Aurora siedziała przy oknie, rozkoszując się widokiem. Ogromne panoramiczne okna i mieszkanie wysoko nad miastem były jej marzeniem od wielu lat, a teraz w końcu się ono spełniło. Ciężko na to pracowała, ale w wieku dwudziestu dziewięciu lat udało jej się zupełnie samodzielnie odłożyć wystarczająco dużo pieniędzy, by kupić dwupokojowe mieszkanie w centrum miasta. Słońce złociło dachy, daleko w dole tętniło miasto, a tutaj, na dwudziestym piątym piętrze, panowały cisza i przytulny spokój.
Aurora była szczęśliwa. Rodzice byli z niej dumni. Wzięła łyk zielonej herbaty i uśmiechnęła się do siebie, nie żałując ani trochę życia, które wybrała. Była kobietą całkowicie oddaną karierze. Owszem, nie wyszła jeszcze za mąż i na horyzoncie nie było nikogo obiecującego, ale mogła pozwolić sobie na odpoczynek i cieszenie się życiem bez zależności od kogokolwiek. Miała przed sobą cały dzień przeznaczony wyłącznie dla siebie: medytację, długie spanie i być może oglądanie serialu odcinek po odcinku.
Idylliczny spokój prysł w jednej chwili, gdy ostry dźwięk domofonu przeciął przyjemną ciszę.
Aurora drgnęła i zaskoczona spojrzała w stronę drzwi. Nie spodziewała się nikogo. Jej przyjaciółka Nastia była w delegacji, rodzice mieszkali w innym mieście, a ona nie zamawiała żadnej dostawy. Wzruszając ramionami, podeszła do drzwi, nacisnęła przycisk i podniosła słuchawkę.
— Kto tam? — zapytała, ale w odpowiedzi usłyszała jedynie niewyraźne trzaski, po których rozległ się krótki sygnał. Ktoś na dole zdążył już nacisnąć przycisk otwierający drzwi do budynku.
Aurora uznała, że któryś z sąsiadów zapewne popełnił błąd, i już miała wrócić do swojego spokojnego poranka, kiedy ponownie zadzwonił dzwonek.
Tym razem do jej własnych drzwi.
Dziwne. Bardzo dziwne.
Aurora zmarszczyła brwi, ale mimo wszystko odsunęła zasuwę.
Na klatce schodowej stała jej ciotka Wiera, siostra ojca, a za nią dreptała kuzynka Masza. Ciotka Wiera ściskała rączkę ogromnej, wypchanej do granic możliwości walizki, podczas gdy Masza niosła torbę sportową tak ciężką, jakby była wypełniona cegłami.
— Ciociu Wiero? Masza? — zdołała powiedzieć Aurora, czując, jak po kręgosłupie przebiega jej lodowaty dreszcz złego przeczucia. — Co wy tutaj robicie? Co się stało?
Ciotka Wiera zmierzyła siostrzenicę od stóp do głów bystrym, oceniającym spojrzeniem, po czym oznajmiła głośno, na tyle donośnie, by usłyszała ją cała klatka schodowa:
— Naprawdę będziemy rozmawiać na podeście? Najpierw nas wpuść. Nie każ nam tak tutaj stać.
Aurora instynktownie odsunęła się na bok i pozwoliła im wejść do przedpokoju. Walizka przekroczyła próg z głuchym łoskotem, a torba sportowa wylądowała na ławce, o mało nie przewracając wazonu.
Ciotka Wiera zdjęła płaszcz, niedbale rzuciła go na płaszcz Aurory, po czym oparła dłonie na biodrach i rozejrzała się po nieskazitelnym korytarzu, wypolerowanym parkiecie i otwartych drzwiach prowadzących do salonu. Na jej twarzy pojawił się wyraz, który Aurora aż za dobrze pamiętała z dzieciństwa: mieszanina wyższości i pewnej siebie, domowej władczości.
— No więc, kochanie — powiedziała, zerkając krótko na Maszę, zanim utkwiła wzrok w Aurorze. — Masza i ja zatrzymamy się u ciebie na jakiś czas.
Aurora poczuła, że zaczynają drżeć jej dłonie. Nie wiedziała, czy ze złości, czy ze strachu.
