Pracowałem z Larisą w tym samym dziale przez sześć lat. A sześć lat, swoją drogą, to nie są tylko dwie firmowe imprezy i jeden niezręczny obiad w stołówce. To całe małe życie.
Widziałem ją w najróżniejszych nastrojach: radosną, wściekłą, wyczerpaną, z nową fryzurą, z gorączką i walczącą z raportami, których nienawidziła tak, jakby zmarnowały jej młodość. Ona widziała mnie mniej więcej tak samo. Innymi słowy, jako zwyczajnego mężczyznę, który pił herbatę z wyszczerbionego kubka, zapominał hasła do służbowej poczty i czasami przynosił domowe pulpety w plastikowym pojemniku.
Łączyła nas normalna relacja. Zawodowa. Może nawet serdeczna.
Mogłem podwieźć ją do metra, kiedy padało. Ona mogła pożyczyć mi ładowarkę. Ja mogłem pomóc jej z arkuszem w Excelu, a ona przypominała mi, że szef ma urodziny i powinienem dorzucić się do zbiórki, zamiast udawać, że „znowu przegapiłem wiadomość na grupie”.
Ale nigdy nie próbowałem się do niej zalecać.
Nigdy nie dawałem jej kwiatów. Nigdy nie pisałem do niej późnym wieczorem. Nigdy nie zapraszałem jej do kina. Nigdy nie patrzyłem na nią w sposób, który mógłby sprawić, że pomyśli:
„No tak. Zaraz zacznie romans”.
Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, jak patrzy się na kogoś w taki sposób. Najczęściej wyglądam, jakbym próbował sobie przypomnieć, czy wyłączyłem żelazko.
Pewnego dnia Larisa poprosiła mnie o pomoc przy składaniu mebli.
Brzmiało to jak zwyczajna prośba. Przynajmniej tak wtedy sądziłem.
Powiedziała:
— Słuchaj, umiesz majsterkować, prawda? Przywieźli mi szafę i komodę, ale monter odwołał wizytę. Sama naprawdę sobie z tym wszystkim nie poradzę.
A ja, niczym szlachetny idiota, odpowiedziałem:
— Jasne, wpadnę po pracy.
Teraz rozumiem, że określenie „szlachetny idiota” jest wręcz zbyt łagodne. Ale wtedy naprawdę się nad tym nie zastanawiałem.
Myślałem prosto: ktoś potrzebował pomocy. Koleżanka z pracy. Mieszkała sama. Kartony były ciężkie. Dlaczego miałbym jej nie pomóc?
Po pracy zatrzymałem się w sklepie, ponieważ napisała mi, że instrukcja wspomina o bateriach do oświetlenia szafy. Kupiłem baterie. Wziąłem też śrubokręt, bo oczywiście ona „gdzieś swój widziała, ale nie pamiętała gdzie”.
Kupiłem również tabliczkę czekolady do herbaty. Nic romantycznego, zwykłą czekoladę z orzechami laskowymi. Dla mnie czekolada z orzechami nie jest wyznaniem miłości. To po prostu uczciwa rekompensata za przetrwanie w świecie tanich mebli do samodzielnego montażu.
Przyjechałem późno, około dziewiątej, może trochę później. Na zewnątrz było zimno — pamiętam to, bo podczas szukania właściwego wejścia zmarzły mi dłonie.
Jej blok był nowy, a wszystkie wejścia wyglądały identycznie. Przez pięć minut krążyłem wokół budynku jak zagubiony dostawca.
Larisa otworzyła drzwi niemal natychmiast.
I prawdopodobnie właśnie wtedy powinienem był zacząć coś podejrzewać.
Nie miała na sobie szlafroka ani starego T-shirtu, jak zwykle ubierają się ludzie, którzy czekają, aż ktoś przyjdzie nosić ciężkie kartony.
Miała na sobie sukienkę.
Oczywiście nie wieczorową, ale schludną i elegancką. Włosy miała ułożone. W kuchni paliły się świece, a w tle grała spokojna muzyka.
Pomyślałem wtedy:
„Może po prostu lubi przytulną atmosferę”.
Naprawdę tak pomyślałem. Czasami mój mózg działa z takim samym opóźnieniem jak stara drukarka.
Na korytarzu stały kartony.
