Mój były sprzedał swój udział w mieszkaniu „pewnej starszej pani i jej synowi”, żeby uprzykrzyć mi życie. Miesiąc później zadzwonił do mnie, dławiąc się z zazdrości, po czym się rozłączył.

Przygotowywałam się na najgorsze — pijaka albo cały cyrk złożony z niemożliwych sąsiadów. Kiedy jednak drzwi w końcu się otworzyły, zrozumiałam, że Denis własnymi rękami niechcący urządził mi życie uczuciowe…

Swieta siedziała w kuchni swojego dwupokojowego mieszkania, wpatrując się w telefon z taką intensywnością, jakby ekran miał zaraz wyświetlić zwycięskie numery loterii. Ale nic z tego — była to wiadomość od Denisa.

„Sprzedałem swój udział. Gratuluję nowego sąsiada)))”

Była żoną Denisa przez dziesięć lat i przez ten czas poznała wszystkie jego drobne przyzwyczajenia. Jeden nawias oznaczał neutralność. Dwa — uprzejmość. Trzy — że z niej drwił.

— Marina, jesteś? — zawołała Swieta do telefonu, nawet się nie witając.

— Jestem. Co się stało? — zapytała zaniepokojona przyjaciółka.

— Sprzedał swój udział! I postawił trzy nawiasy!

— Trzy co? Swieta, o czym ty mówisz?

— Te — trzy zamykające nawiasy pod rząd! To oczywisty sarkazm! Czuję, że sprzedał go komuś okropnemu!

Marina wybuchnęła śmiechem tak głośno, że Swieta musiała odsunąć telefon od ucha.

— Och, daj spokój, Swieta, dramatyzujesz. Może po prostu palec mu się omsknął na klawiaturze.

— Jemu palec się nie omsyka — odparła Swieta. — U Denisa każdy przecinek jest celowy. Każde słowo jest wyliczone.

— To teraz twój były mąż. Niech sobie stawia nawet dziesięć nawiasów. Dlaczego w ogóle cię to obchodzi?

Ale Swietę to obchodziło.

Od rozwodu minęły zaledwie trzy tygodnie. Radziła sobie, lepiej lub gorzej. Chodziła do pracy jako księgowa, tonęła w niekończących się bilansach, zaczęła ćwiczyć z Mariną we wtorki i czwartki, a nawet przefarbowała włosy na jaśniejszy odcień brązu. Przyjaciółki mówiły, że wygląda o pięć lat młodziej.

A potem — bach. Ten kretyn sprzedał swoją połowę mieszkania nie wiadomo komu.

Następny tydzień upłynął w mgle pełnej nerwowego oczekiwania. Każdy hałas na klatce schodowej sprawiał, że Swieta podskakiwała. Każde uderzenie, każdy krok i każde skrzypnięcie przed drzwiami uruchamiało jej wyobraźnię.

Scenariusz pierwszy: pijany mężczyzna z drżącymi rękami, cuchnący tanim alkoholem.

Scenariusz drugi: rodzina z dziesięciorgiem wrzeszczących dzieci.

Scenariusz trzeci: wytatuowany osiłek z pitbullem wielkim jak cielę.

W nocy dręczyły ją koszmary.

W poniedziałek śniło jej się, że wprowadził się do niej cyrk. Prawdziwy cyrk — ze słoniem i linoskoczkami. Słoń utknął w wąskim korytarzu i smutno machał trąbą, podczas gdy ona próbowała go ominąć, żeby dostać się do łazienki. Obudziła się oblana zimnym potem.

— Kompletnie postradałaś rozum — powiedziała Marina, kiedy Swieta opowiedziała jej ten sen podczas następnego treningu. Robiły przysiady z hantlami i Marina omal nie wypuściła swoich ze śmiechu. — Słoń? W dwupokojowym mieszkaniu na piątym piętrze?