— Co masz na myśli, mówiąc, że zatrzymacie się u mnie? — Jej głos brzmiał głucho, jakby należał do kogoś innego.
Ciotka Wiera weszła do salonu i cmoknęła z podziwem na widok panoramicznych okien.
— Dlaczego jesteś taka zaskoczona? Jesteśmy rodziną. I tak masz zdecydowanie za dużo miejsca dla jednej osoby. Masza i ja nie mamy teraz dokąd pójść, więc pomyślałyśmy: po co marnować tyle przestrzeni? Zostaniemy u ciebie przez jakiś czas. Możesz pomóc swoim bliskim.
Aurora zastygła, niezdolna uwierzyć w to, co słyszy. Jeszcze kilka chwil wcześniej cieszyła się swoją niezależnością, a teraz nieproszeni goście z bagażami wdzierali się do jej azylu, do jej prywatnego świata. Bezczelność całej sytuacji na moment odebrała jej głos, jakby szok pozbawił ją zdolności mówienia.
W końcu zdołała go odzyskać. Poczucie niesprawiedliwości i niestosowność sytuacji okazały się silniejsze niż początkowe odrętwienie.
— Zaczekaj — powiedziała Aurora, a jej głos drżał od napięcia. — Ciociu Wiero, co dokładnie się wydarzyło? Skąd ta nagła przeprowadzka? Co się stało z twoim mieszkaniem?
Nie pytając o pozwolenie, ciotka Wiera usiadła w fotelu przy oknie i założyła nogę na nogę.
— Och, nawet nie pytaj — powiedziała dramatycznym tonem, przyciskając dłoń do piersi. — Sąsiedzi z góry nas zalali. Sufity są zniszczone, podłogi powyginane, całe mieszkanie wymaga poważnego remontu.
W tym czasie Masza zdążyła już otworzyć drzwi szafy w korytarzu i oceniała, ile jest w niej wolnego miejsca na jej ubrania.
— A nasza głowa rodziny zajmie się remontem — ciągnęła ciotka Wiera. — Potrzebuje ciszy i spokoju, żeby się skoncentrować i wszystko dobrze zrobić. Tylko byśmy mu przeszkadzały, więc uznałyśmy, że najlepiej będzie na jakiś czas zamieszkać u ciebie. Tak świetnie sobie poradziłaś, kupiłaś to piękne mieszkanie i w ogóle.
Aurora poczuła, jak głęboko w jej wnętrzu zaczyna wrzeć irytacja.
— Chwileczkę — powiedziała, wchodząc do salonu tak, żeby obie musiały na nią spojrzeć. — Dlaczego nie pojechałyście do dziadka i babci? Mają duży dom i trzy wolne pokoje. Przydałaby im się pomoc, a wy mogłybyście się nimi zająć.
Masza, która podziwiała swoje odbicie w lustrze w przedpokoju, głośno prychnęła i przewróciła oczami.
— Aurora, naprawdę? Do babci? — powiedziała tonem ociekającym kpiną. — Sama chciałabyś mieszkać w tym starym domu? Palić w piecu i wychodzić na zewnątrz do toalety? W dwudziestym pierwszym wieku? Proszę cię.
Wzruszyła lekceważąco ramionami.
— Tutaj jest idealnie. Centrum miasta, nowoczesny remont, te ogromne okna… gorący prysznic i podgrzewana deska sedesowa.
Ciotka Wiera przytaknęła, po czym nagle przyjęła zaczepną postawę. Zmrużyła oczy i utkwiła wzrok w siostrzenicy.
— Skąd te wszystkie pytania, Aurora? Naprawdę nie chcesz pomóc własnej rodzinie? Szczerze mówiąc, zachowujesz się jak obca osoba.
Pochyliła się do przodu.
— Przyjęłyśmy cię pod swój dach, pamiętasz, kiedy twoi rodzice wyjeżdżali służbowo. Już o tym zapomniałaś? Karmiłyśmy cię, opiekowałyśmy się tobą i pilnowałyśmy cię. A teraz patrzysz na nas z góry?
Na ustach Aurory pojawił się krzywy, gorzki i pusty uśmiech.
