeśli potem podobno powinno ci być wstyd.
Chociaż wstyd był ostatnią rzeczą, jaką czuła.
Marina dopiła herbatę, opłukała filiżankę i poszła spać. Do swojej sypialni. Do swojego łóżka. Do swojego życia, które wreszcie odzyskała.