— Ale to było takie realistyczne! — zaprotestowała Swieta, wycierając czoło. — I wyglądał na strasznie smutnego. Miał takie melancholijne oczy!

— Swieta, pilnie potrzebujesz psychologa.

— Nie potrzebuję terapeuty. Muszę wiedzieć, kto wprowadzi się do mojego mieszkania i czy zniszczy resztę mojego życia.

— Zapomnij o Denisie. Robi to specjalnie — chce wytrącić cię z równowagi.

— Znam go — mruknęła ponuro Swieta. — Jest pamiętliwy. Pamiętasz, jak w zeszłym roku zapomniałam złożyć jego matce życzenia urodzinowe? Nie odzywał się do mnie przez dwa tygodnie.

Wreszcie, w niedzielny poranek, kiedy Swieta piła kawę w kuchni, rozległ się dzwonek do drzwi — długi i natarczywy.
 

Omal się nie zakrztusiła, rozlewając kawę na stół.

Spojrzała przez wizjer.

Na klatce stała starsza kobieta w surowym granatowym płaszczu oraz wysoki młody mężczyzna w okularach, może trzydziestoletni, trzymający kilka kartonów.

Swieta otworzyła drzwi z bijącym sercem.

Starsza kobieta uśmiechnęła się życzliwie.

— Dzień dobry, moja droga. Nazywam się Anna Pietrowna Sokołowa. Kupiłam połowę tego mieszkania, a to mój syn Igor. Możemy wejść?

Swieta przez dobre pięć sekund stała z otwartymi ustami.

Żadnego pijaka. Żadnego punka z irokezem. Żadnego cyrkowego słonia.

Tylko dostojna starsza pani o łagodnych oczach i ktoś, kto wyglądał jak nieśmiały programista w okularach.

— Tak… tak, oczywiście. Proszę wejść — wyjąkała, odsuwając się na bok.

Anna Pietrowna spokojnym, pewnym krokiem weszła do przedpokoju, zdjęła płaszcz, starannie go powiesiła i uważnie rozejrzała się po mieszkaniu.

— Jak tu czysto. Co za ulga. Jesteśmy spokojnymi ludźmi, wie pani. Nie będziemy przeszkadzać. Jestem na emeryturze, a mój syn pracuje w domu, więc nie będzie hałasu.

Igor odstawił kartony pod ścianę, poprawił okulary i uśmiechnął się niezręcznie.

— Przepraszam, że tak nagle wkroczyliśmy w pani życie. Mama zawsze marzyła o mieszkaniu w centrum, zamiast w tej maleńkiej kawalerce na obrzeżach. Gdy tylko zobaczyła ogłoszenie, od razu się zdecydowała. Pracuję zdalnie, więc dla mnie nie ma znaczenia, gdzie mieszkam. Postaramy się pani nie przeszkadzać.

Swieta wciąż kiwała głową jak piesek na sprężynie stojący na desce rozdzielczej, jednocześnie oszołomiona i pełna ulgi.

Gdzie byli ci okropni sąsiedzi, których Denis zapowiadał z kpiącym uśmieszkiem? Gdzie była katastrofa? Przecież to byli po prostu… normalni, porządni ludzie.

— Ten pokój jest nasz, prawda? — zapytała Anna Pietrowna, wskazując drzwi po prawej stronie.

— Tak. To wasza połowa — odpowiedziała Swieta. — Czternaście metrów kwadratowych.

— W zupełności nam wystarczy. Igor będzie tu spał i pracował, a ja poradzę sobie na małej kanapie. Jesteśmy przyzwyczajeni do niewielkich przestrzeni.

Gdy tylko weszli do swojego pokoju, żeby się rozpakować, Swieta opadła na kanapę w salonie i drżącymi rękami wybrała numer Denisa.

— Halo? — odezwał się niemal natychmiast, a w jego głosie pobrzmiewała ledwie skrywana satysfakcja.

— Denis, sprzedałeś swój udział starszej pani i jej synowi?