Jej pamięć natychmiast podsunęła obraz z dzieciństwa. Tylko raz matka rzeczywiście poprosiła ciotkę Wierę, by przez kilka dni zajęła się ośmioletnią wówczas Aurorą. I co ciotka Wiera zrobiła jeszcze tego samego wieczoru? Wysłała dziewczynkę do dziadków, mimo że byli wtedy chorzy, i zostawiła ją u nich. Aurora przemokła do suchej nitki w drodze na przystanek autobusowy i spędziła kolejny tydzień w łóżku z gorączką. Ciotka Wiera nawet jej nie odwiedziła.
A teraz miała czelność wymyślać historię o dobroci, która nigdy nie istniała, i domagać się za nią wdzięczności.
— Ciociu Wiero, bardzo dobrze pamiętam tę waszą „opiekę” — powiedziała Aurora chłodno, ale nie rozwinęła tematu.
Wiedziała, że bezpośrednia konfrontacja do niczego nie doprowadzi. Potrzebowała innego wyjścia. Biorąc głęboki oddech, chwyciła się jedynego argumentu, który mógł zadziałać.
— Posłuchaj, nie chodzi o to, że nie chcę pomóc. Po prostu nie mieszkam tutaj sama.
Ciotka Wiera i Masza wymieniły spojrzenia.
— Jak to nie sama? — zapytała podejrzliwie ciotka.
— Właśnie tak — odpowiedziała Aurora, krzyżując ręce na piersi i zmuszając się, by jej głos zabrzmiał pewnie. — Mieszkam tutaj z chłopakiem. Jesteśmy razem od sześciu miesięcy. Niedługo wróci.
Starała się wyglądać na spokojną i opanowaną.
— I musisz przyznać, że wprowadzenie się was tutaj byłoby bardzo niestosowne. Czułby się przy was nieswojo, a mnie również postawiłybyście w niezręcznej sytuacji.
Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Aurora niemal uwierzyła, że udało jej się wytrącić je z równowagi.
Jednak ciotka Wiera szybko odzyskała rezon. Sceptycznie rozejrzała się po nieskazitelnie uporządkowanym mieszkaniu, zauważając brak męskich przedmiotów i pojedynczą filiżankę stojącą na stole.
— Ach, rozumiem — powiedziała przeciągle. — Czyli teraz masz chłopaka? Trudno mi w to uwierzyć, Aurora. Coś ukrywasz.
Masza stanęła obok matki, naśladując jej podejrzliwy wyraz twarzy.
— Udowodnij — rzuciła nagle ciotka Wiera, podnosząc głos. — Niech przyjdzie i pozna rodzinę. Oczywiście, jeśli naprawdę ktoś taki istnieje.
Zmrużyła oczy.
— A jeśli nikogo nie ma, nie wymyślaj bajek tylko po to, żeby wyrzucić własną rodzinę. Przyjechałyśmy do ciebie w dobrej wierze, a ty chcesz wystawić nas za drzwi? Za bardzo uwierzyłaś w siebie przez to swoje piękne życie. Udowodnij, że nie kłamiesz, a wtedy wrócimy do rozmowy.
Aurora zamrugała, całkowicie zbita z tropu. W ogóle nie spodziewała się takiego obrotu spraw.
Została uwięziona we własnym kłamstwie.
W jej życiu nie było żadnego mężczyzny i nie miała czego udowadniać. Ogarnęło ją przytłaczające poczucie, że znalazła się w pułapce.
Jej umysł gorączkowo szukał rozwiązania. Ciotka Wiera stała przed nią, przeszywając ją twardym spojrzeniem, podczas gdy Masza uśmiechała się z zadowoleniem. Aurora musiała szybko coś wymyślić, bo inaczej te dwie zajmą jej mieszkanie, wtargną w jej prywatność i przejmą całe jej życie.
I wtedy, niczym promień światła przebijający się przez panikę, pomyślała o Pawle.
Jej koledze z działu analiz. Wysokim, przystojnym, o inteligentnych szarych oczach i ironicznym uśmiechu. Często jadali razem lunch, rozmawiali o książkach i filmach, dyskutowali o projektach zawodowych. Zawsze był błyskotliwy, niezawodny i nigdy nie brakowało mu odpowiednich słów.
— Dobrze — powiedziała Aurora z zaskakującym spokojem, wyciągając telefon z kieszeni szlafroka. — Zadzwonię do niego. Tylko pamiętajcie, że jest bardzo bezpośrednim człowiekiem.