Mnóstwo kartonów.
Ogromne, ciężkie pudła pełne części noszących te cudowne nazwy: panel A, półka B, śruba numer 17 — ta sama, która zawsze znika w najgorszym możliwym momencie.
— Wow — powiedziałem. — To nie jest szafa. Z tego można by zbudować domek letniskowy.
Roześmiała się. Dopiero później zorientowałem się, że moja uwaga ucieszyła ją trochę za bardzo. Ale w tamtej chwili byłem zajęty zdejmowaniem płaszcza i szukaniem miejsca, gdzie mógłbym postawić buty, żeby nie zabrudzić podłogi.
Larisa zaproponowała mi wino.
— Nie, dziękuję. Prowadzę — powiedziałem.
— Tylko odrobinę — odpowiedziała. — Pomoże ci się rozluźnić.
— Nie, naprawdę. Muszę jeszcze wrócić samochodem do domu.
Skinęła głową, ale wyglądała na urażoną. Nie zwróciłem na to większej uwagi. Może się postarała i coś przygotowała, a ja tylko mówiłem: „Prowadzę”.
Chociaż przecież nie prosiłem jej, żeby cokolwiek przygotowywała. Przyszedłem ze śrubokrętem, nie z bukietem kwiatów.
Zaczęliśmy składać szafę.
A dokładniej: ja zacząłem ją składać, a Larisa krążyła wokół mnie, podawała mi części, czasem przytrzymywała jeden z bocznych paneli i bez przerwy rozmawiała.
Na początku mówiła o pracy. Potem o tym, jak trudno jest żyć samotnie. Następnie o byłym mężu. Później o tym, że wszyscy porządni mężczyźni są już zajęci, a ci, którzy zostali, są albo żonaci, albo dziwni.
Odpowiadałem żartami. Ostrożnie. Bez flirtowania. Tylko po to, żeby nie siedzieć tam w całkowitym milczeniu.
— Cóż, nie jestem żonaty, ale jestem dziwny — powiedziałem, gdy otwory po raz kolejny do siebie nie pasowały.
Spojrzała na mnie trochę zbyt uważnie.
— Nie jesteś dziwny — powiedziała. — Jesteś dobrym mężczyzną.
Wtedy coś we mnie cicho się zmieniło.
Nie na tyle mocno, żebym od razu pomyślał:
„Uciekaj, póki możesz”.
Nie. Po prostu zacząłem czuć się nieswojo.
Powiedziałem coś w rodzaju:
— Dobry mężczyzna to taki, który czyta całą instrukcję. Ja już popełniłem dwa błędy.
Nie roześmiała się.
Świece płonęły, muzyka grała, a szafa składała się fatalnie. Siedziałem na podłodze ze śrubokrętem w jednej dłoni i drewnianym kołkiem w drugiej, czując się jak człowiek, który przyszedł obejrzeć jedną sztukę, a niespodziewanie znalazł się w zupełnie innej.
I nikt nie dał mi tekstu do mojej roli.
Larisa nalała sobie kolejny kieliszek wina. Zauważyłem, że nie był to jej pierwszy. Zaczęła mówić wolniej. Ciszej. Czasami siadała trochę zbyt blisko mnie.
Ja cały czas się odsuwałem, udając, że muszę sięgnąć po kolejną część.
To swoją drogą specjalny talent: odsunąć się od kogoś, nie wyglądając przy tym na niegrzecznego. Tego wieczoru opanowałem go do perfekcji.
Kiedy szafa zaczęła wreszcie przypominać szafę, powiedziała:
— Wiesz, od dawna chciałam zaprosić cię do siebie.
Zastygłem.
— Masz na myśli, żebym ci pomógł?
Uśmiechnęła się.
— Cóż… również po to, żebyś mi pomógł.
Udałem, że nie rozumiem. Tak, to było tchórzliwe. Ale była to zwyczajna, codzienna tchórzliwość.
Czasami człowiek wie, że powinien powiedzieć coś wprost, ale zamiast tego zaczyna szukać śruby, która nawet nie istnieje.
— Gdzie jest tylna ścianka? — zapytałem.
Milczała przez kilka sekund. Potem wstała, podeszła do okna, napiła się wina i powiedziała:
— Mam dość samotności.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Szczerze mówiąc, co mogłem powiedzieć?