— Ach, już ich poznałaś? — zapytał, wyraźnie delektując się chwilą. — I jak? Życie zrobiło się ciekawsze?

— To bardzo mili ludzie.

Zapadła cisza.
 

Niemal słyszała, jak po drugiej stronie słuchawki opada mu szczęka.

— Co? Co powiedziałaś?

— Powiedziałam, że są bardzo mili. Uprzejmi, inteligentni i dyskretni. Dziękuję, że sprzedałeś im swój udział. Właściwie to bardzo się cieszę.

— Kłamiesz! — wybuchnął Denis. — Ta stara kobieta doprowadzi cię do szału! Wszyscy emeryci są tacy sami: wtrącają się w cudze sprawy, marudzą, pouczają i na wszystko narzekają!

Swieta roześmiała się, szczerze rozbawiona.

— Denis, to całkowicie normalna, kulturalna i uprzejma kobieta. Jej syn również jest dobrze wychowany. Wcale mnie nie przestraszyłeś.

— Jeszcze zobaczysz! Pożałujesz! Zobaczysz!

— Zobaczymy. Cześć, Denis.

Zakończyła połączenie i wybuchnęła śmiechem.

Jego plan zemsty poniósł spektakularną klęskę.

Minął miesiąc, a życie z Anną Pietrowną i Igorem okazało się… cudowne.

Anna Pietrowna była na wagę złota. W każdy weekend piekła niesamowite ciasta: z kapustą, jabłkami i twarogiem. Dzieliła się przepisami, które starannie zapisywała jeszcze w czasach radzieckich w grubym zeszycie w kratkę. Pomagała w mieszkaniu i zdawała się wnosić ciepło wszędzie, gdzie się pojawiała.

— Moja droga, dlaczego trzymasz te wszystkie szmaty? — zapytała pewnego dnia, krytycznie oglądając stare swetry Swiety. — Połowa ma już dziesięć lat! Wyrzuć je. Zaczęłaś nowe życie, więc zacznij też nową garderobę. Kiedy rozwiodłam się z pierwszym mężem, wyrzuciłam wszystko i od razu poczułam się lżej.

A Igor? Był dokładnie takim mężczyzną, jakiego doceniłaby każda kobieta.

Naprawił cieknący kran w kuchni, którym Swieta nie zajmowała się od sześciu miesięcy. Ustawił router, który wcześniej restartowała dziesięć razy dziennie. Pomógł jej złożyć nowy regał, kupiony miesiąc wcześniej, którego sama nigdy nie miała siły zmontować.

— Igor, bardzo ci dziękuję — powiedziała, patrząc na idealnie złożony regał. — Sama nigdy bym sobie nie poradziła. Instrukcje i ja jesteśmy śmiertelnymi wrogami.

— To nic takiego — odpowiedział nieśmiało, poprawiając okulary. — Naprawdę. Złożyłem już chyba z dwadzieścia takich regałów. Mam wprawę.

W pewien środowy wieczór Swieta wróciła z pracy tak wyczerpana, że czuła się na wpół martwa. Dzień był koszmarny: roczne bilanse, kontrola skarbowa i dyrektor krzyczący na wszystkich. Dopiero gdy dotarła pod swój blok, przypomniała sobie, że zapomniała kupić jedzenie.

Lodówka była pusta, nie licząc ketchupu i słoika ogórków z zeszłego lata.

Usiadła w kuchni, smutno przeżuwając suchy chleb i popijając go wodą.

Igor zajrzał do środka, zobaczył jej nieszczęśliwą minę i zapytał:

— Swieta, jesz kolację?

— No cóż… — westchnęła. — Zapomniałam kupić jedzenie. Pójdę jutro. Dziś wypiję tylko herbatę i pójdę spać.

— Poczekaj. Ugotowałem barszcz — jakieś cztery litry. Mama dała mi swój ulubiony przepis. Chcesz? Wystarczy na cały tydzień.