Ciotka Wiera prychnęła sceptycznie, ale nic nie powiedziała. Masza przewróciła oczami, wyraźnie nieprzekonana.
Aurora poszła do sypialni i wybrała numer Pawła. Serce waliło jej jak oszalałe. Czy się zgodzi? Prośba była absurdalna, ale nie miała nikogo innego, do kogo mogłaby się zwrócić.
— Pasha, cześć — powiedziała cicho. — Mógłbyś natychmiast do mnie przyjechać? To… powiedzmy, że sytuacja awaryjna. Potrzebuję twojej pomocy. Chciałabym, żebyś udawał mojego chłopaka i pomógł mi grzecznie pożegnać nieproszonych gości.
Ostatnie słowa wypowiedziała niemal szeptem, na wypadek gdyby ciotka Wiera podsłuchiwała za drzwiami.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, a następnie rozległ się spokojny głos Pawła, w którym pobrzmiewało rozbawienie.
— Wyślij mi adres. Będę za godzinę.
— Dziękuję — wyszeptała Aurora i zakończyła połączenie.
Ta godzina była prawdziwym piekłem. Aurora zaparzyła herbatę, wyjęła ciastka, które zachowywała na spokojną niedzielę z książką, i wysłuchiwała niekończących się uwag ciotki Wiery o tym, które meble należałoby przestawić, bo „tak byłoby wygodniej”. Masza natomiast bez przerwy powtarzała, jakie to szczęście, że przez jakiś czas będzie mogła mieszkać w centrum miasta.
Aurora milczała, popijała stygnącą herbatę i wpatrywała się w zegar, jakby jego wskazówki celowo poruszały się wolniej tylko po to, by ją dręczyć.
Dokładnie pięćdziesiąt dziewięć minut później rozległ się dzwonek do drzwi.
Aurora zerwała się tak gwałtownie, że niemal przewróciła krzesło. Otworzyła drzwi i zobaczyła przed sobą Pawła. W jednej ręce trzymał bukiet róż, a w drugiej pudełko czekoladek, najwyraźniej zdecydowany odegrać swoją rolę do końca.
Jego wzrok natychmiast ogarnął całą scenę: bagaże stojące w korytarzu i napięcie widoczne na twarzy Aurory.
— Cześć, kochanie — powiedział łagodnie, ale wystarczająco głośno, żeby usłyszano go w salonie.
Wszedł do środka, lekko pocałował Aurorę w policzek, objął ją ramieniem w talii i razem z nią przeszedł do pokoju.
— Mamy gości? — zapytał z lekkim zdziwieniem, patrząc na ciotkę Wierę i Maszę.
Ciotka Wiera natychmiast się wyprostowała. Masza, która jeszcze chwilę wcześniej rozkładała się na kanapie, poprawiła bluzę z kapturem i nagle usiadła prosto.
— To moja ciotka, Wiera Antonowna, i moja kuzynka Masza — powiedziała Aurora tak spokojnie, jak tylko potrafiła. — Miały… pewnego rodzaju awarię w swoim mieszkaniu i postanowiły zatrzymać się u nas. Już wyjaśniłam, że to nie będzie możliwe.
— Rozumiem — powiedział Paweł, odkładając czekoladki na stół i wręczając Aurorze kwiaty.
Następnie odwrócił się do przybyłych kobiet i uprzejmie skinął głową, nie uśmiechając się ani trochę.
— Miło mi panie poznać. Ale szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy dobrze rozumiem sytuację. Być może panie nie wiedziały, ale Aurora i ja mieszkamy tutaj razem.
Wskazał gestem mieszkanie.
— I szczerze mówiąc, jestem zdecydowanie przeciwny temu, żeby obce osoby wprowadzały się do naszego domu.
— Jak to obce osoby? — zaprotestowała ciotka Wiera, chociaż jej głos lekko zadrżał. — Jesteśmy rodziną!
— Rodziną Aurory — poprawił ją Paweł łagodnie, lecz stanowczo. — Dla mnie panie nadal są obcymi osobami.