„Trzymaj się?”
„Rozumiem?”
„Przykręcamy półkę?”
Każda możliwa odpowiedź wydawała się albo okrutna, albo głupia.
— Przykro mi, Lariso — powiedziałem.
Odwróciła się w moją stronę.
— Tobie zawsze jest wszystkich żal.
Wtedy już wiedziałem na pewno, że sytuacja zmierza w złym kierunku.
Bo litość jest bardzo niebezpieczną rzeczą. Zwłaszcza kiedy jedna osoba oczekuje miłości, a druga przyszła tylko ze śrubokrętem.
Zacząłem szybciej składać komodę. Dłonie miałem mokre od potu. Chciałem skończyć i wyjść.
Ale nie uciec.
Chciałem odejść normalnie. Podziękować za herbatę, powiedzieć:
„No dobrze, powinno się trzymać”,
założyć płaszcz i zniknąć w nocy z resztką godności człowieka, który spędził trzy godziny, czołgając się po podłodze i zgubił jedną śrubę.
Larisa nie pozwoliła mi jednak na tak godne wyjście.
Usiadła obok mnie. Bardzo blisko.
Czułem zapach wina i jej perfum. Patrzyła na mnie, jakbym wreszcie powinien zrozumieć coś ważnego.
Zrozumiałem.
Tylko nie to, co chciała, żebym zrozumiał.
— Jesteś samotny, prawda? — zapytała.
— Tak.
— Ja też jestem samotna.
Skinąłem głową. Genialna odpowiedź, oczywiście. Po prostu przytaknąłem.
Wewnątrz mnie mały spanikowany człowieczek biegał w kółko i krzyczał:
„Powiedz wreszcie coś normalnego!”
Ale nie potrafiłem.
Bo Larisa nie była obcą kobietą. Nie była przypadkową nieznajomą poznaną w barze. Była moją koleżanką, osobą, obok której następnego dnia, kolejnego dnia i przez nie wiadomo jak długi czas miałem siedzieć w biurze.
Nie chciałem jej zranić. Nie chciałem jej upokorzyć. Nie chciałem wyjść na egoistycznego idiotę, który uznał, że ona jest w nim zakochana, choć tylko poprosiła go o złożenie szafy.
Ale ona sama wszystko wyjaśniła.
Podniosła rękę i dotknęła mojej twarzy.
Delikatnie.
Jej palce musnęły mój policzek.
Wszystko we mnie się napięło.
Nie z obrzydzenia. Nie. Larisa była piękną kobietą. Normalną, ciepłą, żywą osobą.
Nie w tym tkwił problem.
Problem polegał na tym, że ja tego nie chciałem.
Po prostu tego nie chciałem.
I właśnie to okazało się najtrudniejsze: przyznać przed sobą i przed nią „nie chcę tego” w chwili, kiedy druga osoba zbudowała już w swojej wyobraźni cały dom.
Dom z kuchnią, zasłonami, niedzielnymi śniadaniami i być może ze mną w roli spokojnego, godnego zaufania mężczyzny, który w końcu wszystko naprawi.
Ale ja nie mogłem niczego naprawić.
Przyszedłem złożyć szafę.
Patrzyła na mnie. Jej dłoń wciąż spoczywała na moim policzku.
Delikatnie ująłem ją za nadgarstek i opuściłem jej rękę.
— Lariso, nie — powiedziałem.
Powiedziałem to łagodnie. Bez złości.
Zbladła. Potem poczerwieniała. Następnie uśmiechnęła się tak, jakby usłyszała żart.
— Dlaczego?
To „dlaczego” niemal mnie dobiło.
Bo na to pytanie nie ma odpowiedzi, która by nie zabolała.
Każda możliwa odpowiedź brzmiała strasznie.
„Nie kocham cię” było zbyt bezpośrednie.
„Nie pociągasz mnie” było zbyt brutalne.
„Nigdy nie patrzyłem na ciebie w ten sposób” brzmiało tak, jakby to była jej wina, że zaczęła o mnie myśleć inaczej.
„Przyszedłem tu złożyć meble” byłoby jak roztrzaskanie romansu taboretem.
Dlatego powiedziałem:
— Nie chcę cię oszukiwać.
Natychmiast się odwróciła.