— Naprawdę? Jesteś pewien? Nie chcę zjadać twojego jedzenia.

— Oczywiście, że możesz. Usiądź, przyniosę ci miskę. Jest też świeży chleb. Mama była rano w piekarni.

Usiedli więc przy okrągłym kuchennym stole, jedząc gorący barszcz ze śmietaną i rozmawiając o wszystkim i o niczym.

Igor opowiadał jej o swojej pracy — tworzył skomplikowaną stronę internetową. Swieta narzekała na chaos w biurze, gdzie ważne dokumenty nieustannie gdzieś się gubiły.

— Wiesz — powiedział Igor w zamyśleniu, maczając żytni chleb w czerwonej zupie — twój były mąż zachowywał się bardzo dziwnie, kiedy sprzedawał nam ten udział.

— Jak to? — zapytała Swieta, natychmiast stając się czujna.

— Wciąż powtarzał mojej mamie to samo: „Ona doprowadzi was do szału! Na pewno tego pożałujecie! Obiecuję”. Mama naprawdę zaczęła się martwić. Myślała, że musisz być jakąś jędzą, z którą nie da się mieszkać.

Swieta prychnęła tak głośno, że omal się nie zakrztusiła.

— Ja? Jędza? Jestem najspokojniejszą osobą na świecie! Moi współpracownicy mówią, że mam cierpliwość świętej.

— Właśnie to samo powiedziała mama, kiedy już się wprowadziliśmy i cię poznaliśmy. Powiedziała: „Igor, przecież to najmilsza dziewczyna, jaką można sobie wyobrazić. Uprzejma i dobra. Czy on o niej kłamał?”

— Nie kłamał — powiedziała Swieta z krzywym uśmiechem. — Po prostu chciał się zemścić. Myślał, że podrzuci mi koszmarnych sąsiadów — może alkoholików albo awanturników — ale wyszło dokładnie odwrotnie.

Igor się uśmiechnął.

I po raz pierwszy Swieta naprawdę zauważyła jego oczy — brązowe, ciepłe i życzliwe za szkłami okularów. Zupełnie inne niż szare, wiecznie rozdrażnione spojrzenie Denisa. Denis zawsze wyglądał, jakby był zły na cały świat. Igor natomiast był spokojny, pogodny i opanowany.

Trzy miesiące minęły niemal niezauważenie.
 

Swieta i Igor zaczęli spędzać ze sobą coraz więcej czasu. Wieczorami spacerowali po pobliskim parku. W weekendy chodzili do kina. Wspólnie przygotowywali kolacje w kuchni, podczas gdy Anna Pietrowna oglądała w salonie swoje ulubione seriale medyczne.

— Igorku, zakochałeś się czy co? — zapytała Anna Pietrowna pewnego wieczoru, jak zwykle bez ogródek, po tym jak Swieta wyszła z Mariną na babski wieczór.

— Mamo! — Igor zaczerwienił się aż po korzenie włosów. — Co ty opowiadasz?

— Co opowiadam? Prawdę. Patrzysz na nią jak na święty obraz. I powiem ci jedno — jestem za! Jeżeli pozwolisz jej odejść, będziesz prawdziwym idiotą. Jest dobra, inteligentna, piękna i umie gotować!

W pewien piątkowy wieczór siedzieli w kuchni, pijąc zieloną herbatę z miodem, kiedy zadzwonił Denis. Swieta celowo włączyła tryb głośnomówiący, żeby Igor wszystko słyszał.

— Cześć, Swieta. Jak się masz? — Głos Denisa brzmiał sztucznie radośnie, fałszywie pod każdym względem.

— Bardzo dobrze, Denis. A ty?

— Też dobrze. Więc… jak tam u was? Masz już dość tej staruszki? Zaczyna działać ci na nerwy?

Swieta spojrzała na Igora i porozumiewawczo do niego mrugnęła.

