— Wkrótce będziemy mieć gościa — powiedziała Ałła do swojej teściowej. — Babcia Ola zadzwoniła do Żenii i powiedziała, że przyjeżdża.

— Wkrótce zamieszka z nami babcia Ola — powiedziała Ałła do swojej teściowej. — Zadzwoniła do Żeni, żeby go uprzedzić.

— Co takiego?! — Inna Igoriewna uniosła ręce w geście niedowierzania. — Ta kobieta? Ta chodząca katastrofa w spódnicy? Postradaliście rozum? Po co ją tutaj zapraszacie? Wywróci całe wasze życie do góry nogami! Natychmiast odwołajcie tę wizytę!

Babcia Ola była kiedyś teściową Inny Igoriewny. Gdy Żenia miał zaledwie sześć lat, jego rodzice się rozstali, a jego matka zawsze twierdziła, że winę za to ponosiła Ola. Mówiła, że kobieta bez przerwy wtrącała się w ich życie, była surowa i miała zły wpływ na wnuka — właśnie dlatego małżeństwo się rozpadło.

— Jeżeli przekroczy próg waszego mieszkania — ciągnęła Inna Igoriewna — możesz już szykować się do rozwodu z Żenią! Ona nigdy nie pozwoli wam spokojnie żyć.

Ałła milczała. Świetnie. Jeszcze jeden problem. Ale prawdę mówiąc, jej obecna teściowa również nie była żadnym błogosławieństwem. Inna Igoriewna także uwielbiała wtrącać się w ich życie, bez końca udzielać rad i odgrywać rolę idealnej damy z towarzystwa. Trudno było powiedzieć, która z nich jest gorsza.

Żenia prawie nie pamiętał swojej babci. Ostatni raz widział ją, kiedy miał około dziewięciu lat i spędzał u niej wakacje. Jedyne, co zapamiętał, to energiczna i hałaśliwa kobieta. Może jego matka miała rację. Może lepiej było z nim o tym porozmawiać.

— Moja babcia jest w porządku — odpowiedział niedbale. — Owszem, jest trochę emocjonalna. Ale ma już siedemdziesiąt cztery lata, więc pewnie z wiekiem spoważniała. Pomoże ci, upiecze ciasta, będzie zabierać Antoszkę na spacery.

— A jak długo zostanie?

— Tydzień albo dwa. Damy sobie radę. W końcu to rodzina.

Na dworcu Ałła spodziewała się zobaczyć starszą kobietę ze starannie ułożonymi włosami, ubraną w długą, kolorową sukienkę i obładowaną torbami pełnymi domowych smakołyków.
 

Ale nikt taki się nie pojawił.

Zamiast tego prosto w ich stronę szła szczupła kobieta w szortach, koszulce i czapce z daszkiem.

Pewnie jakaś zagraniczna turystka, pomyślała Ałła. Ale ma styl.

— Jeżyku? To naprawdę ty? — zawołała radośnie kobieta, rzucając się w stronę Żeni. — Ale ty wyrosłeś!

Żenia uściskał babcię z zakłopotaniem — tylko ona nazywała go tak w dzieciństwie.

Nie miała ciężkich toreb, jedynie sportową torbę przewieszoną przez ramię. Po przywitaniu się z Ałłą i sześcioletnim Antonem od razu zapytała:

— Gdzie jest najbliższy supermarket?

— Nie trzeba, babciu, wszystko już kupiliśmy.

— Naprawdę? A co zaplanowaliście? Tort, szampana i pieczonego kurczaka?

— Nie, Ałła zrobiła kotlety. Trzeba je tylko podgrzać.

— W takim razie wiedzcie, moi drodzy, że nie jem już mięsa — oznajmiła. — Zostałam wegetarianką. Nie dlatego, że żal mi zwierząt. Po prostu mięso mi się znudziło.

W sklepie babcia Ola kupiła mnóstwo warzyw i zieleniny, a na kolację przygotowała już kilka oryginalnych sałatek.
 

Wszyscy usiedli przy stole.

— Babciu, napijesz się szampana? — zaproponował Żenia.

— Żadnego szampana! Od tych bąbelków tylko puchnie brzuch — odparła, machając ręką, po czym wyjęła butelkę czegoś mocniejszego.

— Myślałem, że prowadzisz teraz zdrowy tryb życia!

— Co za bzdura. Nigdy czegoś takiego nie mówiłam. Po prostu nie jem mięsa. A koniak, swoją drogą, dobrze wpływa na krążenie! Najważniejsze, żeby nie pić więcej niż pięćdziesiąt gramów dziennie!