— Rozumiem.
Nie, nie rozumiała. Ja też nie.
Komoda wciąż była złożona tylko do połowy. Świece płonęły. Muzyka nagle wydała mi się tak głośna, że chciałem ją wyłączyć, ale bałem się wykonać choćby jeden zbędny ruch.
— Chyba powinienem już iść — powiedziałem.
Zaśmiała się. Krótko i nieprzyjemnie.
— Oczywiście. Idź.
Zacząłem zbierać narzędzia. Trzęsły mi się ręce. Nienawidzę takich chwil, kiedy człowiek wie, że postępuje uczciwie, a mimo to czuje się jak kompletny drań.
Stała w milczeniu przy oknie.
Założyłem płaszcz. Wziąłem też worek pełen odpadów po opakowaniach, bo automatycznie uznałem, że powinienem go wynieść.
Wyobrażasz sobie?
Człowiek właśnie został emocjonalnie przepuszczony przez maszynkę do mięsa, a mimo to pamięta o wyrzuceniu kartonów.
Taki właśnie ze mnie bohater.
Rycerz recyklingowego śmietnika.
Przy drzwiach powiedziałem:
— Przepraszam.
Nie odpowiedziała.
Wyszedłem.
Siedziałem w samochodzie przez jakieś dziesięć minut. Po prostu siedziałem i patrzyłem na kierownicę.
Czułem się okropnie.
Nie dlatego, że miałem wątpliwości. Wiedziałem na pewno, że nie powinienem był zostać. Nie powinienem był jej całować z litości. Nie powinienem był udawać, że coś między nami jest.
To byłoby obrzydliwe.
Naprawdę obrzydliwe.
Ale poczucie winy i tak pełzało pod moją skórą.
Wciąż zadawałem sobie pytania: czy powinienem był zorientować się wcześniej? Czy nie powinienem był jechać tam wieczorem? Czy powinienem był zabrać ze sobą kogoś jeszcze? Czy w jakiś sposób dałem jej nadzieję?
Potem zacząłem odtwarzać w myślach ostatnie sześć lat.
Pomagałem jej z komputerem. Tak.
Czasami ją podwoziłem. Tak.
Śmiałem się z jej żartów. Tak.
Składałem jej życzenia urodzinowe. Tak.
Ale czy to była obietnica?
Czy zwyczajna ludzka życzliwość stała się zaliczką na poczet miłości?
Nie wiedziałem.
Następnego dnia Larisa nie przyszła do pracy. Napisała wiadomość, że jest chora.
Wróciła dwa dni później. Blada i opanowana, z twarzą tak zamkniętą, jakby ktoś zapiął ją aż po brodę.
Przywitaliśmy się. Pracowaliśmy. Nigdy więcej o nic mnie nie poprosiła. Ja również starałem się nie wtrącać.
Oczywiście ludzie z naszego działu wyczuli, że coś się wydarzyło. Kobiety zauważają takie rzeczy szybciej, niż serwer zdąży paść w poniedziałkowy poranek.
Jedna z koleżanek zapytała mnie:
— Pokłóciłeś się z Larisą?
— Nie — odpowiedziałem.
I była to prawda. Nie pokłóciliśmy się.
Po prostu istniał między nami ten niedokończony wieczór, z jego kartonami, świecami, winem i moim żałosnym śrubokrętem.
Kilka tygodni później wreszcie odezwała się do mnie w biurowej kuchni.
Robiłem herbatę. Weszła, wzięła kubek i przez dłuższą chwilę szukała cukru w szafce.
Potem powiedziała:
— Zachowałam się wtedy głupio.
Niemal upuściłem łyżeczkę.
— Lariso…
— Nie — przerwała mi. — Pozwól mi powiedzieć to samodzielnie. Ćwiczę to od dwóch tygodni i obrażę się, jeśli mi przerwiesz.
Zamilkłem.
Uśmiechnęła się krzywo. Zwyczajnie, po ludzku.
— Naprawdę myślałam, że zrozumiałeś — powiedziała. — Wydawało mi się to oczywiste. Byłeś miły i troskliwy. Zawsze mi pomagałeś. Wyobraziłam sobie różne rzeczy… no, wiesz.
Powiedziała „wiesz” w żeńskiej formie, chociaż byłem mężczyzną.
