Kandydat na męża zaprosił mnie do siebie, ale ostatecznie wręczył mi mopa i kazał posprzątać jego mieszkanie po remoncie.

Kandydat na męża zaprosił mnie do siebie, ale ostatecznie wcisnął mi do rąk mopa, żebym posprzątała jego mieszkanie po remoncie.

— Trzymaj — powiedział Oleg, wciskając mi miotłę w dłonie.

Stałam w progu jego mieszkania z dwiema torbami. W jednej miałam mięso, warzywa i butelkę wina na kolację. W drugiej — ciasto, które przewiozłam przez pół miasta, trzymając pudełko na kolanach w autobusie. Zaprosił mnie, żebyśmy „spędzili razem czas i uczcili zakończenie remontu”. Wyobrażałam sobie świece i spokojny wieczór. Zamiast tego dostałam do ręki drewniany kij.

— Po robotnikach został bałagan — powiedział niedbale. — Wszędzie jest kurz. Ty jesteś dokładna, masz oko do takich rzeczy.

Spotykaliśmy się od czterech miesięcy. I przez ten czas zdążyłam już zrozumieć jedno: u Olega wszystko musiało być „praktyczne”. Był dumny z tego słowa, jakby się nim żywił. Czterdzieści siedem lat, właściciel własnego warsztatu samochodowego, trzypokojowe mieszkanie w nowym budynku. Na papierze — szanowany mężczyzna. A w rzeczywistości stałam tam z miotłą w ręce, próbując zrozumieć, co właściwie się dzieje.

— Oleg, właściwie przyszłam tutaj jako gość — powiedziałam cicho.

— Przecież właśnie o tym mówię. Potem usiądziemy. Szybko wszystko ogarniemy, a później od razu do stołu. We dwoje jest przyjemniej.

Razem. On już wkładał kapcie i kierował się w stronę telewizora. W jego słowniku „razem” oznaczało, że ja pracuję, a on siedzi obok i wydaje polecenia. Zdążyłam już dobrze poznać ten jego zwyczaj.

Postawiłam torby na podłodze. Lodówka była pusta, a on nawet nie zaproponował mi herbaty. Po prostu włączył jakiś program i rozłożył się na kanapie, którą robotnicy najwyraźniej wnieśli jako ostatnią. Kurzu rzeczywiście było wszędzie: na parapetach, na podłodze, na kaloryferach pokrytych cienką białą warstwą. W powietrzu wciąż unosił się zapach świeżej farby i tynku. W kuchni w rogu czekało już wiadro, a miotła również nie znalazła się tam przypadkiem. Wszystko przygotował wcześniej. Już od progu zrozumiałam, jak wiele jest do zrobienia. Zajęłoby to pół dnia.

A jednak wzięłam miotłę. Pomyślałam: dobrze, szybko ogarnę, a potem usiądziemy do stołu. To wydawało mi się bardziej naturalne niż kłótnia w progu. Nawyk bycia ugodową zakorzenił się we mnie głębiej niż farba na jego nowych parapetach.

Woda w wiadrze robiła się czarna na moich oczach. Wyciskałam szmatę, a pod koniec pierwszej godziny ręce miałam już zdrętwiałe i ciężkie. Za moimi plecami Oleg komentował program, od czasu do czasu odwracając się, żeby wydać mi polecenie, nawet nie wstając z kanapy.

— Tego kąta nie wytarłaś dokładnie. Przejdź po nim jeszcze raz.

Zrobiłam to ponownie. I wtedy zaczęło do mnie docierać, że przecież nie był to pierwszy raz. Wyprostowałam się, oparłam o miotłę i zaczęłam liczyć. Naprawdę liczyć, zaginając po kolei palce.
 

Pierwsza „randka” odbyła się w kwietniu. Zaprosił mnie, żebym „pomogła mu wybrać kanapę”, ale ostatecznie pół dnia spędziłam na przesuwaniu z nim mebli w sklepie, a później na składaniu szafy w jego mieszkaniu. Za drugim razem zabrał mnie „na wieś, żeby odpocząć”, a ja przez cały dzień pieliłam ogród jego matki, podczas gdy on palił papierosy pod altaną. Trzecim razem było wielkie sprzątanie jego warsztatu, gdzie sortowałam pudełka ze śrubami i nakrętkami. Za czwartym razem chodziło o opróżnianie domku letniskowego — osobiście zaniosłam dwa worki śmieci do kontenera. A teraz, za piątym razem, sprzątałam jego mieszkanie po remoncie.

Pięć „randek” i każda okazała się zwykłą harówką. Policzyłam je i sama nie mogłam uwierzyć. Za każdym razem nazywał to odpoczynkiem, a ja za każdym razem wracałam do domu wykończona, z bólem pleców.

A co dostałam w zamian? Dwa bukiety. Przez cztery miesiące dokładnie dwa bukiety, oba kupione na promocji przy metrze. Widziałam nawet cenę na opakowaniu, bo nie odkleił naklejki. Żadnej kawy, żadnego kina, nawet zwykłych lodów zjedzonych na ławce. Za to wszystko było „praktyczne” i „dla dorosłych”.