— A tort? — zapytał ktoś.

— Fuj. Nigdy nie lubiłam słodyczy. Nie dlatego, że dbam o figurę — po prostu uważam je za niesmaczne. Ale nie krępujcie się przeze mnie. Jedzcie, co chcecie. Nikogo nie oceniam.

Ałła poczuła lekkie rozczarowanie. Żadnych ciast, żadnego babcinego ciepła… a Anton nie dostał nawet prezentu.

Babcia Ola jednak zdawała się czytać w jej myślach.

— Ty też dostaniesz prezent, młody człowieku — powiedziała do Antona. — Ale później. Najpierw chcę cię lepiej poznać. Inaczej mogłabym kupić ci coś nudnego, co już jutro rzuciłbyś w kąt.

Babcia Ola wstała późno, niemal w porze obiadu. Potem niespodziewanie poprosiła Antona, żeby wyszedł z pokoju, i zażądała dziesięciu minut samotności.

Ałła zajrzała do środka, zamknęła drzwi i zapytała męża:

— Co ona tam robi?

Żenia lekko uchylił drzwi i zobaczył babcię siedzącą po turecku na podłodze z zamkniętymi oczami.

— Nie mam pojęcia… Chyba medytuje. Albo ćwiczy jogę.

Dziesięć minut później była gotowa. Chwyciła Antona za rękę i zabrała go na spacer.

Tego wieczoru zachwycony chłopiec nie przestawał mówić.

— Babcia Ola jest wspaniała! Kupiła mi mnóstwo rzeczy!

— A gdzie dokładnie byliście? — zapytała Ałła.

— Słuchaliśmy ulicznych muzyków, potem poszliśmy do muzeum strachów, a później karmiliśmy kaczki nad jeziorem! I nawet kupiła mi szaszłyk!

— Nie zabrała cię do sali zabaw?

— Po co miałaby to robić? Przecież ty już mnie tam zabierałaś.

A to był dopiero początek.

Anton przestał chodzić do przedszkola — każdego dnia razem z babcią przeżywali nową przygodę.
 

Jednego dnia opowiadał:

— Znowu byliśmy nad jeziorem, ale tym razem za miastem! Babcia nauczyła mnie nurkować i puszczać kaczki na wodzie! Jej wychodziło za każdym razem, a mnie tylko trzy razy!

Innego dnia:

— Byliśmy na zlocie motocyklistów! Jeden pan pozwolił mi usiąść na swoim motocyklu, a babci też! I był jeszcze koncert rockowy!

A jeszcze innego:

— Babcia zrobiła procę i strzelaliśmy do puszek w parku! Nawet w jedną trafiłem! Nauczyła mnie też tak gwizdać — patrz!

Anton włożył palce do ust i wydał donośny gwizd.

Każdy dzień przynosił nową przygodę.

Ałła była zdumiona, ale milczała. Żenia zachowywał neutralność. Anton natomiast był zachwycony.
 

Przed wyjazdem babcia Ola podarowała prawnukowi teleskop, ponieważ chłopiec nagle zainteresował się gwiazdami.

Kiedy rodzina przyszła ją pożegnać, Anton wybuchnął płaczem. Ałła delikatnie odciągnęła go na bok, a Żenia zwrócił się do babci:

— Mama zawsze mówiła, że ona i tata rozwiedli się przez ciebie. To prawda?

— Częściowo — odpowiedziała spokojnie babcia Ola. — Owszem, ścierałyśmy się ze sobą. Bardzo cię kochałam i pozwalałam ci na drobne psoty. Twojej matce się to nie podobało.

— To ona jako pierwsza zażądała rozwodu i powiedziała, że już nigdy cię nie zobaczę. Ale później i tak zawsze wysyłała cię do mnie na wakacje. Właśnie wtedy podarowałam ci procę… Pamiętasz?

— Jak przez mgłę… Chyba rozbiłem nią lustro.

— Dokładnie. A mimo wszystko wyrosłeś na porządnego człowieka. Być może więc twoja matka w pewnych sprawach miała rację. Przepraszam, że Antona również wciągnęłam w kilka psot.

— Wszystko w porządku, babciu.
 

Wsiadając do wagonu, babcia Ola odwróciła się, spojrzała na Antona i głośno zagwizdała, wkładając palce do ust.

Anton natychmiast przestał płakać…

i odpowiedział jej równie donośnym gwizdem.