Następnie dodał, zerkając na Aurorę z tak ciepłym uśmiechem, że aż ją to zdezorientowało:
— Poza tym jesteśmy młodą parą. Rozumieją panie, co to oznacza. Mamy własne przyzwyczajenia i własny rytm życia. Bywamy nawet dosyć głośni, zwłaszcza nocami.
Zrobił znaczącą przerwę.
— Dlatego jeśli liczyły panie na ciszę, spokój i domową wygodę, to zdecydowanie nie jest odpowiednie miejsce. Nie zamieszkaliśmy razem po to, żeby się ograniczać albo utrudniać życie innym. Więc…
Lekko rozłożył ręce.
— Mogą panie przyjąć to, jak chcą, ale naprawdę odradzam pozostawanie tutaj. Naprawdę. Dla wszystkich byłoby to krępujące.
Zapadła cisza. Ciężka i przytłaczająca.
Twarz ciotki Wiery stała się purpurowa. Na jej rysach pojawiła się mieszanina upokorzenia i bezsilnej złości. Co chwilę rzucała Maszy nerwowe spojrzenia, jakby bez słów pytała: „I co teraz? Cały nasz plan legł w gruzach”.
Masza, która straciła całą wcześniejszą pewność siebie, siedziała z zaczerwienioną twarzą i wpatrywała się we wzory na swoich dżinsach.
— No cóż… w takim razie chyba powinnyśmy już pójść — wymamrotała ciotka Wiera, podnosząc się z fotela. — Skoro tak wygląda sytuacja. Nie będziemy przeszkadzać młodej parze.
Zaczęła nerwowo krzątać się po przedpokoju, chwytając płaszcz i popychając walizkę nogą. Masza w milczeniu podniosła swoją torbę.
Całe pakowanie zajęło im mniej niż trzy minuty. Przy drzwiach ciotka Wiera próbowała jeszcze rzucić Aurorze ostatnie pełne wyrzutu spojrzenie, ale lodowata uprzejmość Pawła natychmiast ją powstrzymała i kobieta pospiesznie wyszła na korytarz.
Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem.
Cisza, która zapadła później, była już zupełnie inna. Spokojna. Wyzwalająca.
Aurora oparła się plecami o ścianę i wypuściła powietrze, jakby przez cały ten czas właściwie nie oddychała.
— Pasha… nawet nie wiem, jak ci podziękować. Uratowałeś mnie. Naprawdę myślałam, że się tutaj wprowadzą i z czasem wypchną mnie z mojego własnego mieszkania. Bardzo ci dziękuję. Nie chciałam się z nimi kłócić. W końcu to rodzina, czy mi się to podoba, czy nie…
— To nic takiego — powiedział Paweł ze swoim zwykłym swobodnym, nieco leniwym uśmiechem.
Po chwili jednak spoważniał. Spojrzał na Aurorę nie jak na koleżankę z pracy, lecz zupełnie inaczej. Intensywnie. Ciepło. Z odrobiną smutku.
— Naprawdę, to nic takiego, Aurora.
Zawahał się.
— Żałuję jedynie, że to nie jest prawda. Że naprawdę nie jesteśmy razem.
Nagle zamilkł, jakby dopiero w tej chwili dotarło do niego, że wypowiedział te słowa na głos.
Aurora również zastygła.
Spojrzała na niego — na wyrazisty profil, lekki zarost na szczęce i inteligentne oczy, które teraz dokładnie zdradzały jego uczucia. Widziała Pawła codziennie w pracy, ale tutaj, w jej mieszkaniu, po tym, jak naturalnie wszedł w rolę jej mężczyzny i bez wahania stanął w jej obronie, zobaczyła go zupełnie inaczej.
Nie był tylko przyjacielem.
Nie był tylko kolegą z pracy.
I nagle, z uderzającą jasnością, czując dreszcz przebiegający po skórze, zrozumiała, że naprawdę jej się podoba.
Bardzo.
— Moglibyśmy… to zmienić — powiedziała Aurora cicho. — Jeżeli naprawdę tego chcesz.
Paweł uśmiechnął się i podszedł bliżej.
— Chcę tego już od dawna…
Paweł objął Aurorę, w duchu wdzięczny, że jej bezczelni krewni wtargnęli do mieszkania i zburzyli jej spokój.
Dzięki temu otrzymał swoją szansę.
I nie zamierzał pozwolić jej przeminąć.