— Nie, Denis. Wszystko układa się wspaniale. Lepiej, niż mogłabym sobie wyobrazić.

— Co masz na myśli, mówiąc „lepiej”? — Jego głos natychmiast stwardniał.

— Spotykam się z Igorem. Synem Anny Pietrowny. Jesteśmy razem od dwóch miesięcy. Więc naprawdę ci dziękuję. Gdybyś nie sprzedał im swojego udziału, nigdy byśmy się nie poznali.

Zapadła cisza.

A potem Denis eksplodował.

— Żartujesz! Powiedz, że to żart! Spotykasz się z tym… z tym…?!

— Tak, Denis. I jestem bardzo, bardzo szczęśliwa. Szczęśliwsza niż przez ostatnie kilka lat.

— WYBRAŁEM ICH SPECJALNIE DLA CIEBIE! ŻEBYŚ CIERPIAŁA! ŻEBYŚ ŻAŁOWAŁA, ŻE SIĘ ZE MNĄ ROZWIODŁAŚ!

— Cóż, nie udało się — odpowiedziała Swieta lekkim tonem. — Wszystko potoczyło się dokładnie odwrotnie. Twój plan obrócił się przeciwko tobie. Cześć — i więcej nie dzwoń.

Rozłączyła się i wybuchnęła śmiechem.

Igor także się śmiał.

— To było niesamowite — powiedział. — Absolutnie genialne.

— Naprawdę tak uważasz? Nie przesadziłam?

— Sam wpadł we własną pułapkę! Chciał się zemścić, a ostatecznie nas sobie przedstawił. Więc tak — dziękujemy, Denis!

Śmiali się tak bardzo, że niemal brakowało im tchu, kiedy Anna Pietrowna zajrzała do kuchni z zatroskaną miną.

— Co tu się dzieje?

— Nic takiego, mamo — powiedział Igor, ocierając łzy śmiechu. — Po prostu… czasami życie jest naprawdę zabawne. I bardzo nieprzewidywalne.

Tydzień po tej rozmowie ktoś natarczywie zadzwonił do drzwi.

Swieta otworzyła.

Na progu stał Denis.

— Czego chcesz? — zapytała chłodno, krzyżując ramiona.

— Chcę poważnie porozmawiać.

— O czym jeszcze mielibyśmy rozmawiać?

— Swieta, popełniłem błąd. Teraz już to wiem. Wybacz mi, proszę. Spróbujmy jeszcze raz. Zacznijmy od początku.

Swieta zaśmiała się krótko i z niedowierzaniem.

— Mówisz poważnie? To nie jest żart?

— Mówię całkiem poważnie. Teraz rozumiem, że popełniłem ogromny błąd. Byliśmy razem przez dziesięć lat.

— Denis, zostawiłeś mnie, sprzedałeś swój udział tylko po to, żeby uprzykrzyć mi życie, a teraz chcesz wrócić?

— Nie sądziłem, że tak to się skończy…

— Właśnie. Nie pomyślałeś. Ale ja już zamknęłam ten rozdział. Jestem z dobrym, życzliwym człowiekiem — kimś, kto nie bawi się w dziecinne gierki i zemstę, ale po prostu żyje i potrafi być szczęśliwy.
 

W tej chwili za jej plecami pojawił się Igor w spodniach dresowych i T-shircie.

— Dobry wieczór. Ty pewnie jesteś Denis.

— A ty kim jesteś? — Denis pobladł jak ściana.

— Igor. Teraz tu mieszkam. Sprzedałeś mojej matce i mnie swoją połowę mieszkania, pamiętasz?

— Ja… nie wyobrażałem sobie…

— Że okażemy się normalnymi, uczciwymi ludźmi? — Igor uśmiechnął się życzliwie. — Ale właśnie tacy jesteśmy.

Denis stał bez słowa, z otwartymi ustami, niezdolny niczego powiedzieć.