Odłożyłam szmatę i wyszłam na balkon z telefonem. Trzęsły mi się ręce, i to nie tylko ze zmęczenia. Zadzwoniłam do Leny.

— Lena, jestem u Olega. Sprzątam jego mieszkanie po remoncie.

— Jak to sprzątasz? Przecież zaprosił cię na kolację?

— Tak. A potem dał mi mopa.

Lena zamilkła na sekundę. Następnie powiedziała powoli, sylaba po sylabie, jakby chciała wbić każde słowo do mojej głowy:

— Marina. Nie jesteś jego dziewczyną. Jesteś jego sprzątaczką. Darmową. Bez pensji, bez dni wolnych i bez podziękowania.

Spojrzałam przez drzwi balkonowe na czarną wodę w wiadrze. I zrozumiałam, że moja przyjaciółka miała rację. Jej słowa ułożyły się idealnie, jak kafelki w jego nowej łazience. Prosto i chłodno. I właśnie w tym chłodzie nagle narodził się w mojej głowie plan.

— Lena — powiedziałam powoli. — Skoro jestem sprzątaczką, to będę nią do końca. Dokończę sprzątanie. A potem zapłaci za wszystko.

— Jak to zapłaci?

— Dosłownie. Zgodnie z cennikiem. Oddzwonię.

— Nie rób niczego zbyt pochopnie, słyszysz? Doprowadź to do końca.

Wróciłam do pokoju. Oleg leżał rozciągnięty na kanapie, wyraźnie z siebie zadowolony.

— O, szybko ci idzie. Słuchaj, Sierioża wpadnie za pół godziny po narzędzia. Skończ do tego czasu kuchnię, dobrze? Byłoby głupio, gdyby zobaczył bałagan.

Widziałam Sieriożę kilka razy. Gaduła, język miał długi — typ człowieka, który w ciągu jednego dnia potrafił roznieść najmniejszy szczegół po całym mieście. Czyli miałam być służącą również przy nim.

Jemu byłoby wstyd. Przed kolegą. Bez słowa skinęłam głową i poszłam do kuchni. Plan był już mocno zakorzeniony w mojej głowie, dlatego praca nagle zaczęła działać niemal uspokajająco.
 

Trzy godziny. Sprzątałam jego mieszkanie przez trzy godziny bez ani jednej przerwy. Bolały mnie kolana, pleców nie mogłam już wyprostować, a pod paznokciami miałam czarny brud, którego zapewne nie pozbędę się przez tydzień. Przez cały ten czas Oleg wstał z kanapy dokładnie dwa razy — żeby nalać sobie herbaty. Oczywiście nawet nie zaproponował mi szklanki wody.

Wszedł do kuchni, obejrzał lśniące powierzchnie i wydał z siebie zadowolony pomruk.

— Widzisz, jak dobrze wyszło? Firma sprzątająca wzięłaby za to co najmniej osiem tysięcy, razem z myciem okien. Sprawdzałem. Prawdziwe zdzierstwo. Za każde okno doliczają pięćset rubli, wyobrażasz sobie?

Dzięki mnie zaoszczędził prawdziwą fortunę. I powiedział mi to prosto w twarz, dumny, jakbym również miała się cieszyć z jego oszczędności.

— A skoro już tu jesteś — ciągnął — spójrz też na okna, dobrze? Sierioża zaraz przyjdzie, a całe są w smugach. Dać ci czystą szmatkę?

Powoli oparłam mopa o ścianę. Po raz pierwszy od trzech godzin się wyprostowałam. I nagle poczułam niewiarygodny spokój. Cała złość nagromadzona przez cztery miesiące, cała gorycz, skurczyły się w jednej chwili do zimnego, wyraźnego punktu pod żebrami. Nic już we mnie nie drżało.

— Okien nie myję — powiedziałam.

— Jak to nie myjesz? Za trudne czy co?

— Nie jest trudne. Po prostu nie robię już tego za darmo.

Nie rozumiał. Patrzył na mnie, jakbym była zepsutym urządzeniem w jego warsztacie. Wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. Siergiej przyjechał punktualnie.

Oleg poszedł otworzyć, rzucając przez ramię:

— Jeszcze o tym porozmawiamy.

Siergiej wszedł, przywitał się z nami i rozejrzał po lśniącym mieszkaniu.

— O proszę. Sam wszystko tak wyszorowałeś? — zaśmiał się.

— Nie — powiedział Oleg, niedbale machając ręką w moją stronę. — Moja pomocnica wszystko posprzątała.

Pomocnica. Nie „moja kobieta”, nie „Marina”. Pomocnica. To słowo uderzyło mocniej niż trzy godziny machania mopem. Mógł nazwać mnie jakkolwiek, ale wybrał właśnie to — krótko i praktycznie, jakby mówił o jakimś narzędziu.