Ale zrozumiałem.
— Nie chciałam stawiać cię w takiej sytuacji — ciągnęła. — Po prostu byłam samotna. I uznałam, że jeśli ładnie nakryję do stołu, zapalę świece i włączę muzykę, życie nagle stanie się jak w filmie.
Westchnęła.
— Ale rzeczywistość, ta przeklęta rzecz, nadal trwała.
Po raz pierwszy od tamtego wieczoru wypuściłem powietrze z płuc.
— Chyba też częściowo byłem winny — powiedziałem.
Spojrzała na mnie surowo.
— Nie odbieraj mi mojej głupoty. Sam masz wystarczająco dużo własnej.
Oboje się roześmialiśmy.
Nie głośno. Nie radośnie.
Ale szczerze.
Potem powiedziała:
— Dziękuję, że mnie nie wykorzystałeś.
Nie od razu zrozumiałem.
Wpatrywała się w swój kubek.
— Byłam pijana. Roztrzęsiona. Desperacko chciałam, żeby ktoś mnie wybrał. Ktokolwiek. Gdybyś został tamtej nocy… prawdopodobnie następnego ranka umierałabym ze wstydu.
Stałem w milczeniu.
Bo to była najbardziej przerażająca i najbardziej szczera rzecz w całej tej historii.
Czasami człowiek prosi o miłość nie dlatego, że kocha właśnie ciebie, ale dlatego, że cierpi.
Bo ma dość samotności.
Bo chce, żeby ktoś przyszedł i powiedział:
„Wystarczy. Teraz jestem tutaj. Już nie będziesz cierpieć”.
Ale drugi człowiek nie jest lekarstwem.
Nawet jeśli potrafi składać meble.
Po tej rozmowie między nami zrobiło się łatwiej.
Nie od razu, ale stopniowo.
Nie zostaliśmy wielkimi przyjaciółmi. Nie zaczęliśmy chodzić razem na lunch, jakby nic się nie wydarzyło. Nie. Niektórych rzeczy nie da się tak po prostu wymazać.
Ale napięcie zniknęło.
Pewnego dnia zobaczyłem na jej telefonie zdjęcie tamtej szafy. Stała prosto. Drzwi zamykały się prawidłowo. Komoda również była już dokończona.
— Wezwałaś montera? — zapytałem.
— Pomógł mi sąsiad — powiedziała. — Jest emerytem, swoją drogą. Zrobił to lepiej niż ty.
— No proszę — odparłem. — Wreszcie porządny mężczyzna.
Prychnęła.
— Jest żonaty.
Roześmialiśmy się.
I to wszystko.
Od tamtej pory minęło wiele czasu. Larisa w końcu odeszła z firmy i zatrudniła się gdzie indziej. Słyszałem, że kogoś poznała.
Czy jest dobrym mężczyzną, nie wiem.
Mam nadzieję, że tak.
Naprawdę.
Czasami wciąż wspominam tamten wieczór.
Nie jak straszliwy dramat. Raczej jak niewygodną lekcję. Taką, po której człowiek myśli:
„Mogło być gorzej”.
Znacznie gorzej.
Mogłem udawać, że jej pragnę, z litości. Mogłem zostać tylko po to, żeby jej nie zranić. Mogłem przez kolejne tygodnie chodzić z ponurą miną i uważać się za ofiarę.
Ona mogła mnie znienawidzić.
Ja mogłem powiedzieć coś okrutnego.
Ale jakoś oboje z tego wyszliśmy.
Niezręcznie, boleśnie i nie za pierwszym razem.
Ale po ludzku.
Zrozumiałem jedną prostą rzecz: pomaganie komuś nie jest obietnicą miłości. Życzliwość nie jest zaproszeniem do związku. A samotność drugiego człowieka nie czyni z ciebie odpowiedzialnego za niego wybawcy.
Zrozumiałem też coś jeszcze: powiedzenie „nie” wydaje się czymś wstydliwym tylko przez pierwszych kilka minut.
Później to milczenie byłoby naprawdę wstydliwe.
Przyszedłem tam złożyć szafę.
Sama szafa, swoją drogą, nie wyszła szczególnie dobrze.
Ale przynajmniej granicę udało mi się postawić prawidłowo.