Swieta położyła dłoń na ramieniu Igora.

— Denis, proszę, odejdź. Nie mamy już o czym rozmawiać. Chciałeś mnie ukarać, a zamiast tego podarowałeś mi prawdziwe szczęście. Więc dziękuję. Szczerze — dziękuję.

Denis odwrócił się, szybkim krokiem ruszył do windy i już nigdy nie wrócił.

Sześć miesięcy później, po wspólnie spędzonym szczęśliwym okresie, Igor poprosił Swietę o rękę.

Nie było w tym nic ekstrawaganckiego. Zwyczajny wieczór w kuchni, herbata na stole i słynne szarlotki Anny Pietrowny, wciąż ciepłe po wyjęciu z piekarnika.

— Swieta — powiedział — chcę, żebyśmy byli razem na zawsze. Oficjalnie. Wyjdziesz za mnie?

— Tak! — zawołała, śmiejąc się i płacząc jednocześnie. — Oczywiście, że tak. Tysiąc razy tak!

Anna Pietrowna uniosła ręce z radości.

— Nareszcie, dobry Boże! Już zaczynałam myśleć, że do mojej śmierci pozostaniecie tylko współlokatorami!

— Mamo — przypomniał jej Igor — przecież jesteś już na emeryturze.

— Właśnie! To znaczy, że najwyższy czas!

Ślub był skromny i rodzinny — tylko najbliżsi przyjaciele i krewni.

Marina uniosła kieliszek szampana i wzniosła toast.

— Za Swietę — kobietę, która udowodniła nam, że zemsta naprawdę jest jak bumerang. Tylko czasami, zamiast uderzyć w osobę, w którą była wymierzona, przynosi szczęście komuś innemu.

Wszyscy się roześmiali i wypili za młodą parę.

Rok później Swieta siedziała w kuchni w miękkim fotelu, odruchowo głaszcząc swój zaokrąglony brzuch. Igor przygotowywał niedzielny obiad — coś pysznego z kurczakiem. Anna Pietrowna siedziała przy oknie i robiła na drutach maleńkie różowe buciki dla dziecka.

— Swieta, jesteś szczęśliwa? — zapytał Igor, mieszając coś w garnku.

— Bardzo — odpowiedziała. — I wszystko dzięki Denisowi.

— Jak to? — zapytała Anna Pietrowna, odrywając wzrok od robótki.

— Po rozwodzie chciał się zemścić. Sprzedał swój udział w mieszkaniu, licząc na to, że będę cierpieć z powodu okropnych sąsiadów. Ale zamiast tego podarował mi was wszystkich — moją nową rodzinę.

Anna Pietrowna roześmiała się i pokręciła głową.

— Sam wpadł we własną pułapkę! Chciał zniszczyć komuś życie, a w końcu stworzył jego szczęście!

— Mamo! — zaprotestował Igor.

— Co? Mówię prawdę! Chciał zrobić na złość byłej żonie, a zamiast tego doprowadził was do ślubu. Dobrze mu tak!

Swieta wyjęła telefon i zrobiła zdjęcie tej ciepłej sceny: Igora stojącego przy kuchence i Anny Pietrowny robiącej na drutach przy oknie. Wysłała fotografię Marinie z podpisem:

„Pamiętasz, jak bałam się, że wprowadzi się do mnie pijak?”

Marina odpisała natychmiast:

„Zamiast tego dostałaś teściową! To jeszcze straszniejsze)))”

— I męża w pakiecie! — dodał Igor, zaglądając Swiecie przez ramię na ekran.

Cała trójka wybuchnęła śmiechem.
 

W kuchni pachniało kurczakiem, koperkiem i domem. Za oknem łagodnie padał pierwszy śnieg.

A gdzieś w innej części miasta Denis siedział samotnie w wynajmowanej kawalerce, żałując udziału, który sprzedał niemal za bezcen — i dziecinnej zemsty, która kosztowała go wszystko.