I wtedy doprowadziłam swój plan do końca. Wyjęłam telefon z torby, otworzyłam kalkulator i zaczęłam liczyć na głos — spokojnie i bez pośpiechu, żeby Siergiej usłyszał każde słowo.

— A więc tak. Sprzątanie trzypokojowego mieszkania po remoncie. Cena rynkowa: osiem tysięcy za wszystko, łącznie z oknami. Sam przed chwilą podałeś tę cenę. Nie umyłam trzech okien, po pięćset każde, czyli odejmujemy tysiąc pięćset. Daję ci zniżkę. Równe sześć tysięcy.

Odwróciłam ekran w jego stronę, pokazując dużą i dobrze widoczną kwotę.

— Przelej na mój numer telefonu. Przez system szybkich płatności. Masz mój numer.

Oleg na moich oczach zrobił się purpurowy.

— Zwariowałaś? Jakie sześć tysięcy? Pomagałaś jak normalny człowiek!

— Pomoc jak normalny człowiek jest wtedy, kiedy jest kolacja, świece i słowo „dziękuję”. Ty włożyłeś mi do ręki mopa zamiast widelca. To znaczy, że nie jestem gościem. To znaczy, że jestem usługodawcą. A za usługi trzeba płacić.

Siergiej zakaszlał i odwrócił się w stronę okna, udając, że z ogromnym zainteresowaniem ogląda podwórko. Uszy miał tak czerwone, że było je widać od samych drzwi.
 

Podeszłam do kuchennego stołu i zabrałam swoje dwie torby — mięso, wino i ciasto. Te same zakupy za dwa tysiące rubli, które przyniosłam na naszą „romantyczną kolację”.

— I to również zabieram. W końcu kolacji nie było. Zakupy są moje.

— Ty… — Oleg aż się zakrztusił z oburzenia. — Czyli teraz chodzi o jedzenie? Jaka ty jesteś skąpa!

— Nie jestem skąpa. Po prostu nie jestem już wygodna.

Założyłam kurtkę. Ręce nadal pachniały jego środkiem czyszczącym, plecy mnie bolały, ale po raz pierwszy od czterech miesięcy czułam się lekka.

Drzwi zamknęły się za mną cicho, bez trzaskania. Stałam na klatce schodowej, przyciskając torby do piersi, i słuchałam ciszy. Serce biło spokojnie, nie pękało. Nie byłam już nawet zła. W środku miałam pusto i czysto — być może nawet czyściej niż w jego świeżo wyszorowanym mieszkaniu.
 

Zeszłam na podwórko. Na zewnątrz zmierzch nabierał już niebieskiego koloru, a w powietrzu pachniało bzem i chłodniejącym asfaltem. Zapalały się pierwsze latarnie. Szłam w stronę przystanku i nagle zorientowałam się, że sama do siebie się uśmiecham. Autobus przyjechał niemal natychmiast, jakby na mnie czekał. W domu czekało na mnie to samo ciasto — i teraz należało tylko do mnie.

Po drodze oddzwoniła Lena.

— I co? Żyjesz?

— Żyję. Wystawiłam mu rachunek. Sześć tysięcy. I zabrałam ciasto.

Lena wybuchnęła śmiechem tak głośno, że od razu odsunęłam telefon od ucha.

— Marina! Uwielbiam cię. Przynajmniej zrobił ci przelew?

— Oczywiście, że nie. Ale tak naprawdę nie chodziło o pieniądze.

I rzeczywiście nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to, że w końcu przestałam być mopem w cudzych rękach. Zwykłym narzędziem, po które sięga się wtedy, kiedy jest wygodne.

Minęły dwa tygodnie. Oleg oczywiście niczego nie przelał. Ale jak opowiedzieli mi nasi wspólni znajomi, teraz wszystkim rozpowiada, jaka jestem interesowna i że „urządziłam scenę przy człowieku przez dwa kotlety”. W naszym mieście plotki rozchodzą się szybko, więc wszyscy już wiedzą.

Nigdy więcej do mnie nie napisał. Ja do niego również. Kilka dni później po prostu usunęłam jego numer z kontaktów, bez dramatu i bez scen, jak usuwa się niepotrzebny plik. Sierioża wykonał jednak swoją robotę — rozpuścił tę historię po całym mieście, dokładnie tak, jak się spodziewałam. Tylko że w jego wersji to ja, z jakiegoś powodu, kontrolowałam sytuację, a nie Oleg.
 

Teraz śpię spokojnie. Gotuję wyłącznie dla siebie i dla tych, którzy potrafią powiedzieć „dziękuję”. Czasami przypominam sobie tamtego mopa i sama nie wiem dlaczego, ale się uśmiecham.

Powiedzcie mi więc: czy przesadziłam, wystawiając mu rachunek i zabierając zakupy, czy dostał dokładnie to, na co zasłużył? Co zrobilibyście na moim miejscu?